Kadr z filmu Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi, 2017.
Kadr z filmu Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi, 2017.

Thor: od szekspirowskiego księcia do kosmicznego pirata-anioła

Co mają ze sobą wspólnego komiksowy superbohater i największy dramaturg w dziejach zachodniego świata? Wbrew pozorom całkiem sporo, zwłaszcza jeśli zapytać o to Kennetha Branagha, reżysera pierwszego Thora i specjalisty od Szekspira. Jak postać grana przez Chrisa Hemswortha zmieniła się od czasu debiutu w Marvel Cinematic Universe? Jak udało się jej przejść od szekspirowskiego książątka z magicznym młotkiem do potężnego bohatera, który w pełni zasługuje na miano boga piorunów? Jak wielkie piętno odcisnęły na nim wydarzenia ostatnich filmów i jakie plany mogą mieć twórcy na dalszy rozwój tej postaci? Przed wami wielkie podsumowanie wątku Thora w MCU – tekst zawiera spoilery do dotychczasowych filmów oraz potencjalne spoilery do przyszłych produkcji Marvela.

Rozwaga czyni nas tchórzami*

Komiksowy Thor, syn Odyna ma swoje źródło oczywiście w nordyckiej mitologii, gdzie był bogiem piorunów i wraz z ojcem ochoczo podejmował w Valhalli dusze wikińskich wojowników. W komiksach pojawił się w latach 50., najpierw pod szyldem DC (tak, TEGO DC), a potem dekadę później zadomowił się na dobre w stajni Marvela. Ale widać w nim (a przynajmniej w tym, jak początkowo jego wątek prowadzony był w Marvel Cinematic Universe) także pewne inspiracje Szekspirem. W tym kontekście przestaje dziwić fakt, że pierwszego Thora wyreżyserował Kenneth Branagh, który na Szekspirze zna się, jak nikt inny. Branagh zresztą w jednym z wywiadów porównywał nawet Stana Lee do legendarnego dramaturga… i może na jakimś poziomie miał rację, bo obaj panowie przecież mocno czerpią z motywów, które od dawna są już obecne w kulturze, i tak naprawdę ich największy geniusz polega na bardzo sprawnym przepisaniu istniejących wątków na ich własny styl i medium. Tak, jak zrobiono to także z Thorem – przepisując go najpierw na bohatera komiksów, a potem na całkiem uroczą filmową postać.

Fragment filmu Thor, reż. Kenneth Branagh, 2011.

Pierwszy Thor może nie był najlepszym filmem MCU, ale bardzo sprawnie oswoił nas z postacią, która jak na tamte czasy i realia mogła się wydawać nieco zbyt odjechana, by „kupił” ją ktokolwiek poza hardkorowymi fanami komiksów i fantastyki. No bo dajcie spokój – przecież to jest napompowany mięśniami koleś z kosmosu, który lata sobie z magicznym młotem w ręku i strzela piorunami! Tutaj wkroczył jednak Branagh i wraz ze scenarzystami dokonał rzeczy zadziwiającej… i zadziwiająco genialnej. Podkreślił w Thorze wszystko to, co w nim szekspirowskie, czyli innymi słowy: uniwersalne i aktualne w każdym czasie i każdej kulturze.

Dostaliśmy więc opowieść w pewnym sensie dobrze znaną: kulisy życia rodziny królewskiej, wewnętrzne przepychanki o władzę, młodego, lekkomyślnego księcia, który zdaje się nie być gotowy do objęcia tronu i musi dopiero przejść przemianę, nauczyć się pokory i odpowiedzialności, z rozbrykanego chłopca stać się rozważnym mężczyzną. I to, do spółki z bardzo udanym castingiem i ładnymi obrazami, oswoiło nam Thora na tyle, że podróże po kosmosie i magiczne młotki w jakiś naturalny sposób znalazły swoje miejsce w MCU. A nie zapominajmy, że do tamtej pory MCU rodziło się raczej na filmach bardziej przyziemnych i operujących nauką i technologią, a nie mitologią i czymś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak czary. To było dość śmiałe posunięcie – ale czegokolwiek by nie mówić o pierwszym Thorze, bezbłędnie i bezboleśnie wykonał zadanie wprowadzenia nowego, dość fantastycznego bohatera.

