Co wolno feministce?

Po niedawnej premierze Wonder Woman sporo mówiło się w kontekście tego filmu o feminizmie. Jedni (w tym ja) widzieli w nim światełko w zdominowanym przez facetów hollywoodzkim tunelu. Inni (też poniekąd słusznie) zapytywali: dlaczego u licha Diana musi biegać i walczyć w zbroi, która ledwo co w ogóle zasłania.

Kadr z filmu Wonder Woman, reż. Patty Jenkins, 2017.

Nie będę udawać, że znam się na historycznych zbrojach, choć może akurat strój Diany jakoś nawiązuje do tego, ile mieli na sobie na polach bitew Grecy czy Spartanie… niech to oceni jakiś specjalista. W nowej Wonder Woman cudowne jest natomiast to, że nawet w tym kusym stroju nie krępują jej nasze konwenanse.  Ale w kontekście całej sprawy od razu przypomniała mi się nie tak dawna „afera” z Emmą Watson i skąpymi ciuchami w rolach głównych.

Pamiętacie Emmę – dziewczynę, która zagrała Hermionę w ekranizacjach Harry’ego Pottera. Dzisiaj Emma uchodzi za jedną ze słynniejszych feministek swojego pokolenia, prowadzi swój własny feministyczny klub książki, jest Ambasadorką Dobrej Woli ONZ i działa na rzecz równości płci. A jednak to wokół niej wybuchł skandal z gatunku: kto ma prawo nazywać się feministką.

Poszło o kawałek o ciała. Konkretniej, o kawałek odkrytego ciała Emmy w sesji dla magazynu „Vanity Fair”. Bo dziewczyny rozbierające się na okładkach to element społecznej opresji, nadmierna i uwłaczająca seksualizacja kobiecego ciała, odciąganie uwagi od ich intelektualnych osiągnięć, promowanie nierealnych standardów wyglądu i w ogóle przekreślanie wszystkiego, co kiedykolwiek udało się feministkom osiągnąć – znacie te argumenty. A Emma-feministka rozbierająca się w takiej sesji to już w ogóle hipokryzja w czystej postaci.

Poszło o to zdjęcie. Fot. Tim Walker/Vanity Fair

W kwestii stosunku do kobiecej nagości szkół feminizmu jest wiele. Te bardziej liberalne utrzymują, że to, co robię ze swoim ciałem i ile mam ochotę tego ciała pokazać, to wyłącznie moja sprawa. I że kompletnie nagie selfie z Instagrama Kim Kardashian może być wyrazem i promocją podejścia moje ciało – moja sprawa. Z drugiej strony te bardziej radykalne feministki powtarzają argumenty z poprzedniego akapitu i prawdopodobnie najchętniej wypleniłyby kobiecą nagość z przestrzeni publicznej. Paradoksalnie i jedne, i drugie mają trochę racji.

Nie da się ukryć, że od lat z kobiecą nagością w mediach i przestrzeni publicznej wiąże się mnóstwo problemów, spora dawka hipokryzji i wiecznie żywe podwójne standardy. To kwestia skomplikowana i tak mocno wrośnięta w kulturę, że trudno się dziwić kontrowersjom i dyskusjom, jakie wywołuje. Pytanie tylko, czy z obecnym stanem rzeczy należy walczyć, ograniczając ilość kobiecej nagości w przestrzeni publicznej (czy to nie brzmi, jak próba wprowadzenia zakazu?)… czy może odczarowaniem tej nagości i zmianą przede wszystkim postaw społecznych wobec kobiecego ciała.

Wyrównanie proporcji w ilości golizny męskiej i żeńskiej w mediach pewnie nie byłoby najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się społeczeństwu przydarzyć. Bo w takich na przykład hollywoodzkich filmach kobiety rozbierają się 3 razy częściej, a mówią i robią coś ważnego 3 razy rzadziej niż mężczyźni. Ale myślę, że jeszcze lepsze mogłoby być długofalowe działanie zakrojone na zdjęcie z kobiecego ciała dominującej etykietki obiektu wyłącznie seksualnego. Bo głównym (i chyba wspólnym) celem jest to, żeby wygląd naszych ciał i to, jak ich używamy, przestał być wyłącznym wyznacznikiem naszej wartości, przydatności i kompetencji… zwłaszcza w dziedzinach zupełnie z ciałem niezwiązanych.

 

A pod tym względem kobiety nie mają łatwo. Kiedy Władimir Putin daje się sfotografować półnago na koniu, nikt z tego powodu nie podważa jego zdolności do rządzenia państwem ani nie przestaje brać jego słów poważnie. Nikt się nie zastanawia, czy miał prawo się rozebrać i czy mu to wypada. Nikt mu nawet nie powie, że golizną próbuje na siebie zwrócić uwagę. A teraz wyobraźcie sobie, że Hilary Clinton robi sobie ustawkę w bikini. Przez następny rok media roztrząsałyby to, czy jej przystoi, czy w tym wieku przypadkiem nie powinna się schować w domu i niańczyć wnuków, czy jej skóra starzeje się niekorzystnie… i w ogóle gdzie fotki w bikini, a gdzie urząd prezydenta. Nie potrzebowałaby Trumpa, żeby przegrać wybory.

