Kadr z serialu Strike: Cuckoo's Calling, reż. Michael Keillor, 2017.
Kadr z serialu Strike: Cuckoo's Calling, reż. Michael Keillor, 2017.

Strike i zagadka upiększania bohaterów

Klimatyczne uliczki Londynu, świetny tekst jednej z najbardziej popularnych pisarek świata, ładni aktorzy i prywatny detektyw w długim płaszczu – czy to nie brzmi jak przepis na dobry serial? Możecie się przekonać, szukając na BBC powtórek pierwszego sezonu Strike’a – ekranizacji detektywistycznej serii powieści Roberta Galbraitha szerzej znanego jako J.K. Rowling.

Wołanie kukułki, bo to na tej powieści oparty jest pierwszy, trzyodcinkowy sezon Strike’a, swego czasu przypomniało mi, że tak jak Irene Adler lubię opowieści o detektywach… i detektywów. Chociaż niekonieczne w takiej kolejności – bo też i w kryminałach według Rowling na pierwszy plan wybijają się świetnie napisane postaci, a zagadki i morderstwa, choć całkiem przemyślane i ciekawe, w ich obliczu schodzą trochę na drugi plan.

To powiedziawszy, muszę przyznać, że oglądając ekranizację, zwracałam uwagę przede wszystkim na obsadę. W końcu po przeczytaniu książki doskonale wiem, jak potoczą się kolejne wypadki…

Kadr z serialu Strike: Cuckoo's Calling, reż. Michael Keillor, 2017.
Kadr z serialu Strike: Cuckoo’s Calling, reż. Michael Keillor, 2017.

Do dość zaniedbanego biura detektywistycznego Cormorana Strike’a zgłasza brat zmarłej niedawno supermodelki, Luli Landry. Policja orzekła, że dziewczyna popełniła samobójstwo, wyskakując z balkonu swojego apartamentu w pięknej dzielnicy Londynu. Ale jej brat ma na ten temat inne zdanie – upiera się, że modelkę zamordowano. Cormoran wraz ze swoją nową asystentką Robin (każdy odwołujący się do skrzydlatych stworzeń bohater potrzebuje swojego Robina), zabierają się za wyjaśnienie sprawy.

Być może to efekt tego, że wiem, co się stanie dalej… ale kolejne zwroty akcji w serialu pojawiają się dość niespiesznie, trochę chyba zbyt niespiesznie jak na kryminał. Wygląda na to, że serial chce powtórzyć manewr z książki, sprawę morderstwa traktując trochę jak tło dla nie bez trudu rozwijającej się zawodowej i przyjacielskiej relacji detektywa i jego asystentki. Problem jednak w tym, że w powieści spora część tej relacji tworzy się w oparciu o ich wewnętrzne monologi i przemyślenia. Kiedy je wytniemy i na ekranie pokazujemy tylko parę spojrzeń i ze trzy dłuższe wymiany zdań, całość robi się trochę umowna… I w konsekwencji ani nie za bardzo budujemy postaci, ani też nie nadajemy wystarczającego tempa kryminalnej zagadce. Widzowie znający wcześniej książkę być może jakoś się w tym wszystkim odnajdą – ale jakie wrażenie Strike zrobi na tych, dla których to pierwsze spotkanie z Cormoranem? Na szczęście finałowy odcinek serii trochę się rozkręca, co pozwala mieć nadzieję na szybsze tempo w przyszłym sezonie.

Kadr z serialu Strike: Cuckoo's Calling, reż. Michael Keillor, 2017.
Kadr z serialu Strike: Cuckoo’s Calling, reż. Michael Keillor, 2017.

