Fot. Jordan Strauss / AP
Fot. Jordan Strauss / AP

Człowiek-Marvel, człowiek-legenda – 10 rzeczy, których nie wiecie o Stanie Lee

Stan Lee to taka legenda świata komiksów, że powiedziano już o nim prawdopodobnie wszystko… zwłaszcza w ostatnich dniach, gdy tak wielu ludzi stara się jakoś upamiętnić twórcę słynnych superbohaterów, którego znają wszyscy – nawet ci, którzy nigdy nie mieli w rękach komiksu. Ale Stan to też człowiek, który uwielbiał być w centrum uwagi i lubił, gdy się o nim mówiło – na pewno więc nie miałby za złe, że dołożymy dziś jeszcze jedną cegiełkę do powtarzanych o nim legend. A nawet 10 cegiełek. Oto 10 rzeczy, których (być może) jeszcze nie wiecie o Stanie Lee:

Uwielbiał czytać Szekspira

W młodości Stan zaczytywał się Szekspirem i zachwycał rytmem i melodią utworów największego poety w dziejach. To w zasadzie nie powinno nikogo dziwić, bo inspiracje Szekspirem i jego bohaterami są widoczne w wielu napisanych przez Stana komiksowych wątkach – taki na przykład Thor z powodzeniem mógłby uchodzić za szekspirowskiego księcia.

W młodości dorabiał, pisząc nekrologi

Dzieciństwo i młodość Stana przypadały na okres krachu amerykańskiej gospodarki i wielkiej fali bezrobocia – więc jeszcze w liceum chłopak imał się różnych prac, żeby pomóc podreperować rodzinny budżet. Wśród tych dorywczych prac znalazło się m.in. pisanie nekrologów… ale Stan nie zagrzał tam długo miejsca, bo jak twierdził, była to strasznie depresyjna robota.

Pewność siebie i optymizm wpoiła mu matka

Celia Lieber zasługuje na medal uznania. W trudnych czasach, kiedy zarówno cały kraj, budżet domowy Lieberów, jak i jej własne małżeństwo były w głębokim kryzysie, robiła wszystko, by te niesprzyjające okoliczności nie odbiły się negatywnie na młodym Stanleyu. Budowała w nim pewność siebie i zdolności aktorskie, prosząc, by czytał jej na głos. I nieustannie powtarzała mu, że jeśli zechce i będzie się bardzo starał, osiągnie w życiu wszystko, czego pragnie. I miała rację.

Fot. Alex J. Berliner/AP/PA
Fot. Alex J. Berliner/AP/PA

Pracował w komiksach od 19 roku życia

Co prawda biografowie i sam Stan Lee mieli nieco odmienne zdanie na temat tego, w którym konkretnie roku młody Stanley Lieber trafił do Timely Comics i rozpoczął swoją błyskotliwą karierę króla komiksów od podawania starszym kolegom po fachu kawy i ołówków… Ale nie da się ukryć, że debiutował wcześnie. Pierwsza napisana przez niego króciutka opowieść o Kapitanie Ameryce ukazała się drukiem w 1941 roku, gdy Stan miał zaledwie 19 lat. Szefowie chyba byli zadowoleni, bo wkrótce potem chłopak został samodzielnym scenarzystą.

Jego słynne cameo to nie filmowy wynalazek

Stan Lee do mistrzostwa doprowadził krótkie gościnne występy w filmach, serialach i grach na podstawie komiksów Marvela… Ale jego przezabawne występy na ekranie nie są niczym nowym. Wraz z rysownikiem Jackiem Kirby już od lat 60. pojawiał się gościnnie na stronach swoich komiksów – czasem do ich biura wpadał Dr Doom, czasem to Kirby i Lee próbowali gdzieś wpaść, np. na ślub Reeda Richardsa i Sue Storm. Przełamywanie czwartej ściany i bliski kontakt z fanami to jego prawdziwa specjalność.

W czasie wojny pisał scenariusze do filmów szkoleniowych

W czasie drugiej wojny światowej Stan zaciągnął się do wojska – w końcu ktoś, kto pisze historie o superherosach nie może siedzieć bezczynnie, gdy inni wyruszają na wojnę z największym złolem na ziemi. Amerykańska armia miała jednak dla Stana inne plany niż okładanie pięściami nazistów, jak to zwykł robić Kapitan Ameryka. Lee został przydzielony do bezpieczniejszych i bardziej kreatywnych zadań – wraz ze słynnym Dr. Seussem, reżyserem Tego wspaniałego życia Frankiem Caprą i pisarzem Williamem Saroyanem (tym samym, którego Bukowski wychwala w co drugim wywiadzie) opracowywał scenariusze do filmów szkoleniowych, ulotki informacyjne i inne materiały, które trafiały potem do baz wojskowych i amerykańskich chłopców na froncie.