Na widok kawałka kobiecej skóry tracimy głowę. Jedni w pożądaniu, inni w oburzeniu, niektórzy nawet w obrzydzeniu, jeśli to skóra na ciele nie do końca idealnym. Nawet na feministycznych grupach dyskusyjnych same między sobą kłócimy się, czy Annie Lewandowskiej „wolno” tuż po porodzie wyglądać jak milion dolarów. I czy Anna Kowalska przypadkiem nie ponosi porażki w byciu kobietą, jeśli ma rozstępy i oponkę na brzuchu. Przy innej okazji kwestionujemy wszystko, co Emma Watson robi dla kobiet, bo pokazała kawałek piersi w artystycznej, modowej wręcz sesji. Debatujemy, czy Beyoncé ma prawo nazywać siebie feministką, jeśli jej sceniczne występy ociekają seksem. Z wyższością patrzymy na piosenkarki porozbierane w teledyskach – w końcu gdyby miały „prawdziwy talent” i jakąś godność, nie musiałyby świecić tyłkiem… Hipokryzja tkwi w większości z nas, reagujemy emocjonalnie, bo ciało to temat jednocześnie szalenie nam bliski i szalenie kulturowo pogmatwany.

Mam wrażenie, że podejście obu skrajnych obozów do tej sprawy to dwie strony tego samego medalu. Nie możemy pozwolić na to, żeby dziewczyna MUSIAŁA się rozbierać, żeby w ogóle mieć szansę zrobić karierę – niezależnie od tego, czy przyjdzie jej się rozbierać w zaciszu gabinetu szefa czy na okładce kolorowego pisma. Ale nie możemy też pozwolić na to, żeby NIE MOGŁA świadomie, dobrowolnie i bez narażenia na etykietkę łatwej i głupiej strzelić sobie fotki w kusym wdzianku, jeśli taką ma artystyczną wizję albo zwyczajną ochotę. Feminizm owszem, walczy z nadmiernym i cynicznym wykorzystywaniem kobiecej seksualności, ale raczej nie za cenę zaprzeczania, że ta seksualność w ogóle istnieje. Chodzi chyba o to, żeby nasze ciała należały przede wszystkim do nas – a nie do wszystkich dookoła. Żeby były jakąś częścią tego, kim jesteśmy – a nie, żeby wypierać ich istnienie albo odwrotnie – żeby przysłaniały wszystko inne, co sobą reprezentujemy. Potrzebujemy złotego środka.

 

Feminizm to skomplikowane zjawisko i we współczesnym świecie ma wiele różnych twarzy. Ale myślę, że przede wszystkim nie polega na tym, żebyśmy nawzajem dyktowały sobie, co nie wypada. W moim rozumieniu feminizm to wolność i wybór. Ale taki świadomy, prawdziwy i dokonany w warunkach, gdy rzeczywiście mam do wyboru jakieś realne alternatywy. Bo wybór: tyłek na okładce albo brak kontraktu na płytę – to akurat żaden wybór. Jeśli uznam, że ten tyłek na okładce jakoś mnie wyraża i daje mi satysfakcję – świetnie, moja sprawa. Ale do tego najpierw potrzebne jest bezpieczeństwo w postaci innych możliwości i wolnego wyboru. Nie wyboru pod przymusem ani nie między dżumą a cholerą.  I być może o to się rozchodzi. O więcej możliwości, spektrum szans i interpretacji, o całą paletę szarości w tym, kim chcemy i możemy być. Bo w świecie, w którym wszystko jest czarno-białe, trudno dojść do porozumienia i trudno znaleźć własną drogę. Bo co mam wybrać, jeśli mogę być albo ładna, albo mądra? Albo niezależna, albo kochana? Albo nosić bluzki z dekoltem, albo być traktowana poważnie? Ale nie oba jednocześnie…

W tej chwili to wolnościowe podejście brzmi nieco jak utopia… bo mamy jeszcze daleką drogę do pokonania. Ale cel jest jeden: zdjąć nasze ciała z perwersyjnych świeczników sztucznie pompowanego pożądania i złośliwej pogardy – i przywrócić je nam samym. Odczarować je na tyle, by nikt nam nie mówił, że się nie szanujemy, bo spódnicę mamy według czyichś standardów za krótką. Facetom paradującym po mieście z gołą klatą i w krótkich gaciach nikt niczego o szacunku nie mówi. Czyli co, im się on należy z definicji, a ja muszę sobie zasłużyć przykładnym prowadzeniem się w golfie pod szyję?

Cel jest taki, by Emma Watson nie musiała się tłumaczyć z tego, co zakłada na siebie, kiedy nie występuje na kongresach kobiet. Żebyśmy wszystkie były bardziej jak Wonder Women – traktowały swoje ciała jak coś zupełnie naturalnego, a nie rzecz, której trzeba się wstydzić, chować albo eksponować, w zależności od tego, czego akurat oczekuje rozmówca. Żebyśmy były doceniane i potrafiły docenić same siebie przede wszystkim za to, kim jesteśmy, co robimy, co potrafimy, wiemy, w co wierzymy – nawet jeśli akurat mamy na sobie kusą zbroję Amazonki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.