love_actually1811

9 rzeczy, których nie wiecie o Love Actually

W tym roku Love Actually smakuje trochę inaczej niż zwykle. Do tej pory zwykle przez kilka pierwszych minut miałam niekontrolowany wyszczerz na twarzy. Dopiero potem zastępowała go błoga radość i relaks mięśni twarzy. Tym razem początek nie był tak radosny… przy nazwisku Rickmana zaczęłam pociągać nosem. Po chwili przeszło, ale pierwsze Love Actually już w pewnym sensie bez Rickmana to strasznie dziwne doświadczenie.

Dlatego przyda się coś na osłodę – oto przed wami 9 rzeczy, których prawdopodobnie nie wiedzieliście o Love Actually:

1.Piosenka Billy’ego Macka naprawdę wystartowała w konkursie
Twórcy filmu rzeczywiście zdecydowali się wypuścić Christmas is all around jako singiel w 2003 roku – z nadzieją, że Bill Nighy powalczy o tytuł wykonawcy świątecznego hitu numer 1. Nie udało się. Oficjalnie tamte święta należały do Mad world w wykonaniu Gary’ego Julesa. Ale i tak wszyscy wiemy, że wszystkie święta należą do Billa.

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

2. Kris Marshall zwrócił czek za scenę z trzema dziewczynami w oknie
Pamiętacie Colina, boga seksu na złym kontynencie? I tę scenę, kiedy już na właściwym kontynencie rozbierają go trzy urocze Amerykanki? Aktor grający tę postać ponoć bawił się na tyle dobrze podczas kręcenia 21 powtórek tej sceny, że nie wziął za nią pieniędzy.

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

3. Olivia Olson śpiewała tak dobrze, że trzeba było to trochę popsuć
Jeśli wydawało wam się, że All I want for Christmas zaśpiewane przez małą Joannę było edytowane, mieliście rację. Choć edycja tego nagrania poszła w stronę, której raczej się nie spodziewaliście. Olivia Olson wykonała ten utwór tak dobrze, że brzmiało to aż niewiarygodnie – trzeba było trochę pociąć ten kawałek i dorzucić trochę oddechów, żeby brzmiało to nieco bardziej jak szkolny występ nastolatki.

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

4. Powieść Jamiego prawie utonęła w kałuży
Ok, trochę przesadzam z tą kałużą, ale podczas kręcenia tej sceny aktorzy musieli klęczeć, bo w rzeczywistości było tam głęboko na jakieś pół metra. Colin Firth, który prawie tonie w głębokiej na pół metra sadzawce… Prawdziwa magia kina.

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

5. Sceny powitań na Heathrow są prawdziwe
Zapomnijcie o statystach. Przeurocze sceny powitań na lotnisku, które widzimy na początku i na końcu filmu, są jak najbardziej autentyczne. Kręcono je z ukrycia i dopiero później proszono ludzi o zgodę na wykorzystanie materiału. Przez przypadek trafić do najlepszego filmu świątecznego ever… To trzeba mieć szczęście.

love-actually-heathrow

 

6. Lucia Moniz dalej wspomina scenę pocałunku z Colinem Firthem
Scenę, kiedy Aurelia i Jamie żegnają się przed jego wyjazdem, kręcono w dniu 26 urodzin aktorki – dla której ten moment stał się najlepszym wspomnieniem z całej pracy nad filmem. Nie ma się co dziwić. Lucia Moniz w swoje 26 urodziny całowała Colina Firtha. A co ja robiłam w dniu swoich 26 urodzin? Z żalem stwierdzam, że nie całowałam Colina.

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

7. Hugh Grant marudził na myśl o scenie tańca
Hugh miał chyba nieco inny plan na swoją postać, bo nie bardzo pasowało mu, żeby premier Wielkiej Brytanii wydurniał się, tańcząc na schodach w budynku przy Downing Street 10. Aktor marudził i odkładał tę scenę aż do ostatniego dnia zdjęć… a kiedy już przyszło co do czego, tak mu się spodobało, że wczuł się na maksa i ruszał ustami do słów piosenki.

