Kadr z filmu "Ukryte działania", reż. Theodore Melfi, 2016.

I nikt nam nie wmówi, że białe jest białe

Jeśli jeszcze rozpaczliwie próbujecie nadrobić jak najwięcej oscarowych filmów, prawdopodobnie zaczyna w was kiełkować ponure przekonanie, że… nie zdążycie. Tak, to też. Ale przekrój przez tegorocznych najlepszych z najlepszych pokazuje, że amerykańscy filmowcy, podobnie jak wielu zwykłych ludzi w innych krajach, zaczynają się mierzyć z trudną prawdą – że żyjemy na świecie, który od dziesiątków czy nawet setek lat cały czas tylko udaje, że rozwiązuje ciągle te same problemy, w rzeczywistości zamiatając je pod coraz to nowe dywany pojedynczych ustępstw i kwiecistej retoryki.

Kadr z filmu "Ukryte działania", reż. Theodore Melfi, 2016.
Kadr z filmu „Ukryte działania”, reż. Theodore Melfi, 2016.

Nie jest zbyt przyjemnym odkryciem ta aktualność problemów poruszanych przez tegorocznych kandydatów do Oscara – zwłaszcza, że bohaterowie tych filmów rozsiani są na przestrzeni dziesiątków lat, a równie dobrze mogliby sobie podać ręce, bo cały czas spotyka ich dokładnie to samo. To samo, z czym zresztą przychodzi się mierzyć współczesnemu człowiekowi.

Weźmy choćby Ukryte działania – niby lądujemy na przełomie lat 50. i 60., a jakimś cudem współczesne kobiety z łatwością utożsamiają się z bohaterkami, których świat uparcie nie chce docenić. Bo to przecież nie do pomyślenia, żeby kobieta mogła być inteligenta. Jest w tym filmie niezła scena, kiedy jednemu panu w połowie dowcipkującego zdania „Nie wiedziałem, że w NASA w ogóle zatrudniają kobiety” słowa więzną w gardle… i może takie więźnięcie powinno się częściej zdarzać, aż wszyscy się nauczymy nie patrzeć na innych z góry. Ukryte działania w całości są co prawda nieco zbyt hollywoodzkie jak na mój gust, ale może taki girl power jest nam teraz wszystkim potrzebny…

Kadr z filmu "Ukryte działania", reż. Theodore Melfi, 2016.
Kadr z filmu „Ukryte działania”, reż. Theodore Melfi, 2016.

A skoro już cytujemy bohaterów filmów, to ciekawe zdanie pada też w Moonlight – i od razu stanowi celny wstęp do kolejnej ważnej produkcji – dokumentu XIII poprawka. Bohater Moonlight opowiada, że aresztowano go za jedną z tych głupich rzeczy, za które „zawsze nas wsadzają”. I tu wkracza XIII poprawka – podróż przez wieki i pokolenia amerykańskiej historii, od początku stygmatyzującej afroamerykańską społeczność jako wylęgarnię przestępców. Ten 1,5-godzinny dokument przytłacza statystykami federalnego więziennictwa, ale najbardziej chyba szokuje myśl, że w kraju tak szumnie mówiącym o wolności, pretekstem do brutalnej akcji policji może być to, że idziesz sobie ulicą z ręką w kieszeni. Przecież MOGŁEŚ mieć tam broń. Nieważne, że nie miałeś. Kolor twojej twarzy z definicji czyni cię podejrzanym.

Kadr z filmu "Moonlight", reż. Barry Jenkins, 2016.
Kadr z filmu „Moonlight”, reż. Barry Jenkins, 2016.

Nie jest łatwo być członkiem społeczności, w której co trzeci mężczyzna choć raz w ciągu swojego życia (słusznie czy nie) wyląduje w więzieniu. Aż strach liczyć, ile to dzieci pozbawionych ojców, ilu chłopców wyrastających w przekonaniu, że tak po prostu jest i że świat niczego więcej się po nich nie spodziewa. Ilu mężczyzn, którym po odsiadce życiowe opcje kurczą się tak, że przestępczość wydaje się rozsądną drogą. Jedno wielkie błędne koło, z którego wyrastają historie takich pogubionych chłopców jak Chiron z Moonlight. Albo jak w Fences – rezygnacji przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio zbliżająca się gala rozdania Oscarów kazała mi się poważnie zastanowić na naturą świata i człowieka. Możliwe, że nigdy. Możliwe też, że to po prostu ja budzę się z letargu i udawania, że wszystko jest ze światem w porządku… Ale chciałabym myśleć, że świat budzi się razem ze mną.

kot

Nie ma to jak kot… w kinie

Dziś niby nie sobota, ale za to Światowy Dzień Kota – jak najbardziej. Czyli będzie o kotach. A konkretniej – o moich ulubionych kotach prosto z dużego i małego ekranu.

Ulysses
Co jest grane, Davis? to jeden z tych filmów, które mogłyby być o niczym, a i tak się je ogląda. Bo są ładne. Są w nich ładni ludzie. Na dodatek: śpiewający ładni ludzie. I co najważniejsze – jest kot o dostojnym imieniu. Kiedy myślę o tym filmie i próbuję streścić jego fabułę, przychodzi mi do głowy jedno zdanie: Oscar Isaac przez pół filmu gania za kotem. I w zasadzie jest to trafne.

