Jak założyłam osiedlową książkodzielnię (przez przypadek)

Muszę się wam czymś pochwalić… Wygląda na to, że niedawno (trochę przez przypadek) założyłam małą osiedlową książkodzielnię. Ba, nawet zainspirowałam do tego innych. A wszystko zaczęło się od… mojej babci i harlequinów.

Dlaczego mówię, że założyłam książkodzielnię przez przypadek? Bo szczerze mówiąc, miałam skromniejsze intencje. Chciałam po prostu nieco odchudzić swoje regały, na których nie mieszczą się już książki (co nie powstrzymuje mnie przed kupowaniem kolejnych). A że warunki nie zachęcają obecnie do odwiedzania bibliotek, pomyślałam, że wezmę przykład z sąsiadów mojej babci, którzy regularnie dostarczają jej nowych lektur, wystawiając stosy używanych harlequinów na klatkę schodową – i po prostu podzielę się nadmiarowymi książkami z mieszkańcami mojego bloku.

Ściągnęłam więc z półek książki, które na nich zalegają – takie, które z różnych względów miałam w dwóch egzemplarzach, takie, które znalazły się w mojej biblioteczce przez przypadek i nigdy mnie nie zainteresowały, takie, z których po prostu wyrosłam albo z którymi się z czasem „pokłóciłam”, kiedy rozczarowali mnie ich autorzy… Spakowałam to wszystko do kartonu, przykleiłam kartkę z napisem „Weź sobie książkę” i postawiłam w widocznym miejscu na klatce schodowej.

Nie będę ukrywać – byłam ciekawa, co się stanie. Czy sąsiedzi się skuszą i książki zaczną się powoli rozchodzić? Czy wręcz przeciwnie, nikt nie zwróci na nie uwagi i będą się tylko smętnie kurzyć? Czy ktoś zabierze sobie całe pudełko? A może następnym razem zobaczę cały ten zestaw książek w koszu na makulaturę? Potraktowałam to jak mały eksperyment i przez kilka dni regularnie chodziłam sprawdzać, czy coś się w moim pudełku zmieniło…

Rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania już następnego dnia. Nie tylko część moich książek rzeczywiście znalazła nowych właścicieli… ale ktoś dołożył do pudełka własne książki! I nie był to jednorazowy wybryk, bo w kolejnych dniach zawartość pudełka ciągle się zmieniała – raz książek ubywało, raz przybywało, po fanach fantastyki ujawnili się zbieracze kryminałów. Po upływie ponad tygodnia prawie wszystkie moje książki znalazły nowe domy, ja zyskałam nowe książki do czytania, a osiedlowa książkodzielnia wciąż jest do połowy pełna i żyje swoim życiem.

Wiecie, co to wszystko znaczy? Że można niewielkim wysiłkiem zrobić coś miłego w swoim bezpośrednim otoczeniu – i to nawet bez konieczności odezwania się słowem do sąsiadów. Idealna akcja dla introwertyków!

Podzieliłam się tą historią na moim Instagramie i odzew też był niesamowity – wiele osób poczuło się zainspirowanych i donosiło, że też chcą zrobić coś podobnego w swoim otoczeniu. Jeśli więc w waszych blokach pojawiły się niedawno tajemnicze pudełka z książkami – to już wiecie, skąd się wzięły. A jeśli jeszcze nie macie swojej osiedlowej książkodzielni – to chyba już wiecie, jak temu zaradzić!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.