Fragment filmu Thor, reż. Kenneth Branagh, 2011.

Z czasem Szekspira jest w Thorze coraz mniej, ale ten wątek wraca także w Ragnaroku, jako bardzo zgrabne nawiązanie i ukłon w stronę Branagha – kiedy razem z Lokim podszywającym się pod Odyna oglądamy teatralne przedstawienie na temat jego własnej, rzekomo bohaterskiej śmierci.

 

Najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów

Schematyczność pierwszych filmów o Thorze z jednej strony była ich zaletą, ale z drugiej szybko zaczęła też im ciążyć. Sam Thor, mimo że oddany w ręce naprawdę zdolnego, choć nikomu wtedy jeszcze nieznanego aktora, okazał się postacią dość płytką i jednowymiarową. Ot, był szekspirowskim książątkiem, które musi nieco utemperować swój charakter i dojrzeć do bycia odpowiedzialnym władcą i potężnym bogiem. Ale poza tym tak naprawdę niewiele robił (choć dużo machał młotem), a i jego główna przemiana następowała opornie i bardzo powoli. Przez lata właściwie stał w miejscu i był tym dziwnym gościem, który nie za bardzo ogarnia realia życia na Ziemi, za to bardzo lubi chodzić bez koszulki – wyglądało na to, że Chris Hemsworth ma w kontrakcie zapisaną co najmniej jedną rozebraną scenę na każdy film. Nie, żebym narzekała!

Nie ma się co za bardzo rozwodzić nad pierwszymi Thorami (zwłaszcza nad drugim…), bo mimo swoich zalet w umacnianiu fundamentów MCU są też sztandarowymi przykładami na to, jak można zmarnować potencjał ciekawego bohatera. Być może to kwestia tego, że na początku większość filmów robiona była jednocześnie dość zachowawczo, ale i na zasadzie prób i błędów – ale Marvel przespał kilka dobrych lat i filmów, podczas których Thor gdzieś tam był, coś robił i nawet dziewczyny do niego wzdychały, ale zdecydowanie nie był najjaśniej świecącą gwiazdą na komiksowym firmamencie.

Fragment filmu Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi, 2017.

Marvel obudził się dopiero przy Ragnaroku – ale kiedy już to zrobił, szczęki opadły widzom na tyle, że nie było co zbierać. Nagle okazało się, że Thor (tak bohater, jak i film o nim) może być wyrazisty, zabawny, dynamiczny, pełnokrwisty, świeży. Że można bawić się relacjami boga piorunów z innymi, zwłaszcza z jego adoptowanym bratem Lokim. I to był prawdziwy przełom, bo od tego momentu w zasadzie z każdą minutą, kiedy Thor pojawia się na ekranie, robi się coraz ciekawszy, a jego postać zyskuje kolejne wymiary. W Ragnaroku odkryliśmy jego zabawną stronę, w Infinity War odkryliśmy najpierw jego stronę tragiczną, kiedy dotarło do nas jak wiele stracił, podczas gdy my zaśmiewaliśmy się z żartów Taiki Waititi (po ostatnich Avengersach Ragnarok nabiera jednak trochę innego wymiaru…). A potem z każdą minutą odkrywaliśmy, ile ma w sobie determinacji, wewnętrznej siły i prawdziwie boskiej mocy.

Okazało się też, że bohater, który do tej pory w kluczowych momentach miał tendencje do odlatywania, by załatwić swoje sprawy, świetnie potrafi współpracować z innymi postaciami. Najpierw z Hulkiem i Lokim, a potem z Rocketem i całą ekipą Strażników Galaktyki. I to był strzał w dziesiątkę, bo jego sceny ze Strażnikami są jednymi z najbardziej zabawnych, a te z Rocketem jednymi z najbardziej poruszających rzeczy, jakie widziałam dotychczas w MCU. Thor i Strażnicy, a zwłaszcza Rocket, zdecydowanie powinni częściej krzyżować swoje ścieżki.