Piękny... kot. Kadr z "Co jest grane, Davis?", reż. Ethan i Joel Coen, 2013.
Piękny… kot. Kadr z „Co jest grane, Davis?”, reż. Ethan i Joel Coen, 2013.

Krzywołap
W Więźniu Azkabanu Hermiona nie omieszka nam przypomnieć, że już starożytni Egipcjanie czcili koty. Jej rudy Krzywołap bardziej niż obiekt kultu przypomina co prawda nieszczęśnika, który zderzył się z autobusem… ale nie pyszczek zdobi kota. Całkiem zresztą możliwe, że Krzywołap rzeczywiście jest kotem po przejściach i zderzył się z zabawkową miotłą rocznego Harry’ego – w sieci krąży teoria, w myśl której poprzednią właścicielką rudego kota miała być Lily Potter… Czy to wyjaśniałoby przyjaźń kota i Łapy?

Kadr z filmu "Harry Potter i Więzień Azkabanu", reż. Alfonso Cuaron, 2004.
„Harry Potter i Więzień Azkabanu”, reż. Alfonso Cuaron, 2004.

Mrs Whiskerson
Mrs Whiskerson (czy jak kto woli: Pani Wąsik) niektórym co prawda bardziej przypominała węża niż kota, ale nie da się ukryć, że wrażenie robiła niezapomniane. Prawie tak, jak jej nieco bardziej abstrakcyjny kolega, Kotek Śmierdziuszek. Tak na marginesie: wiem, że aktualnie obowiązujący „Wonny Kot” łatwiej się mieści w tekście piosenki, ale ktokolwiek wpadł na to tłumaczenie, zniszczył mi dzieciństwo!

Kadr z "The One With The Ball", Przyjaciele, sezon 5, 1999.
Kadr z „The One With The Ball”, Przyjaciele, sezon 5, 1999.

Kot w Butach
Może coś ze mną nie tak, ale z całej drugiej części Shreka najlepiej pamiętam kocie oczy. Wszyscy wiemy, które. No spójrzcie tylko, jak się nie rozczulić?

Kadr z filmu "Shrek 2", 2004.
Kadr z filmu „Shrek 2”, 2004.

Kot z Cheshire
Na koniec fruwająca wisienka na torcie, czyli szeroki uśmiech Kota z Cheshire. W zasadzie najbardziej lubię go w Złotym popołudniu Sapkowskiego, ale tego chyba jeszcze nikt nie nakręcił… Postawmy więc na Burtona. Zwłaszcza, że u niego głosem Kota był Stephen Fry.

"Alicja w Krainie Czarów", reż. Tim Burton, 2010.
„Alicja w Krainie Czarów”, reż. Tim Burton, 2010.

 

Kotów nigdy za wiele, jeśli więc wy też macie swoje ulubione filmowe czy serialowe koty, śmiało możecie je przypomnieć w komentarzach 😉

Kadr z filmu "La La Land", reż. Damien Chazelle, 2016.

Gdzie te ciary czyli oscarowe piosenki

Jak się za chwilę zorientujecie, to jest tekst z gatunku: nie miałam kiedy pisać, więc będzie mało słów i dużo wstawek. W tym przypadku muzycznych. A konkretniej: piosenek nominowanych w tym roku do Oscara.

Jeśli spojrzeć na to, jakie piosenki dostawały Oscara na przykład w latach dziewięćdziesiątych (a lata dziewięćdziesiąte są dobrym odniesieniem do wszystkiego, jeśli akurat przypada na nie wasze dzieciństwo), to przede wszystkim było tam dużo Disneya… ale też sporo piosenek, które coś słuchaczowi robiły z emocjami. Jeżeli nie ruszają was piosenki z Króla LwaPocahontas, to jest spora szansa, że nie macie serca. Może warto się przebadać?

Mając to wszystko na uwadze, w tym roku mój podstawowy problem z nominowanymi piosenkami jest taki, że żadna niczego mi w zasadzie nie robi… Posłuchajcie tylko…

Justin jak to Justin, buja i na tym właściwie koniec…

Sting jak to Sting, ładnie mruczy, ale tym razem trudno go zapamiętać… zresztą jak większość piosenek z jego ładnej, ale dość monotonnej płyty 57th  & 9th.

Piosenka z filmu Vaiana: skarb oceanu w paru różnych wersjach w samej animacji brzmiała całkiem nieźle, ale ta oficjalna… istny disco relax, była dziewczyna Hiddlestona mogłaby ją zaśpiewać, a wszyscy wiemy, co myślę o byłej dziewczynie Hiddlestona…

Emma Stone jedyne, co mi robi, to irytuje… zwłaszcza seplenieniem. Choć jestem gotowa przyznać, że to wynik delikatnego uprzedzenia…

Z tego wszystkiego Ryan Gosling jest jeszcze nie najgorszy i dość klimatyczny, ale tylko pod warunkiem, że Żaba… to jest Emma mu nie przerywa…

Na tym lista się kończy, a ja z niejakim rozczarowaniem stwierdzam, że tegoroczne oscarowe piosenki są trochę… nijakie. Daleko im do ciar, jakie spora część mojego pokolenia wciąż ma przy Kolorowym wietrze. I to nawet wtedy, gdy nie śpiewa go Edyta Górniak.

Wygląda więc na to, że w tym roku tytuł kategorii, którą spokojnie mogę przespać podczas oscarowej nocy, nie przypadnie niczemu ze słowem „montaż” w tytule… Zaiste, zadziwiające.