Feminist Friday: Opowieść podręcznej

W pierwszym odruchu chciałam napisać, że Opowieść podręcznej Margaret Atwood i serial na podstawie tej powieści to coś, z czym każdy powinien się zapoznać… Ale to nieprawda. Niektórym nie należy podsuwać zbyt śmiałych pomysłów.

A Margaret Atwood stworzyła antyutopię śmiałą i iście upiorną. Świat, w którym (prawdopodobnie na skutek skażenia środowiska) kryzys demograficzny jest tak wielki, że nieliczne płodne kobiety nie tylko chroni się za wszelką cenę, ale i siłą zmusza do wydawania na świat potomstwa wysoko postawionym urzędnikom. Nawet jeśli rzeczone potomstwo ma się urodzić z mózgiem na wierzchu – nikt tego zresztą wcześniej nie sprawdza, bo badania zostały zakazane. „Zakazane” to słowo-klucz, które obejmuje niemal wszystko: pozamałżeński seks, homoseksualizm, bycie księdzem, a w przypadku kobiet również takie rzeczy jak swobodne wybieranie własnego ubioru, praca zarobkowa, gra w scrabble i czytanie. Wyobraźcie sobie świat, w którym w trosce o dobro połowy społeczeństwa z ulic pozdejmowano wszystkie oznaczenia zawierające jakiekolwiek litery – i będziecie w domu. Gilead, kraj szczęśliwych kobiet, którym nic już nie przeszkadza w spełnianiu ich biologicznego powołania.

Czytajcie, póki jeszcze wam wolno.

Wszystko to obserwujemy oczami młodej kobiety pełniącej rolę Podręcznej – żeby nie powiedzieć: podręcznej macicy. Naszej bohaterce nadano imię Freda. Wiecie, Należąca-Do-Freda (ang. Offred, Of-Fred). Posiadanie własnego imienia to zbytnia rozpusta intelektualna. Fred, we własnym domu tytułowany Komendantem, to niezła szycha. Przysługuje mu więc ładna Żona, służba i Podręczna do produkowania potencjalnych Fredziątek. Jeśli zastanawiacie się, czy produkowanie Fredziątek nie powinno być przypadkiem zakazane jako seks pozamałżeński, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż nie. Po pierwsze, to nie jest seks, tylko beznamiętny rytuał. W którym co najmniej jedna ze stron uczestniczy pod groźbą zesłania do pracy przy radioaktywnych odpadkach. Po drugie, jest na to precedens. W świętych słowach biblijnej Racheli: „Mam niewolnicę Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dzieci na moich kolanach; chociaż w ten sposób będę miała od ciebie potomstwo” (Rdz 30, 3 BT). Tyle tylko, że tutaj nie tylko poród odbywa się na kolanach Żony. If you know what I mean.

Opowieść podręcznej nie jest książką, przy której z radością obiecywalibyśmy sobie: jeszcze tylko jeden rozdział przed snem. I może jeszcze jeden. Ale też i niełatwo się od niej oderwać. Coś w tej chorej rzeczywistości sprawia, że chcemy ją poznać od podszewki. Coś w bohaterach każe nam analizować ich sytuację i współczuć – każdemu z osobna. Bo choć już na pierwszy rzut oka nowa rzeczywistość największym piekłem jest dla Podręcznych, to trudno nie odnieść wrażenia, że praktycznie wszyscy zaangażowani znaleźli się w pułapce. W imię religii i purytańskiej moralności ludzie stworzyli sobie świat, w którym miało być lepiej… a wyszło jeszcze gorzej niż zwykle.

Od kilku tygodni Opowieść podręcznej mamy też okazję oglądać na telewizyjnym ekranie z Elizabeth Moss w roli głównej. Większość najmocniejszych scen książki upchniętych zostało już w pierwszym odcinku serialu pod tym samym tytułem. Aż strach było się bać, co też nastąpi dalej… Ale dalej serial wcale nie próbuje na siłę szokować. Raczej wypełnia luki, które powieść Atwood potraktowała dosyć pobieżnie. Jakkolwiek bardzo wymowna i przerażająca, książkowa Opowieść podręcznej jest dosyć kameralną historią. Na wszystko patrzymy oczami Fredy i to głównie zdobyte przez nią strzępy informacji pozwalają nam wyrobić sobie pogląd o funkcjonowaniu całego państwa. Na kartach powieści analizujemy raczej relacje pomiędzy ludźmi o różnym statusie wepchniętymi w sztywny system, w którym nie ma już miejsca na człowieczeństwo.