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

8. Telewizja w Stanach zwykle wycina wątek Johna i Judy
Jak na kraj, który wydał Miley Cyrus i Kim Kardashian, Amerykanie są zadziwiająco przewrażliwieni. Półnagie byłe gwiazdki Disneya są w porządku, ale para aktorów grająca parę aktorów udających, że uprawiają seks, to już ewidentnie za duża kontrowersja dla amerykańskich widzów. Aż mi ich szkoda, John i Judy są tacy uroczy…

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

9. Rowan Atkinson miał być aniołem
Skrupulatny sprzedawca biżuterii miał być kimś więcej niż tylko facetem, który przypadkiem pomoże małemu Samowi przedostać się przez kontrolę paszportową. Miał być aniołem czuwającym nad tym, żeby miłość rzeczywiście była wszędzie wokół. Nakręcono nawet scenę, w której na lotnisku po spełnieniu swojego dobrego uczynku Atkinson rozpływa się w powietrzu… Ale ostatecznie twórcy stwierdzili, że to byłoby już za dużo i widz nie zniósłby dodatkowej warstwy cudowności…

Kadr z filmu "Love Actually", reż. R. Curtis, 2003.
Kadr z filmu „Love Actually”, reż. R. Curtis, 2003.

 

Chyba mieli rację. I chwała im za to, bo w obecnej formie film jest po prostu idealny. Nie wiem, na co jeszcze czekacie. Idą święta – odpalajcie Love Actually!

Kadr z serialu "Rozwód", 2016.

Jak się rozwieść z Carrie Bradshaw

Idę o zakład, że Sarah Jessica Parker, a przynajmniej jej kariera aktorska, ucierpiała pod wpływem klątwy popularnego serialu. Tak jak David Schwimmer zawsze będzie Rossem i nie omieszka się żalić, że Przyjaciele zrujnowali mu życie, tak i Sarah ma pewnie problem z pozbyciem się łatki Carrie Bradshaw.

Co nie znaczy, że nie próbuje. Po wielu mniej lub bardziej znanych filmach o miłości albo z miłością w tytule, tym razem SJP postanowiła przyjrzeć się sprawie od drugiej strony – i aktualnie gra główną rolę żeńską w serialu HBO Rozwód. Nie mówiąc już o tym, że przy okazji go produkuje.

Kadr z serialu "Rozwód", 2016.

Nie wiem, na ile pomoże jej to zerwać z Carrie, bo ja po ośmiu odcinkach dalej mam ochotę błędnie nazywać jej bohaterkę tym imieniem… może dlatego, że po takim odcinku mam w zwyczaju przerzucać się na nieustannie nadawane w TV powtórki Seksu w wielkim mieście. Pewnie sama sobie nie ułatwiam sprawy… Niemniej jednak Rozwód zasługuje na uwagę i całkiem sprawnie mierzy się z problemem tego, jak to możliwe, że pozornie szczęśliwe małżeństwo w jednym momencie może runąć jak domek z kart. I dopiero wtedy okazuje się, od jak dawna jego fundamenty powoli się rozpadały.

Mogłoby się wydawać, że nie ma tu zbyt wiele do opowiadania. Ot, ludzie są razem, potem przestają być, dzielą się majątkiem i od tego momentu spotykają już tylko po to, by przekazać sobie dzieci na weekend. Rozwód nie jest tematem obcym kinematografii. Ale bardzo często patrzymy na niego jak na jedną krótką decyzję, analizujemy raczej to, jak rozwodnik próbuje sobie poradzić w pojedynkę, albo to, co w związku dwojga ludzi doprowadziło do rozstania. W filmach i serialach ludzie rozwodzą się zwykle albo na samym początku, albo na końcu, albo w ogóle gdzieś poza kadrem. Rzadko kiedy mamy okazję przyjrzeć się temu, co dzieje się z nimi i z ich związkiem w trakcie bolesnej i wyboistej drogi od „my” do „ja”.