Fragment filmu Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi, 2017.

 

Słabości, twe imię kobieta – czyli wątek miłosny

Wątek miłosny Thora i Jane Foster to coś, co wzbudza we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony lubię to, że Jane jest naukowcem, że nie siedzi bezradnie na tyłku, czekając, aż ktoś ją uratuje z opresji albo nudnego życia, tylko aktywnie działa i do czegoś dąży. Uwielbiam też scenę z Czasu Ultrona, w której Tony Stark i Thor przechwalają się osiągnięciami swoich dziewczyn (Pepper kieruje ogromną firmą! A Jane ma dostać Nobla!). Ale z drugiej strony Natalie Portman i Chris Hemsworth w ogóle do siebie nie pasują. Na plakatach jeszcze jako tako dało się to ukryć, bo oboje są ładni, ale w filmach trudno mówić o jakiejś chemii pomiędzy nimi. Poza tym, Portman nie była specjalnie zachwycona pracą na marvelowskim planie, co zresztą jak na dłoni widać w Mrocznym świecie – sprawia wrażenie, jakby była tam trochę za karę. Może więc i lepiej, że ten wątek został zarzucony, bo jak widać, Thor świetnie sprawdza się bez upychanych na siłę wątków miłosnych.

thor i jane
Fragment filmu Thor: Mroczny świat, reż. Alan Taylor, 2013.

 

Czy Thor jest bogiem?

Dobre pytanie. Ziemianie na pewno traktują go w ten sposób i tak się do niego odnoszą. Ale początkowo w filmach pokazuje nam się go raczej jako członka pozaziemskiej, długowiecznej rasy, którą niegdyś wikingowie z braku lepszego słowa i wiedzy o wszechświecie okrzyknęli bogami i zbudowali wokół nich całą swoją religijność. Do pewnego momentu tak naprawdę tylko Loki sam siebie tytułuje bogiem… ale to Loki – prawdopodobnie mówiłby tak o sobie, nawet gdyby pochodził z Pcimia Dolnego. Na ogół Asgardczycy raczej przedstawiani są jako po prostu bardzo rozwinięta technologicznie rasa, a Odyn chwilami wprost mówi swojemu synowi: nie jesteśmy żadnymi bogami.

Ale potem wyszedł Thor: Ragnarok i nagle wszystko się zmieniło. Hela mówi o sobie: bogini śmierci. Thor mówi o sobie: bóg piorunów. Odyn pyta Thora: jesteś bogiem młotków czy piorunów? Można by to uznać za bądź to aroganckie, bądź żartobliwe nawiązywanie do tego, jak nazywają ich Ziemianie… Ale Ragnarok zmienia też to, jak patrzymy na samego Thora. Jego moc nie jest już zamknięta w magicznym młocie – okazuje się, że młot był tylko narzędziem, a prawdziwa siła tkwi w samym Thorze i cały czas rośnie, by w Infinity War osiągnąć poziom naprawdę już boski i niewyobrażalny. No bo sorry… kto jest w stanie przeżyć bliskie spotkanie z całą mocą gwiazdy?

thor infinity war
Fragment filmu Avengers: Infinity War, reż. Anthony i Joe Russo, 2018.

 

Thor, Bóg Młotków

Kiedy myślimy o Thorze, jako pierwszy (obok czerwonej peleryny i mięśni) przychodzi nam do głowy jego młot. I to bardzo dobre skojarzenie, bo według wielu wątków w komiksach moc Thora jest mocno związana właśnie z fizycznym przedmiotem, legendarnym Mjölnirem – w zasadzie wystarczy, że jesteś godzien/godna, by ten młot dzierżyć, a dostajesz w pakiecie wielką siłę i umiejętność strzelania piorunami. Początkowo filmy też idą trochę w tę stronę, choć na szczęście nie rozdają mocy boga piorunów komu popadnie, tylko raczej stawiają pytanie, co się stanie, jeśli nawet sam Thor nie będzie jej godzien.

thor worthy
Fragment filmu Avengers, reż. Joss Whedon, 2012.