Kadr z serialu Opowieść podręcznej, 2017.

Serial z tą warstwą radzi sobie równie dobrze i w swojej wymowie cały czas pozostaje wierny oryginałowi. Ale oprócz tego dość wyraźnie kreśli całe tło społeczne i organizacyjne Republiki Gileadu, przedziwnego państwa zbudowanego na reprodukcyjnym niewolnictwie i ochronie kobiet polegającej na odebraniu im wszystkich praw. Już Atwood wyraźnie pisała o tym, że tak daleko idące zmiany nie dzieją się z dnia na dzień – serial idzie o krok dalej i uchyla rąbka tajemnicy, pokazuje, jak państwo pokroju Gileadu mogło się narodzić, i w jaki sposób dało się je utrzymać w ryzach. Na pewno więc serial bardzo rozbudowuje wyjściowy materiał i uzupełnia luki – a wprowadzone zmiany pasują do całości jak brakujące puzzle.

Yvonne Strahovsky jako Żona w serialu Opowieść podręcznej, 2017.

Tak naprawdę jedyna zmiana, z którą mam pewien problem, dotyczy obsady. Komendant i jego Żona w powieści nie są już ludźmi pierwszej młodości. Oboje są siwi, jej ręce wykręca artretyzm… Tutaj zaś dostajemy w tych rolach piękną parę młodych aktorów – i aż ciśnie się na usta pytanie, czemu ta zmiana ma służyć. Może to tylko wymogi telewizji – w końcu w serialach wszyscy są zawsze tacy nieskazitelnie piękni i młodzi? Może ich młodość ma podkreślać pułapkę, w jaką sami się zapędzili, wywołując tę prawną i obyczajową rewolucję? Może Komendant musiał być młodym, przystojnym mężczyzną, żeby dodać gdzieś wątek możliwego romansu z Podręczną?

A może – choć szczerze mam nadzieję, że to jednak nie ten powód – jego aparycja ma złagodzić widzom odbiór scen ceremonialnego zapładniania? Naprawdę nie chciałabym musieć zarzucać feministycznemu serialowi prowokowania refleksji w stylu: skoro on taki młody i ładny, to może te gwałty wcale nie są takie straszne…

Kadr z serialu Opowieść podręcznej, 2017.

Twórcy serialu twierdzą wprawdzie, że odmłodzenie bohaterów podyktowane jest raczej wiekiem Żony Komendanta – miało podkręcić dynamikę relacji między nią i Podręczną. Dwie kobiety mniej więcej w tym samym wieku, stanowiące dla siebie nawzajem zagrożenie i będące obiektem wzajemnej zazdrości rzeczywiście mogą być ciekawym wzbogaceniem fabuły. Nie da się jednak ukryć, że skutek uboczny tego zabiegu, choćby i miał twarz Josepha Fiennesa, pozostawia po sobie pewien niesmak.

Ale mimo niesmaku – oglądam dalej. Za bardzo mnie ciekawią trybiki tego chorego państewka i kulisy jego powstawania. Fascynuje mnie podglądanie, jak rewolucja pożera własne dzieci. Ciekawi, jak Gilead odnajduje się na mapie świata – wszak nie zapominajmy, że narodził się na gruzach demokratycznego raju…

Kadr z serialu Opowieść podręcznej, 2017.

Może więc powinniśmy wziąć sobie do serca przestrogę płynącą z Opowieści podręcznej. Wolność nie jest nikomu dana na zawsze. I nie znika z dnia na dzień. Najpierw zabiorą ci palec. Potem całą rękę. A stamtąd to już tylko rzut… kamieniem w Podręczną.

Nowe Twin Peaks nie jest tym, czym się wydaje

Gdybym tak jak niektórzy czekała na nowy sezon Twin Peaks 26 lat, prawdopodobnie byłoby mi teraz bardzo smutno. Czekałam niepomiernie krócej, a i tak przy nowych odcinkach trochę mi mina zrzedła. Chociaż może nie powinnam pisać: nowy sezon. Lynch sobie ponoć tego nie życzy. Może to wyjaśnia, dlaczego nowe Twin Peaks tak niewiele ma wspólnego z produkcją sprzed 26 lat.