Kadr z serialu "Rozwód", 2016.
Kadr z serialu „Rozwód”, 2016.

A tymczasem pomiędzy pierwszymi gorzkimi słowami a orzeczeniem sądu jest mnóstwo miejsca na wątpliwości, wzajemne wyrzuty, sekrety wyłażące z szafy, dziesiątki praktycznych decyzji, godziny spędzone u prawników i na pochlipywaniu w poduszkę. W sitcomach może i da się załatwić rozwód w przerwie pomiędzy jednym odcinkiem a drugim, ale w praktyce, jak przekonuje Sarah Jessica Parker i jej nowy serial, sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Świat wywraca ci się do góry nogami i to nie tylko dlatego, że coś się kończy… nagle okazuje się, że Twój związek był zupełnie czymś innym, niż ci się zawsze wydawało. Że niczego tak naprawdę nie wiesz o swoim partnerze. Sekrety, zdrady, długi, tłumiona niechęć… kto by się tego wszystkiego spodziewał? Może żeby naprawdę kogoś poznać, nie wystarczy żyć z nim przez dwadzieścia lat… może trzeba się jeszcze z nim rozwieść?

Rozwód to tak naprawdę teatr dwojga aktorów, choć w tle przewija się mnóstwo innych postaci: od dziwnie obojętnych dzieci, przez krwiożerczych prawników, po rozgadane przyjaciółki i niefortunnych kochanków. Ale Sarah Jessica Parker i Thomas Haden Church przeprowadzają widza przez meandry niełatwych decyzji i nieprzyjemnych odkryć. Jednocześnie serial wcale nie przytłacza. W opisie dystrybutora pada w końcu słowo „komedia”, a to do czegoś zobowiązuje… Nie nastawiajcie się jednak na zrywanie boków albo niepoważne traktowanie tematu. To produkcja raczej błyskotliwa niż śmieszna. Bo i przecież nie ma się z czego śmiać.

Kadr z serialu "Rozwód", 2016.
Kadr z serialu „Rozwód”, 2016.

Wątpię, żeby Sarah Jessica Parker tym serialem rozwiodła się z Carrie Bradshaw… za dużo pomiędzy obiema bohaterkami podobieństw. Ale na pewno to krok w dobrą stronę – wreszcie dostaliśmy od niej coś bliższego prawdziwemu życiu niż szpilki od Manolo i drinki z palemką.

belfer2

Jaki kraj, taki James Bond

Zarwałam dzisiaj noc, oglądając Belfra. Po części dlatego, że błędnie oszacowałam, ile muszę nadrobić odcinków. Ale trochę też dlatego, że pod koniec wreszcie zrobiło się ciekawie i trudniej było się oderwać. Zwłaszcza oderwać wzrok od Sebastiana Fabijańskiego.

Co nieco napisałam już o początkowych odcinkach, ale skoro nadarza się okazja, warto chyba podsumować całość. Czytaj: spędziłam weekend polując na prezenty świąteczne i nadrabiając seriale, więc musi być o Belfrze, bo nie zdążyłam napisać nic innego. Zdarza się.

Bez tych okularów jest jeszcze lepiej. S. Fabijański w serialu "Belfer", 2016.
Bez tych okularów jest jeszcze lepiej. S. Fabijański w serialu „Belfer”, 2016.

Tak samo po czterech pierwszych, jak i po finałowym odcinku Belfer dalej jest serialem dość nierównym. Jest w nim sporo dobrego. Maciej Stuhr. Szelmowski łobuz o (chyba) dobrym serduszku zagrany przez Fabijańskiego. Prawdopodobnie dość trafny obraz małomiasteczkowych gangsterów, którym słoma wyłazi z butów. Przekonująca dynamika relacji w grupie niepokornych nastolatków – i to nawet mimo tego, że aktorsko młodsza część ekipy niespecjalnie wzbija się na wyżyny.