Niezależnie od tego, czy Mjölnir (z protogermańskiego: ten, który miażdży) zawiera moc Thora, czy tylko jest narzędziem do kierowania wewnętrzną siłą bohatera, sam w sobie jest ciekawym atrybutem zaczerpniętym wprost z mitologii nordyckiej. To stamtąd Marvel zapożyczył sobie właściwości Mjölnira, m.in. to, że wyrzucony w powietrze wróci do ręki bohatera. Według podań wikingów tylko Thor mógł go używać, jednak nie ze względu na przymioty charakteru, ale po prostu dlatego, że młot był tak pierońsko ciężki, że tylko supersilny Thor był w stanie go podnieść – a i tak potrzebował do tego dodatkowych narzędzi: magicznych bransoletek pozwalających kontrolować moc młota oraz pasa o trudnej do wymówienia nazwie (Megingjord), który podwajał siłę fizyczną Thora. Magiczny pas Thora zostaje zresztą wspomniany jako Easter egg w filmie Spider-Man: Homecoming, kiedy Happy Hogan dogląda załadunku samolotu podczas przeprowadzki ze Stark Tower do nowej siedziby.

Dużo ciekawsza i stwarzająca więcej możliwości fabularnych kwestia bycia godnym młota i mocy Thora to już wynalazek stricte komiksowy. Podobnie zresztą, jak kolejny młot Thora, Stormbreaker, który poznaliśmy w Infinity War. Według komiksów Stormbreaker ma właściwości bardzo podobne do Mjölnira, jest zrobiony z tego samego, dostępnego tylko w Nidavellirze metalu i został wykuty przez karły w sercu gwiazdy. Dodatkowo pozwala też otwierać portale i podróżować pomiędzy różnymi zakątkami Dziewięciu Królestw. Największa różnica jest jednak taka, że w komiksach Stormbreaker… wcale nie należy do Thora. Jest własnością innego bohatera, Beta Ray Billa – zapamiętajcie tego gościa, bo może się jeszcze okazać, że będzie w MCU całkiem istotny…

Fragment filmu Avengers, reż. Joss Whedon, 2012.

Mjölnir i Stormbreaker nie są jedynymi narzędziami, których przez ostatnich kilkadziesiąt lat Thor i inne osoby posługujące się jego mocą używały w komiksach. Ale ten tekst i tak jest już zbyt długi, żeby zamieniać go w szczegółowy wykład o historii asgardzkiego oręża… Zainteresowanych odsyłam do komiksów.

 

Thor wersja beta: Beta Ray Bill

Wątek Beta Ray Billa pojawił się komiksach w odpowiedzi na pytanie, co by się stało, gdyby ktoś inny poza Thorem okazał się godny używania Mjölnira. Z filmów wiemy już, że Vision jest w stanie to zrobić, ale na długo przedtem w komiksach pojawiały się inne takie postaci, jako pierwszy właśnie Beta Ray Bill – obdarzony supermocami kosmita z planety Korbin, który w pewnym momencie krzyżuje ścieżki z Thorem i na skutek nieporozumienia wdaje się z nim w walkę. I to właśnie podczas tej walki Bill bierze do ręki legendarny młot Thora i ku zaskoczeniu wszystkich okazuje się go godny.

Fragment filmu Avengers: Czas Ultrona, reż. Joss Whedon, 2015.

