Mordercza opona czyli jak odkryłam wulkanizacyjną perełkę

Jeśli kiedykolwiek mieliście wrażenie, że coś was w życiu omija, wyobraźcie sobie, jak ja się czułam, gdy ZAWSZE, kiedy w okolicy organizowany był jakiś maraton najgorszych filmów świata, leżałam w domu chora albo musiałam gdzieś wyjechać. Dlatego też w tym roku bardzo świadomie dodałam do swojego wyzwania filmowego punkt „film klasy Z”. I nastawiłam się na to, że spędzę kiedyś uroczy wieczór z jakąś produkcją Eda Wooda albo filmem pokroju Sharknado, Zabójczych ryjówek czy Ataku pomidorów zabójców. Generalnie – z czymś, czego nie należy oglądać na trzeźwo ani zadawać przy tym zbyt wielu pytań.

Możecie więc wyobrazić sobie moją radość, gdy pewnego dnia znajomi zaproponowali wspólny seans filmu o jakże pięknym i wymownym tytule Mordercza opona. Gdyby ktoś jeszcze miał jakieś wątpliwości, oto krótkie streszczenie fabuły: urocza, choć nieco mściwa opona – taka, wiecie, od samochodu – toczy się przez świat, przy pomocy zdolności parapsychicznych mordując niemal wszystko, co spotka na swojej drodze. Idealny wybór.

Kadr z filmu „Mordercza opona”, reż. Quentin Dupieux, 2010.

Uradowana zasiadłam więc ze znajomymi przed ekranem… i tu nastąpiło pierwsze zdziwienie. Mordercza opona wcale nie wyglądała, jakby została nakręcona przy pomocy patelni. Przez grupkę piętnastolatków z ADHD. Nie. Nic z tych rzeczy. Mordercza opona miała naprawdę zaskakująco ładne zdjęcia.

Drugie zdziwienie nastąpiło zaraz potem – gdy już w pierwszej scenie okazało się, że to nie będzie ani film zrobiony śmiertelnie poważnie, ani głupawa i obleśna parodia nie wiadomo w zasadzie czego, ani nawet produkcja aspirująca do miana największego badziewia stulecia. Otóż pierwsza scena pięknie nadała ton całemu filmowi – który okazał się pastiszem, zaskakująco zresztą trafnie obnażającym bezsens przemysłu filmowego.

Kadr z filmu „Mordercza opona”, reż. Quentin Dupieux, 2010.

Już na samym wstępie jeden z bohaterów uświadamia nam, że nie ma żadnego rozsądnego powodu, dla którego na ekranie jakiegokolwiek filmu dzieją się rzeczy takie, a nie inne. Żadnego powodu poza jednym: zachcianką twórcy. Czy filmowców naprawdę obchodzi, co myślimy ich o ich dziełach? A gdzie tam. Potrzebują się wygadać. Wyrzucić z siebie własną wizję świata. Nawet jeśli ten świat składa się z morderczych opon. Albo chcą zaagitować coś w jakiejś sprawie bliskiej swojemu sercu. I ewentualnie przy okazji skasować nas za bilety. Ale jeśli kiedykolwiek wydawało wam się, że jako widzowie jesteście ważni, że coś znaczycie, macie jakiś wpływ na dzieło… cóż, Mordercza opona wyprowadzi was z błędu.

W tej chwili ktoś powinien zapytać: ale jak to, czy to jednak cały czas nie jest film o kawałku gumy, który zabija ludzi? Ależ oczywiście. Ale mordercza wyprawa przeuroczej opony jest tu pretekstem do powiedzenia kilku naprawdę ciekawych rzeczy o kinie i społeczeństwie. Jest wkomponowana w film wewnątrz filmu – czy też raczej w coś, co umownie możemy nazwać filmem wewnątrz filmu. I choć nasza opona ma w sobie więcej ikry niż niejeden „prawdziwy” bohater kinowych hitów, cały czas pozostaje jednak pretekstem do mówienia o czymś innym.

Kadr z filmu „Mordercza opona”, reż. Quentin Dupieux, 2010.

Oczywiście jestem w pełni świadoma, że znajdzie się kilka osób, które przykleją mi tutaj łatkę hipstera hipsterów. I orzekną, że doszukuję się sensu w kompletnym badziewiu, by z wyższością udowodnić wszystkim wokół, jaka to jestem mądra, wyjątkowa, głęboka, światowa i lepsza od innych. Bo skoro Mordercza opona do was nie przemawia, to najwyraźniej jej nie zrozumieliście. Proste. Nie przeczę, miewam i takie momenty w życiu. Ale co ja poradzę na to, że w tym filmie naprawdę jest zaskakująco dużo sensu? Przynajmniej jak na coś, co miało być kinem klasy Z. A okazało się prawdziwą wulkanizacyjną perełką.