Sporo tu zależało od relacji międzyludzkich. Romanse, sekrety, zdrady, brudne interesy – wszystko to popychało fabułę do przodu i coraz bardziej intrygująco komplikowało sprawę zabójstwa Asi Walewskiej. Relacje między dzieciakami w szkole udały się świetnie, mimo że większość z nich jeszcze sporo musi się nauczyć o aktorstwie. Klasowy cwaniak, zamknięty w sobie frajer, błazen, kujonka, rozpuszczona paniusia i szkolna psychopatka – wszyscy oni tworzą ciekawe tło dla zgonów i sekretów, które jeden po drugim zmieniają układ sił w Dobrowicach.

Relacje między dorosłymi udały się za to średnio. I to mimo faktu, że obsadzie trudno odmówić talentu i klasy. Cielecka, Pieczyński, Królikowski, Simlat, Stuhr… nie brakuje dobrych ról w ich dorobku. Ale coś tu między nimi nie gra. Brakuje chemii. Romans to jest jednak romans, groźba to jest groźba… A jedyne, w czym naprawdę czuć chemię, to wściekłość. Wściekłość jakoś zawsze się w polskiej kinematografii udaje. Trochę się za to nie udała postać Pieczyńskiego, jego lokalny dziennikarz-alkoholik jest dość przerysowany. Wręcz komiksowy.

belfer

Nie brakuje w Belfrze wątków dość trudnych do uzasadnienia. O ile z czasem zaczynamy rozumieć, dlaczego polonista tak się uparł pakować w sam środek policyjnego śledztwa, to kwestia jego licznych talentów pozostaje jednak dość tajemnicza. Gdyby nie kilka banalnych błędów, które nasz domorosły detektyw popełnia tu i ówdzie, można by się zastanawiać, kiedy wreszcie ściągnie maskę i powie: my name is Bond, James Bond. Wnikliwość, tężyzna fizyczna, (rzekomy) wpływ na kobiety, godne pozazdroszczenia umiejętności walki wręcz – z każdym odcinkiem polonista ujawnia coraz więcej ukrytych talentów. I robi się coraz mniej wiarygodny, bo ani dyplom psychologii, ani nawet doświadczenie w pracy z trudną młodzieżą zazwyczaj jednak nie owocują prowincjonalną kopią agenta Jej Królewskiej Mości. Mój ulubiony polonista z liceum przypominał raczej gościa, który w dwóch różnych butach jedzie po syna do przedszkola i przez pomyłkę wraca z obcym dzieckiem. Po drodze gubiąc klasówki całej trzeciej „a”. Ale kto wie, może są i tacy jak Paweł Zawadzki.

O ile jednak na talenty polonisty można jeszcze przymknąć oko, to pomysł na zajawkę drugiego sezonu autentycznie mnie rozśmieszył. Choć w zasadzie może nie powinien… skoro belfer może być agentem 007, to chyba nie powinno dziwić, że otrzymuje kolejne tajne misje… Tylko czekać, aż zgłosi się do niego Interpol.

Ale nie bądźmy złośliwi. Belfer to jednak był kawał przyzwoitej rozrywki z kilkoma niezłymi rolami i całkiem sprawnie zarysowaną tajemnicą morderstwa. Bo z pobocznymi wątkami było już różnie. Ale to, co najważniejsze w serialu kryminalnym, trzyma tutaj poziom.

Nie wiem, czy czekam na drugi sezon Belfra. Trochę się obawiam, że mógłby być zbyt absurdalny. Ale kto wie, kto wie… Jeśli twórcy doprawią historię kimś równie interesującym jak łobuz z twarzą Fabijańskiego, to może nawet obejrzę…