Opinie są co prawda skrajne. Jedni podzielają moje rozczarowanie, inni padają na kolana i twierdzą, że to Twin Peaks najlepsze w historii. Kwintesencja twinpeaksowości. Ta skrajność jest bardzo interesująca, bo choć intensywnie się nad tym zastanawiam, nie do końca potrafię zrozumieć, co też się ludziom w tych nowych odcinkach podobało. A oni nie potrafią zrozumieć, na co ja narzekam. Przychodzą mi do głowy trzy możliwe wyjaśnienia tej sytuacji:

1. Być może tak naprawdę nie rozumiem, czym w ogóle było Twin Peaks… Może te wszystkie rzeczy, które mnie w nim urzekły, wcale nie były ważne. Może niepotrzebnie jarałam się atmosferą, plackiem wiśniowym i sowami, które nie są tym, czym się wydają. Może najważniejsze w tym wszystkim były dłużyzny, cisza na ekranie i ciągi zupełnie przypadkowych scen, które niczego nie wnoszą do fabuły. W takim wypadku – zwracam honor, wszystko to w nowym sezonie jest. Aż w nadmiarze.

Niegrzeczny Cooper. Kadr z Twin Peaks, 2017. © SHOWTIME

2. Może zachwyt jest wynikiem dysonansu poznawczego. Fani czekali tak długo i tak bardzo cieszyli się na powrót ukochanego serialu, że ich mózgom łatwiej było wmówić sobie, że właśnie widzieli arcydzieło, niż przetworzyć bolesne rozczarowanie. Nie byłby to pierwszy taki przypadek w dziejach psychologii. Mi też się to czasem zdarza.

3. Może na świecie jest znacznie więcej fanów Larsa von Triera, niż mi się wydawało. Bo bardziej niż oryginalne sezony, nowe Twin Peaks przypomina mi jakąś mniej porywającą wersję filmów Larsa. Nic się nie dzieje, a bohaterowie tylko kręcą się w kadrze bez sensu i z poważnymi minami wypowiadają niewiele znaczące zdania. Chociaż akurat to porównanie byłoby trochę krzywdzące dla Larsa. Jego filmy jednak bywają o czymś.

A tymczasem nowe Twin Peaks przypomina raczej zlepek zupełnie przypadkowych scen z beznadziejnymi dialogami. Gdyby nie Margaret i jej pieniek czy okazjonalny rzut oka na Laurę Palmer, przez większość czasu zastanawiałabym się, czy aby na pewno nie pomyliłam kanałów. Kiedy ci zachwyceni mówią mi: „najwyraźniej widzieliśmy dwa różne seriale”, jestem gotowa im przyznać rację i podejrzewać, że obejrzałam jakąś zmanipulowaną wersję, do której ktoś przez przypadek dorzucił wątki z piętnastu innych filmów.

Tę dwójkę skrzywdzono najbardziej. Kadr z Twin Peaks, 2017. © SHOWTIME

Chaos i dziwactwa bywały zaletą pierwszych sezonów. Niespiesznych ujęć nie brakowało. Dialogi bywały abstrakcyjne. Ale wszystko to razem jakoś do siebie pasowało i nawet oderwane od rzeczywistości sceny popychały fabułę do przodu. A teraz? Więcej chaosu, więcej dziwactw, więcej abstrakcji – podanych w jeszcze wolniejszym tempie. I póki co, niespecjalnie składających się w jakąkolwiek całość. Dzieje się za dużo naraz i jednocześnie… nie dzieje się nic.

Ale najgorsze jest to, że w tym wszystkim umyka gdzieś cały niesamowity klimat Twin Peaks. To, że bohaterowie się postarzali, jest dosyć naturalne, ale czy przy tym musieli stać się też tacy bez wyrazu? Gdzie się podziała duszna atmosfera małego miasteczka? Gdzie u licha podział się urok osobisty agenta Coopera? Nowym odcinkom najbliżej zdecydowanie do finału z 1991 roku – a powiedzmy sobie szczerze, akurat finał nie był w Twin Peaks tym, co zdobyło moje serce.

EDIT: Gdyby ktoś jeszcze nie skojarzył faktów – to jest opinia o czterech pierwszych odcinkach, a nie o całym sezonie. Niestety nie mam zdolności paranormalnych ani szklanej kuli i nie przewidziałam, jak będą wyglądać kolejne odcinki. Co nie zmienia faktu, że dużej nadziei z nimi nie wiążę.

Nie lubię porzucać seriali w środku sezonu, więc prawdopodobnie jakoś dociągnę do końca… Ale póki co, z każdą minutą mam na to coraz mniejszą ochotę. I coraz mniejszą nadzieję, że będzie lepiej.