Mordercza opona. Totalnie polecam. Serio.

Jak złapać oddech, czyli Mila, kreatywność i mindfulness

Danny Penman w swojej książce Mindfulness. Droga do kreatywności twierdzi, że w medytacji nie można ponieść porażki. Nie byłabym tego taka pewna. Mnie się chyba ponieść porażkę udało. Bo nie wiem, jak inaczej nazwać to, że prawie zawsze gdy zaczynam zwracać nadmierną uwagę na swój oddech, dopada mnie irracjonalny strach, że oddychać przestanę. Może to jakieś mroczne wspomnienie wuefu w podstawówce i tego, jak zbiegając z górki po mokrej trawie wywaliłam się prosto na plecy. Kto wie. Medytacji to jednak specjalnie nie sprzyja.

Doktor Penman próbowałby mnie zapewne przekonać, że ten strach da się przepracować. Pewnie się da. Pytanie, czy warto… bo balansowanie na skraju ataku paniki do najprzyjemniejszych nie należy. Książka Penmana mierzy się z tematem kreatywności i tym razem to do tej sfery życia przykłada najnowsze naukowe odkrycia i starożytne idee. Uważność i medytacja mają pomóc w odblokowaniu potencjału twórczego. Ukoić lęk przed porażką. Obudzić otwartość i ciekawość, podnieść produktywność. Może więc warto. Ale w moim przypadku na razie dalej wygrywa strach przed (nie)oddychaniem.

W tym momencie coś powinno was zastanowić. Jak na kogoś, kto nie zamierza medytować, czytam zaskakująco dużo książek o mindfulnessie. Czy to aby nie jakiś masochizm? Wolę myśleć, że to zawodowa ciekawość. A może nawet w jakiś sposób poczuwam się do monitorowania tego, co i w jaki sposób mówi się i pisze o psychologii i zjawiskach z jej pogranicza.

mindfulness. droga do kreatywności

A o mindfulnessie pisze się… bardzo różnie. Czasem w tak natchniony i ulotny sposób, że medytacja zaczyna przypominać jakiś nierealny, baśniowy twór. Czasem bardzo rzetelnie, konkretnie, językiem korzyści i strat z łatwością przyswajanym przez szeregowego pracownika korporacji. Przy pomocy badań naukowych i porównań typu: to taki fitness dla mózgu. A czasem można po prostu odnieść wrażenie, że każdy z autorów powtarza dokładnie to samo, tylko po swojemu. Książka Penmana plasuje się gdzieś pośrodku tego wszystkiego.

Z jednej strony trafnie i dobitnie pokazuje, jak często sami zabijamy w sobie kreatywność, kręcimy się w kółko, nie dostrzegamy prostych rozwiązań i zamiast wzmacniać swoją produktywność, większość czasu poświęcamy na zamartwianie się wszystkim, czym tylko się da. Penman oferuje na to wszystko remedium – szczegółowo rozpisany na 4 tygodnie trening uważności i medytacyjne ćwiczenia z dokładnymi instrukcjami. W założeniach i konstrukcji jest to zresztą książka dosyć podobna do Mindfulness. Trening uważności, którą Danny Penman napisał wcześniej wspólnie z Markiem Williamsem. Dość podobna argumentacja, podobny zestaw ćwiczeń.

To podobieństwo dotyczy jednak także języka, który akurat nie był najmocniejszą stroną poprzedniej publikacji. Żeby nie powiedzieć – poważne uproszczenia i atmosfera powszechnej szczęśliwości dość utrudniały lekturę co bardziej sceptycznym osobom. U Penmana uproszczeń, banałów i życzeniowego myślenia jest już co prawda o niebo mniej, ale i jemu nie udaje się zupełnie uniknąć zdań, którym brakuje już tylko jogina unoszącego się na puchatej różowej chmurce. Ani poleceń, co do których nie mam pewności, jak miałabym je wykonać… Autor zaleca na przykład, by podczas ćwiczenia uważności w trakcie zakupów w supermarkecie poza odczuciami, zapachami i dźwiękami zanotować w myślach także to, czy źrenice nam się rozszerzają. Zakładając, że nie jestem akurat w dziale z lustrami, nie wiem, jak miałabym to zauważyć.