To, co dzieje się później, dowodzi, że Odyn zaiste był kontrowersyjnym ojcem. Najpierw pomylił własnego syna z Billem… a zaznaczam, że twarz Billa przypomina coś między koniem a zombie… Serio. A potem, kiedy odkrył, że Beta Ray Bill może posiąść moc Thora, zarządził, by obaj starli się w pojedynku na śmierć i życie. Bill wygrał ten pojedynek, ale ewidentnie był spoko gościem, bo zamiast zabić Thora, oszczędził go i bezpiecznie dostarczył do Asgardu. Oczywiście okazało się, że wszystko to było testem wymyślonym przez Odyna, by sprawdzić, czy Bill rzeczywiście jest godzien mocy i Mjölnira. W nagrodę Odyn zlecił karłom z Nidavelliru wykucie podobnego młota, właśnie Stormbreakera, dzięki któremu Bill zyskał moce porównywalne do Thora. Od tego momentu panowie stali się sprzymierzeńcami i parę razy walczyli ramię w ramię.

Bill w komiksach jest jednym** z tych bohaterów, którzy chwilami niejako przejmują wątek Thora jako swój – pytanie brzmi, czy i co zrobią z tym twórcy filmów, zwłaszcza, że przecież sugerują wycofywanie z pierwszego planu „starej gwardii” Avengersów. Elementy wątku Billa pojawiają się już w MCU. Dość powiedzieć, że Bill w pewnym momencie krzyżuje swoje ścieżki ze Strażnikami Galaktyki (brzmi znajomo?). Do tego jeszcze w Infinity War pojawił się Stormbreaker… Młot w filmie został wprawdzie wcielony w wątek Thora, ale sam Beta Ray Bill też pojawił się już w Ragnaroku – jeśli dobrze przyjrzycie się wieży Arcymistrza, to jedna z twarzy championów ozdabiających ten budynek należy do kogoś łudząco podobnego do Billa. Być może to tylko Easter egg… a może już jakaś zapowiedź nowego wątku w MCU. Początkowo Bill miał być już zresztą wprowadzony w Ragnaroku, ale ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu, a Kevin Feige powiedział, że lepiej z tym poczekać, niż robić to na szybko.

Tak wygląda Beta Ray Bill. Prawda, że przystojniak? Fragment kreskówki Planet Hulk, 2006.

Jeśli pytacie mnie o zdanie, nie mam najmniejszej ochoty wymieniać Thora, który zrobił się w końcu naprawdę fajny (i ładny) na kogoś nowego, kto będzie się zajmował prawie dokładnie tym samym, tylko z dużą ilością kosmicznego CGI na końskiej twarzy… I szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby twórcy się na to jednak zdecydowali. Jeżeli Bill będzie się pojawiał, to myślę, że raczej jako cameo niż docelowy zastępca Thora. Obrana w tej chwili ścieżka i łączenie wątków obu tych bohaterów jest chyba lepszym wyjściem. Póki co możemy więc chyba spać spokojnie… Gdyby jednak twórcy chcieli się porwać na taką wymianę, mam nadzieję, że najpierw dadzą nam jeszcze jedną małą, skoncentrowaną wokół Thora i przezabawną perełkę, w której bóg piorunów razem ze Strażnikami Galaktyki podróżuje sobie po kosmosie. A potem – niech już się dzieje, co chce!

 

Być albo nie być: co dalej z boskim piratem-aniołem?

Wątek Thora trochę zdaje się zmierzać ku końcowi. Po Infinity War Thor został praktycznie z niczym, stracił wszystko, co tylko można było stracić. W perspektywie została mu już tak naprawdę tylko wielka zemsta na Thanosie. Bo co w zasadzie Thor miałby dalej robić? Czy solowy film o Thorze bez Lokiego ma sens? Nie brakuje przesłanek, że w kolejnej odsłonie Avengersów twórcy mogą pójść w stronę komiksowej serii Avengers: Disassembled (nie zdziwiłabym się, gdyby film miał nawet taki nawiązujący do rozwiązania oryginalnej ekipy tytuł…). Tam wątek Thora zostaje zamknięty, a jego śmierć jest przyczynkiem do ostatecznego rozpadu superbohaterskiej ekipy, co pozwala zrobić miejsce na młodych bohaterów i nowy skład Avengersów. Co prawda, jak to w komiksach, śmierć Thora nie jest ostateczna i okazuje się, że zapadł w coś w rodzaju znanego nam już Snu Odyna… ale gdyby twórcy chcieli pożegnać boga piorunów, prawdopodobnie tam znajdą dobrą inspirację.