Ale wróćmy do obsady, bo ona – oprócz niezawodnego Londynu i podejrzanie znajomo wyglądającego długiego płaszcza – jest sporym plusem całej produkcji. Na etapie scenariusza czy potem montażu być może nie wszystko zostało idealnie przemyślane, ale to, co aktorzy dostają do zagrania, grają bardzo przyzwoicie i udaje im się wzbudzić sympatię widza. Holliday Grainger (czy to nie brzmi prawie jak nazwisko Hermiony?) to wizualnie dokładnie taka Robin, jaką sobie wyobrażałam. Świetnie też udaje jej się w niektórych sytuacjach przemycić bardzo sugestywne, choć delikatne grymasy twarzy, których znaczenie dla widzów stanie się jasne prawdopodobnie dopiero w kolejnych sezonach. Znów czytelnicy mają tutaj przewagę – choć nie jestem akurat pewna, czy ekranizacje powinno się robić tylko z myślą o dotychczasowych czytelnikach.

Tom Burke w roli Cormorana Strike’a wypada naprawdę dobrze i całkiem przekonująco kuśtyka po Londynie na sztucznej nodze, której bohater dorobił się po wybuchu bomby w Afganistanie. Choć w zasadzie polubiłam Strike’a w wykonaniu Toma Burke’a, cały czas gdzieś z tyłu głowy mam tę myśl, że to miał być jednak mniej atrakcyjny bohater. Powierzchowność Strike’a nie powinna mówić: jestem miłym gościem – raczej trochę odpychać. Postura boksera, fatalna fryzura, dość szorstkie maniery, a i twarz niezbyt piękna… a Tom Burke, nie oszukujmy się, brzydkim kaczątkiem nie jest.

Można by więc tutaj zadać pytanie, dlaczego u licha w telewizji wszyscy muszą być tacy piękni… brzydale też mają ciekawe osobowości i pewien rodzaj magnetyzmu. Moim zdaniem relacja Strike’a z Robin na dłuższą metę trochę na tej jego atrakcyjności i uprzejmości straci, stanie się dużo bardziej schematyczna, wprost podszyta oczywistym przyciąganiem – książki malują bardziej skomplikowany obraz, myśl o romansie pomiędzy bohaterami wydaje się z jednej strony niedorzeczna, a z drugiej (może właśnie dzięki temu) również bardziej pociągająca. Na ekranie mamy za to parę ładnych ludzi, którzy są dla siebie mili – i wszyscy czujemy, jak to się dalej potoczy.

Kadr z serialu Strike: Cuckoo's Calling, reż. Michael Keillor, 2017.
Kadr z serialu Strike: Cuckoo’s Calling, reż. Michael Keillor, 2017.

Ale chociaż ja i moje turpistyczne zapędy trochę ubolewamy nad tym castingiem, koniec końców na szczęście Strike z miłą twarzą też w jakiś pokrętny sposób się sprawdza. Jest trochę za bardzo potulny i łagodny, ale w takiej wersji też jakoś daje radę. Może się jeszcze przyzwyczaję.

Nie wiem, czego konkretnie spodziewałam się po tym serialu – więc i nie do końca potrafię powiedzieć, czy jestem rozczarowana. Ogląda się go bardzo przyjemnie, choć na pewno to nie jest ten poziom zaangażowania i pochłonięcia przez świat przedstawiony, co w przypadku książek. Ale podstawowe kryteria współczesnych produkcji o detektywach (Londyn, długi czarny płaszcz i dający się lubić bohaterowie) Strike spełnia bez dwóch zdań.

Jeśli macie ochotę obejrzeć, droga wolna. Ale dla naprawdę dobrej rozrywki najpierw polecam książkę.

PS Słynna polska sprzątaczka, na temat której już kiedyś marudziłam, dalej co prawda nosi typowo polskie imię Lechsinka… ale za to – ach, cóż to za muzyka dla moich uszu! – naprawdę mówi po polsku. Nie takim udawanym polskim z rosyjskim albo czeskim akcentem, nie angielską imitacją polskiego… najnormalniej w świecie językiem Mickiewicza i Taco Hemingwaya. Poświęćmy chwilę, by docenić ludzi od castingu, którzy dla odmiany wykonali swoją pracę tak, jak należy.

PS2 Wygląda na to, że podział na sezony jest w przypadku tego serialu nieco sztuczny i odzwierciedla zdarzenia z kolejnych powieści – a nie przedział czasowy, w którym prezentowane są odcinki. Nie będzie czekania! Kolejny odcinek i zarazem początek ekranizacji Jedwabnika już w niedzielę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.