Ale nie czepiajmy się szczegółów. Może prawdziwi jogini potrafią kontrolować swoje źrenice. Mimo wszystko książkę Mindfulness. Droga do kreatywności czyta się dużo przyjemniej niż Trening uważności. Jest w niej coś, co przemówi chyba do każdego, kto choć raz zmagał się z niemocą twórczą. Choćby dlatego, że Penman obnaża tu styl działania naszego wewnętrznego krytyka, tego natrętnego głosu, który na każdym kroku podkopuje naszą pewność siebie, odbiera odwagę szukania nowych rozwiązań i wpycha nas w koleiny schematycznego myślenia. Już sama świadomość głosu wewnętrznego krytyka pozwala wyłapywać jego podszepty. Ja ze swoim już dyskutuję. Chociaż podejrzewam, że prawdopodobnie w połączeniu z treningiem i medytacją dużo łatwiej byłoby go uciszyć. Ale to już będziecie musieli sprawdzić za mnie. Mój wewnętrzny krytyk za bardzo boi się stracić oddech.

Poza medytacjami znajdziecie w tej książce także garść całkiem trafnych spostrzeżeń na temat twórczości. A z rzeczy praktycznych – dodatkowo całą listę tak zwanych wyzwalaczy z nawyku. Czyli drobnych czynności, które pozwalają przełamać codzienny schemat i uświadomić sobie, jak wiele rzeczy robimy na autopilocie. I jakie to może mieć konsekwencje dla naszej pracy, kreatywności i innych, czasem nawet zupełnie prozaicznych dziedzin życia. To jest ta część, która zdecydowanie najbardziej mi się podoba. Bo czym jest kreatywność, jeśli nie wyłamywaniem się ze sztywnych schematów? Skąd czerpiemy impulsy i inspiracje, jeśli nie z nowych, niespodziewanych zdarzeń, wrażeń i myśli?

Wygląda więc na to, że nawet ja mogę wyciągnąć z książki Penmana coś praktycznego. Spróbować czegoś nowego. Przełamać rutynę. Spojrzeć na znane rzeczy pod zupełnie innym kątem. Może wam to też nie zaszkodzi?

Zupka instant albo niestrawny Iron Fist

Pamiętacie Lorasa Tyrella? Jeśli oglądaliście Grę o Tron, na pewno kojarzycie tę postać – ale czy pamiętacie jakąś scenę wyraziście zagraną przez wcielającego się w tę postać Finna Jonesa? Jakiś szczególnie emocjonalny moment, kwestię, wyraz twarzy? Cokolwiek poza faktem, że Loras pięknym był młodzieńcem, sypiał z królami i głowę ozdabiały mu złote loczki? Ja nie pamiętam.

I tym bardziej nie potrafię zrozumieć, dlaczego i na podstawie jakiego szalonego impulsu ktoś z Netflixa albo Marvela postanowił dać mu rolę w superbohaterskim serialu. I to nie byle jaką – rolę główną i wymagającą nie tylko przeżywania jakichś emocji, ale też przekonującego skopania tyłków niezliczonej ilości Azjatów. Rolę, której nie uratują nawet złociste loczki… bo tym razem Jones ma na głowie coś bardziej przypominającego zupkę chińską. Albo fryzurę Justina Timberlake’a z mrocznych czasów *NSYNC (to się naprawdę zapisuje z gwiazdką…?).

Istna zupka chińska. Kadr z serialu "Iron Fist", 2017.
Istna zupka chińska. Kadr z serialu „Iron Fist”, 2017.

Mowa o skrytykowanym już na wszystkie możliwe sposoby najnowszym serialu wyprodukowanym wspólnie przez Netflix i Marvel, zresztą o bardzo sugestywnym tytule Iron Fist. Jest szansa, że sporo już na ten temat słyszeliście… więc nie bójcie się, nie będę zbyt długo ględzić. Na obejrzenie tego wątpliwej jakości dzieła zmarnowałam już 13 godzin życia… nie mam ochoty w związku Iron Fist zmarnować ani godziny więcej.