Fragment filmu Avengers: Infinity War, reż. Anthony i Joe Russo, 2018.

Ale… paradoksalnie nie brakuje też przesłanek, że to jeszcze nie koniec, a jedynie kolejny krok w stronę przedefiniowania Thora. Wystarczy spojrzeć, jak entuzjastycznie został przyjęty Thor: Ragnarok oraz sama postać Thora w Infinity War – to nie Gra o Tron, tu się tak łatwo nie zabija lubianych bohaterów. Chris Hemsworth jest zresztą pozytywnie nastawiony do kolejnych występów w MCU. Widać, że przemiana jego bohatera i to, jak świetnie ekipa bawiła się na planie Ragnaroku, rozbudziła także jego apetyt na więcej. Poza tym, cały czas mamy jeszcze niezamknięty wątek ulubienicy fanów Walkirii, przezabawnego Korga i połowy ocalałych z Ragnaroku mieszkańców Asgardu, którym według słów braci Russo najprawdopodobniej udało się uciec z napadniętego przez Thanosa statku. Ten temat kiedyś więc pewnie powróci – jeśli nie w kolejnej części Avengersów, to może w solowym filmie. Poza tym… tytuł Thor Four aż się prosi o wykorzystanie.

 

A może serial…?

Pamiętacie ten krótki promocyjny film, który wyjaśniał, co działo się z Thorem, kiedy reszta bohaterów naparzała się ze sobą nawzajem w Civil War? Thor mieszkający w Australii ze współlokatorem Darrylem tak bardzo przypadł fanom do gustu, że swego czasu zbierali nawet podpisy pod petycją, by kontynuować ten wątek w netflixowym serialu. Co prawda szanse, że taki serial powstanie, są dość niewielkie… ale wyobraźcie sobie, jaka to byłaby perełka, gdyby projekt powstawał pod okiem Taiki Waititi!

 
 

Reszta jest milczeniem

Nie da się ukryć, że syn Odyna przeszedł naprawdę długą drogę, pełną tak wzlotów, jak i upadków. Zaczynał jako szekspirowski książę, ale mam nadzieję, że nie skończy jak bohater szekspirowskiej tragedii, w której na końcu wszyscy giną i zostaje tylko płacz i zgrzytanie zębów… Niepowodzenia, straty i szerząca się wokół śmierć co prawda pięknie dodały mu głębi, ale może na tym już poprzestańmy, ileż można się nad chłopakiem znęcać. Mam nadzieję, że nadchodzący film o Avengersach da mu okazję pomścić wszystkie krzywdy i będzie dla Thora nowym rozdaniem, w którym wciąż jeszcze wszystko może się wydarzyć!

_____

* Ten i kolejne cytaty w nagłówkach pochodzą rzecz jasna z Szekspira.

** Generalnie w komiksach bezpiecznie jest zakładać, że ktokolwiek podniesienie Mjölnir, może przyjąć moc Thora i stać się jakąś jego wersją. Do samych lat 90. „Thorów” było co najmniej czterech i powstał nawet komiks, w którym wszyscy czterej stworzyli drużynę. Nazywali się Thor Corps. Bo czemu nie?

1 Komentarz

  • Zaczęłam oglądać Thora przez narzeczonego. Wcześniej raczej nie byłam wielką fanką takich filmów. Bardzo lubię pierwszą jak i drugą część ale trzecia przebiła wszystko. Mega humor, świetna akcja i nie był to odgrzewany kotlet. Jest to mój ulubiony bohater zaraz po strażnikach galaktyki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.