Fot. AP Photo / Reed Saxon
Fot. AP Photo / Reed Saxon

Sprzeciwił się cenzurze komiksów, pisząc historię o… szkodliwości narkotyków

Lata 50. i 60. to dziwny czas dla komiksów… Każde nowe medium musi przejść taki gorący okres, gdy obwinia się je o całe zło tego świata i zepsucie młodzieży – gdy ten grad oskarżeń o demoralizację młodych pokoleń posypał się na komiksy, w branży zapanowała wewnętrzna cenzura. Nie można było pokazywać seksu ani zbytniej przemocy, używać mocnego języka w środku ani słów „horror” i „terror” na okładce, gloryfikować przestępców, pokazywać w złym świetle stróżów prawa, poruszać takich tematów jak narkotyki czy alkohol, a nawet publikować komiksów o wampirach i wilkołakach. Ten komiksowy kod postępowania napisany był w taki sposób, że nawet edukacyjna historyjka o niebezpieczeństwach i szkodliwości zażywania narkotyków była sprzeczna z zasadami. Na szczęście Stan Lee miał to gdzieś – i kiedy ktoś z departamentu zdrowia poprosił go o wsparcie antynarkotykowej kampanii, Stan wypuścił w świat nieco moralizatorski i całkiem poruszający numer Spider-Mana, w którym Harry Osborn nadużywa dragów. Niewiele wiadomo na temat skuteczności tej historii w walce z narkotykami, ale tym śmiałym ruchem Stan zainicjował nową dyskusję na temat cenzury – i początek końca restrykcyjnych zasad trzymających komiksy w ryzach.

Prawie zrezygnował z tworzenia komiksów

Mogłoby się wydawać, że tworzenie komiksów to najlepsza praca na świecie… I prawdopodobnie tak jest (zaraz obok pilnowania rajskiej wyspy na Karaibach). Ale nawet najlepsza praca może się zamienić w koszmar, kiedy zasuwasz ponad siły, szef nie przyjmuje żadnych twoich sugestii i nie pozwala ci się realizować, zawalając cię mało ambitnymi zadaniami, a na dodatek trudno mówić o prestiżu, kiedy większość społeczeństwa uważa, że zajmujesz się głupotami dla małych dzieci i niedojrzałych dorosłych o niskim IQ… Bywały takie momenty, gdy nawet największy spośród ojców komiksu poważnie zastanawiał się, czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły i nie znaleźć sobie „doroślejszej” pracy. Na szczęście wytrwał, a chwilę potem nadeszły prawdziwe przełomy, sukcesy i masa pełnej uwielbienia korespondencji od fanów – a Stan z maszyny produkującej powtarzalne historyjki dla nastolatków stał się inspiracją dla ludzi na całym świecie, królem swojej branży i, co tu dużo mówić, jednym z filarów współczesnej popkultury.

Napisał autobiografię – oczywiście w formie powieści graficznej

No przecież nie może być inaczej. Powieść graficzna Zdumiewający, fantastyczny, niesamowity Stan Lee wyszła w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont. Scenariusz napisał Stan do spółki z młodszym kolegą po fachu Peterem Davidem, a całość zilustrowała Colleen Doren, której kreska znana jest między innymi fanom Sandmana. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie mam tej pozycji na półce, ale hej, lepiej późno niż wcale!

Gdyby mógł mieć supermoc, wybrałby… szczęście

Jak na kogoś, kto zawodowo wymyśla najbardziej niesamowite supermoce i talenty, sam dla siebie Stan wybrałby dość zaskakującą moc – szczęście. Choć, szczerze mówiąc, kiedy patrzy się na jego życie i to, jak świetną miał pracę, można chyba śmiało powiedzieć, że ta supermoc cały czas mu towarzyszyła. A jeśli zaintrygowała was kwestia szczęścia jako supermocy, polecam brytyjski kryminalny serial Stan Lee’s Lucky Man – do obejrzenia na platformie Showmax.

Niektóre z powyższych oraz inne ciekawe fakty z niesamowitego życia jeszcze bardziej niesamowitego Stana Lee znajdziecie w wydanej niedawno nakładem SQN biografii pióra Boba Batchelora: Stan Lee. Człowiek-Marvel. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę książkę w październiku na Targach Książki w Krakowie, wiedziałam, że a) muszę ją jak najszybciej przeczytać, b) muszę napisać tekst o Stanie. Ale wkrótce potem było mi zbyt smutno, by pisać teksty o Stanie… A ludziom z wydawnictwa SQN prawdopodobnie było w tym czasie… dziwnie. Legendarny twórca komiksów, mistrz marketingu i zaskakujących zwrotów akcji w słusznym wieku niemal 96 lat odszedł 12 listopada 2018 roku, na 3 dni przed oficjalną premierą polskiego wydania swojej biografii. Wyciął jeden ostatni nieprzewidywalny numer i zafundował darmową reklamę wydawnictwu gdzieś na drugim końcu świata… które z kolei przez przypadek zafundowało mu bardzo ładne pożegnanie. Talk about luck. Jeśli wy też chcecie pożegnać Stana Lee, lektura tej książki i celebracja jego życia i osiągnięć może być całkiem niezłym sposobem. Excelsior!

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.