Kadr z Twin Peaks, 2017. © SHOWTIME

Nowe Twin Peaks nie jest tym, czym się wydaje

Gdybym tak jak niektórzy czekała na nowy sezon Twin Peaks 26 lat, prawdopodobnie byłoby mi teraz bardzo smutno. Czekałam niepomiernie krócej, a i tak przy nowych odcinkach trochę mi mina zrzedła. Chociaż może nie powinnam pisać: nowy sezon. Lynch sobie ponoć tego nie życzy. Może to wyjaśnia, dlaczego nowe Twin Peaks tak niewiele ma wspólnego z produkcją sprzed 26 lat.

Opinie są co prawda skrajne. Jedni podzielają moje rozczarowanie, inni padają na kolana i twierdzą, że to Twin Peaks najlepsze w historii. Kwintesencja twinpeaksowości. Ta skrajność jest bardzo interesująca, bo choć intensywnie się nad tym zastanawiam, nie do końca potrafię zrozumieć, co też się ludziom w tych nowych odcinkach podobało. A oni nie potrafią zrozumieć, na co ja narzekam. Przychodzą mi do głowy trzy możliwe wyjaśnienia tej sytuacji:

1. Być może tak naprawdę nie rozumiem, czym w ogóle było Twin Peaks… Może te wszystkie rzeczy, które mnie w nim urzekły, wcale nie były ważne. Może niepotrzebnie jarałam się atmosferą, plackiem wiśniowym i sowami, które nie są tym, czym się wydają. Może najważniejsze w tym wszystkim były dłużyzny, cisza na ekranie i ciągi zupełnie przypadkowych scen, które niczego nie wnoszą do fabuły. W takim wypadku – zwracam honor, wszystko to w nowym sezonie jest. Aż w nadmiarze.

Niegrzeczny Cooper. Kadr z Twin Peaks, 2017. © SHOWTIME

2. Może zachwyt jest wynikiem dysonansu poznawczego. Fani czekali tak długo i tak bardzo cieszyli się na powrót ukochanego serialu, że ich mózgom łatwiej było wmówić sobie, że właśnie widzieli arcydzieło, niż przetworzyć bolesne rozczarowanie. Nie byłby to pierwszy taki przypadek w dziejach psychologii. Mi też się to czasem zdarza.

3. Może na świecie jest znacznie więcej fanów Larsa von Triera, niż mi się wydawało. Bo bardziej niż oryginalne sezony, nowe Twin Peaks przypomina mi jakąś mniej porywającą wersję filmów Larsa. Nic się nie dzieje, a bohaterowie tylko kręcą się w kadrze bez sensu i z poważnymi minami wypowiadają niewiele znaczące zdania. Chociaż akurat to porównanie byłoby trochę krzywdzące dla Larsa. Jego filmy jednak bywają o czymś.

A tymczasem nowe Twin Peaks przypomina raczej zlepek zupełnie przypadkowych scen z beznadziejnymi dialogami. Gdyby nie Margaret i jej pieniek czy okazjonalny rzut oka na Laurę Palmer, przez większość czasu zastanawiałabym się, czy aby na pewno nie pomyliłam kanałów. Kiedy ci zachwyceni mówią mi: „najwyraźniej widzieliśmy dwa różne seriale”, jestem gotowa im przyznać rację i podejrzewać, że obejrzałam jakąś zmanipulowaną wersję, do której ktoś przez przypadek dorzucił wątki z piętnastu innych filmów.

Tę dwójkę skrzywdzono najbardziej. Kadr z Twin Peaks, 2017. © SHOWTIME

Chaos i dziwactwa bywały zaletą pierwszych sezonów. Niespiesznych ujęć nie brakowało. Dialogi bywały abstrakcyjne. Ale wszystko to razem jakoś do siebie pasowało i nawet oderwane od rzeczywistości sceny popychały fabułę do przodu. A teraz? Więcej chaosu, więcej dziwactw, więcej abstrakcji – podanych w jeszcze wolniejszym tempie. I póki co, niespecjalnie składających się w jakąkolwiek całość. Dzieje się za dużo naraz i jednocześnie… nie dzieje się nic.

Ale najgorsze jest to, że w tym wszystkim umyka gdzieś cały niesamowity klimat Twin Peaks. To, że bohaterowie się postarzali, jest dosyć naturalne, ale czy przy tym musieli stać się też tacy bez wyrazu? Gdzie się podziała duszna atmosfera małego miasteczka? Gdzie u licha podział się urok osobisty agenta Coopera? Nowym odcinkom najbliżej zdecydowanie do finału z 1991 roku – a powiedzmy sobie szczerze, akurat finał nie był w Twin Peaks tym, co zdobyło moje serce.

EDIT: Gdyby ktoś jeszcze nie skojarzył faktów – to jest opinia o czterech pierwszych odcinkach, a nie o całym sezonie. Niestety nie mam zdolności paranormalnych ani szklanej kuli i nie przewidziałam, jak będą wyglądać kolejne odcinki. Co nie zmienia faktu, że dużej nadziei z nimi nie wiążę.

Nie lubię porzucać seriali w środku sezonu, więc prawdopodobnie jakoś dociągnę do końca… Ale póki co, z każdą minutą mam na to coraz mniejszą ochotę. I coraz mniejszą nadzieję, że będzie lepiej.

1 Komentarz

  • Ja co prawda widziałam na razie tylko pierwszy odcinek, ale podzielam Twoje rozczarowanie. „Dzieje się za dużo naraz i jednocześnie… nie dzieje się nic.” – dokładnie tak! Szkoda, że Lynch poszedł tą drogą, jak mawiał klasyk. Też zamierzam oglądać dalej, ale jakoś nie robię sobie złudzeń, że jeszcze będzie lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.