Sama historia miała całkiem niezły potencjał. Oto u drzwi wielkiej korporacji znikąd zjawia się bosy, zarośnięty i ubrany jak menel hipster, który twierdzi, że jest dziedzicem połowy firmowych udziałów. 15 lat wcześniej uznanym za zmarłego w katastrofie lotniczej w Himalajach. Hipster na dzień dobry zaczyna opowiadać podejrzane historie o wojowniczych mnichach, którzy uratowali go i dali mu schronienie w tajemniczym klasztorze. Którego nie ma na żadnej mapie. Ani w Wikipedii. Potem twierdzi, że szkolony był tam na żywą broń i wojownika godnego posiąść nadnaturalną moc – tak, dobrze zgadliście, żelazną pięść. Będzie biznes i wielkie pieniądze. Będzie szpital psychiatryczny. Będą traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa. Będą hordy zwinnych Azjatów piorących się z naszym bohaterem po twarzach. I tajemnicze organizacje. Mogło być ciekawie. Mogło być zabawnie. Mogło być choćby wizualnie interesująco…

Kadr z serialu "Iron Fist", 2017.
Kadr z serialu „Iron Fist”, 2017.

Ale pierwszy odcinek tego serialu jest idealnym przykładem, jak nie należy kręcić… niczego w zasadzie. Jest tak żenująco zły, że naprawdę nie wiem, dlaczego obejrzałam kolejny. Nieco już mniej zły, ale dalej niezbyt porywający. Finn Jones wybitnym aktorem nie jest. Jakby tego było mało, połowa postaci zaczyna jako bardzo papierowe. Część z nich również tak kończy. Faramir sam jeden Gondoru nie ocali. Czy coś w tym stylu.

Dialogi leżą i kwiczą. Teksty zabawne są zdecydowanie w sposób niezamierzony i chyba tylko na poziomie metakrytyki. Wypowiedzi bohaterów są tak łopatologiczne, że poczułam się obrażona bardziej niż przez Sherlocka, który w nieszczęsnym ostatnim odcinku jak głupiej tłumaczył mi i pewnej bohaterce: „stworzyłaś sobie w głowie ME-TA-FO-RĘ”. Nawet zdjęcia nie są ładne, są chaotyczne i niespójne, jakby operatorzy pozostałych marvelowych seriali wyrywali sobie z rąk kamerę.

Kadr z serialu "Iron Fist", 2017.
Kadr z serialu „Iron Fist”, 2017.

Jednak największym minusem serialu jest tytułowy Iron Fist aka Danny Rand. Całej winy nie da się zrzucić na barki Finna Jonesa, choć ten zdecydowanie do roli się nie nadaje, a buddyjskie sentencje wypowiada tak samo bez przekonania i karykaturalnie, jak walczy i przyjmuje medytacyjne pozycje, które mogłyby się nazywać spacerującym żurawiem. A jak się naprawdę nazywają, nie mam pojęcia. Jestem medytacyjnym ignorantem. Ale nawet mnie razi medytujący Jones.

Ale Danny Rand to postać po prostu źle w serialu poprowadzona. O ile pozostałych bohaterów gdzieś tam z czasem zaczynamy rozumieć czy może nawet z nimi sympatyzować, to Danny od początku do końca tylko irytuje.* Jest jak rozpuszczone dziecko, które nie potrafi panować nad emocjami. Co trochę jakby kłóci się z piętnastoletnim pobytem w jakimkolwiek klasztorze, a już z buddyzmem i medytacją kłóci się zażarcie. Trudno jest uwierzyć w jakiekolwiek motywacje jego działań, bo większość z nich mają usprawiedliwiać jeśli nie wybuchy złości, to puste frazesy i deklaracje. W które nie wierzą chyba ani scenarzyści, ani odtwórca głównej roli.

Kadr z serialu "Iron Fist", 2017.
Kadr z serialu „Iron Fist”, 2017.

Dawno się tak nie wynudziłam na netflixowym serialu. I wbrew opinii jednej pani z naTemat nie mówię tego jako rzekomo inteligentna kobieta, która ostatkiem sił próbuje przetrwać na ogłupiających bajeczkach dla geeków. Tylko jako ktoś, kto był zachwycony Jessicą Jones. I agentem Coulsonem. Ba, jako ktoś, kto nosi kolczyki z Iron Manem. Naprawdę dużo mi do szczęścia nie trzeba. A Iron Fist nie dał mi nawet tyle.

_______________
* Ponoć są takie jednostki, którym się ten serial podobał. Zgadzam się w tej kwestii ze Zwierzem, że najwyraźniej jakimś cudem udało im się na początku polubić głównego bohatera. Może wtedy ogląda się całość jakoś inaczej. Ale jeśli nie wykrzeszesz z siebie odrobiny sympatii dla Danny’ego przed końcem pierwszego odcinka, możesz nie odpalać kolejnego. Nie będzie lepiej.