Stulatek, który nie powinien mieć sequeli

Pamiętacie Allana Karlssona – Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął? To bohater przezabawnej i nieprawdopodobnej czarna komedia nazywanej czasem szwedzką wersją Forresta Gumpa. Allan w dniu swoich 100 urodzin ucieka z domu opieki i wplątuje się w aferę z mafią, słoniem i wielkimi pieniędzmi w tle. Nie jest to dla niego nic nowego, bo szybko przekonujemy się, że całe jego życie obfitowało w podobne szalone przypadki. Niezależnie od tego, czy czytaliście książkę Jonasa Jonassona, czy widzieliście ekranizację w reżyserii Felixa Herngrena, prawdopodobnie zaśmiewaliście się przy Stulatku do łez. Ja się zaśmiewałam przy obu wersjach.

Wyobraźcie więc sobie moją radość, kiedy przeglądając nowe propozycje Netflixa, znalazłam Stujednolatka, który nie zapłacił rachunku i zniknął! Ten sam reżyser i scenarzysta, ci sami odtwórcy ważniejszych ról, ten sam główny bohater… Istny przepis na kolejny sukces, prawda?

Kadr z filmu Stujednolatek, który nie zapłacił rachunku i zniknął, reż. Felix Herngren, 2016.

Nieprawda. I piszę to z bólem serca, bo na Stulatku śmiałam się w kinie tak, jak jeszcze nigdy wcześniej i nigdy później. Na Stujednolatku natomiast zaśmiałam się dokładnie pół raza podczas całego seansu. Nie pomogło nawet to, że w pewnym momencie bohaterowie przejeżdżają pół Europy kradzionym samochodem dostawczym Poczty Polskiej. Coś ewidentnie poszło nie tak.

Tym razem Allan z przyjaciółmi postanawia odnaleźć zaginioną przed laty  recepturę potencjalnie uzależniającego, najsmaczniejszego napoju gazowanego świata. Radzieckiego odpowiednika Coca-Coli, który już w czasie zimnej wojny (a najwyraźniej i teraz) był żyłą złota, stanowił zagrożenie dla układu sił na świecie i stał się obiektem rozgrywek politycznych oraz akcji wywiadowczych. Nikogo nie powinno specjalnie dziwić, że wkrótce w poszukiwania włączają się także funkcjonariusze CIA i prawowita spadkobierczyni receptury.

Kadr z filmu Stujednolatek, który nie zapłacił rachunku i zniknął, reż. Felix Herngren, 2016.

Punkt wyjścia był w zasadzie całkiem obiecujący. Film aż prosił się o nawiązania do szpiegowskiej przeszłości Allana i jego powiązań z przywódcami światowych mocarstw. Które w poprzedniej części wypadły bardzo zabawnie, a w sequelu… po prostu są. Mają miejsce. I tyle.

To jest chyba główny problem Stujednolatka. Twórcy niby bazują na sprawdzonym przepisie, niby robią wszystko, jak należy… a i tak czegoś brakuje. Charakteru. Wyrazu. Samo bazowanie na poprzednim sukcesie jeszcze nie wystarczy. Stujednolatek jest trochę jak wyrwany z kontekstu odcinek serialu. Samodzielnie nie ma racji bytu, bo nawet jego bohaterowie bazują na tym, co już o nich wiemy z poprzedniej części. Nikt tu nie buduje ani nie przedstawia postaci – nawet tych nowych, które znikąd pojawiają się na ekranie i nie bardzo wiadomo, kim są. Ot, jacyś ludzie kręcą się w kadrze i robią różne rzeczy. Ale ani nie jest to specjalnie logiczne, ani nawet absurdalnie zabawne i wciągające jak w oryginalnej historii Jonassona. Żaden z bohaterów, łącznie z Allanem i małpką o imieniu Erlander, nie wzbudza specjalnej sympatii – wszyscy są papierowi, a twórcy chyba mają nadzieję, że pamiętamy jeszcze, za co polubiliśmy ich w 2014 roku.

Kadr z filmu Stujednolatek, który nie zapłacił rachunku i zniknął, reż. Felix Herngren, 2016.

W efekcie, oglądając Stujednolatka, czułam się trochę jak podczas herbatki u babci, kiedy w telewizji leci akurat jakiś przypadkowy odcinek o Sułtance Kösem. Coś tam się na ekranie dzieje, ale ani mnie to grzeje, ani ziębi. A chyba nie o to chodziło…

Tak się nie robi sequeli. Wielka szkoda, że spotkało to akurat Stulatka – bo był to upadek z bardzo wysokiego… słonia.