Feminatywy pochodzące z oryginalnych wydań książek: "Wierna służba. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość,1910 - 1915" oraz "Służba ojczyźnie. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość, 1915-1918" pod red. Aleksandry Piłsudskiej; © Małgorzata Koniorczyk, 2018.

Blogini albo moja droga do feminatywów

To ja. Mam dwadzieścia parę lat, studiuję psychologię i właśnie siedzę na wykładzie w sali, która kiedyś chyba była kaplicą. Z lekkim rozbawieniem słucham, jak jeden z najfajniejszych wykładowców proponuje nam używanie słowa „psychologini”, jako tę ładniej brzmiącą wersję feminatywu – dodatkowo pozytywnie wartościującą przez analogię do „bogini”. Uśmiecham się pod nosem, kręcąc głową, chociaż i tak brzmi to o niebo lepiej niż ta nieszczęsna „psycholożka”. Nie znoszę tego słowa. Kojarzy mi się z samicą dzika i odbiera mi powagę. A ja bardzo chcę być traktowana poważnie. Uważam, że kobiety i tak mają pod górkę, więc dlaczego jeszcze miałybyśmy sobie w ten sposób utrudniać sprawę i podważać swoją pozycję i powagę zawodu. Z podniesioną głową zawsze powtarzam, że będę psychologiem. Panią psycholog. Wtedy przynajmniej będę szanowana.

To też ja, trochę później. Wiem już, że nie będę panią psycholog, bo chociaż studia były bardzo ciekawe, nie bardzo się nadaję do tego zawodu. Mam inny plan na życie. Dorabiam jako copywriter, podyplomowo studiuję edytorstwo, żeby zostać redaktorem. Czytam trochę o feminizmie i kobietach, ale raczej o „praktycznych”, „życiowych” sprawach. Uważam się za osobę świadomą i postępową, ale bez wydziwiania. Na blogu w dziale „o mnie” piszę, że jestem „copywriterem, redaktorem, korektorem i, sądząc po używanych końcówkach, umiarkowaną feministką”. Wydaje mi się to całkiem zabawne i autoironiczne.

To też ja, jeszcze trochę starsza. Natknęłam się w sieci na eksperyment myślowy, który mną… wstrząsnął. Poproszono mnie w nim, żebym zanotowała w pamięci, jaki obraz staje mi przed oczami, kiedy wymawiam słowa takie jak: lekarze, prawnicy, prezydenci, naukowcy, Polacy, ludzie. I, jak większość uczestników i uczestniczek, złapałam się na tym, że w pierwszym odruchu widzę samych mężczyzn. Mówię „lekarze” – widzę grupkę facetów w białych kitlach. Mówię „prawnicy” – widzę samych panów z teczkami w ręku. Mówię „prezydenci” – w głowie mam samych starszych panów w garniturach. Mówię „Polacy” – widzę mężczyzn z biało-czerwonymi szalikami, jakby właśnie wracali z meczu reprezentacji. Domyślnymi członkami tych grup zawsze są mężczyźni. Dopiero zdając sobie sprawę z homogeniczności tego wyobrażenia, muszę wykonać świadomy wysiłek, żeby je skorygować i dorzucić do niego chociaż kilka kobiet. Ale nawet wtedy mój mózg nie jest w stanie się pokusić o parytety i ciągle zostawia je w mniejszości, nawet wśród ludzi. Zapala mi się czerwona lampka. Zaczynam się zastanawiać już nie tylko nad swoim „praktycznym” miejscem w świecie, ale i swoją obecnością w języku. Czy ja jestem w nim niewidzialna?

Nagle ze zdumieniem odkrywam, że nasz język każdą mieszaną grupę traktuje „po męsku”. Grupa 9 kobiet wykonujących zawód prawniczy to prawniczki, o których powiemy, że PRZYSZŁY dzisiaj do sądu. Ale wystarczy, że do tej grupy dołączy jeden mężczyzna-prawnik, i już mamy grupę prawników, którzy do sądu dzisiaj PRZYSZLI. Jeden mężczyzna jak za dotknięciem magicznej gramatycznej różdżki sprawił, że 9 kobiet rozpłynęło się w językowym powietrzu. A jeżeli tylko przeczytamy o tej grupie w gazecie, nie widząc jej składu, to nasze mózgi nie wyobrażą jej sobie tak, jak ona rzeczywiście wyglądała. Zaczynam rozumieć, że język, który tak kocham, na mnóstwo subtelnych sposobów przyczynia się do budowania świata, który mnie nie dostrzega, pomija, który sprawia, że choć kobiety w 2020 roku stanowiły prawie 52% populacji Polski, to na co dzień rozpływają się w języku lepiej przystosowanym do opisywania męskiego świata. Budzi się we mnie bunt. Chcę świata, który dostrzega i uznaje moją obecność.

To też ja, niedługo potem. Wciągnął mnie temat feminizmu, dużo czytam, a im więcej czytam, tym bardziej z mieszaniną fascynacji i przerażenia zauważam, z jak wielu rzeczy do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele rzeczy traktowałam jak oczywisty porządek świata, nigdy się nad nimi nie zastanawiając. Bo nigdy na przykład nie zastanawiałam się nad tym, że jako społeczeństwo chętnie używamy żeńskich końcówek w nazwach tych zawodów, które niezbyt kojarzą się z prestiżem, ale już nie bardzo chcemy zaakceptować je tam, gdzie są obecne stereotypowo „męskie” wartości jak władza, wiedza i pieniądze. Nikt nie ma problemu ze słowami „sprzątaczka” i „kasjerka”, ale już „ministra” jest obiektem kpin, „naukowczyni” niepotrzebnym wymyślaniem, a „architektka” jest zbywana jako zbyt trudna do wymówienia przez tych samych ludzi, którzy bez zająknięcia wymawiają „chrząszcz brzmi w trzcinie”. To zresztą nie dotyczy tylko zawodów – mamy w języku całe mnóstwo „idiotek”, ale spotkać jakąś „geniuszkę” jest naprawdę trudno.

Nigdy nie zastanawiałam się też nad historią języka. A nagle odkrywam, że w przedwojennej polszczyźnie zupełnie normalnie funkcjonowały piękne słowa takie jak: posełka i posłanka, powstanka, doktorka, magistra, wrogini, świadkini, a nawet ta sławetna psycholożka. I nagle argumenty o tym, że współczesne Polki wymyślają jakąś dziwaczną nowomowę, tracą rację bytu. To nie nowomowa. To tradycja.

To znowu ja. Teraz już po trzydziestce. Patrzę na siebie z przeszłości z zaciekawieniem, trochę niedowierzaniem, ale i empatią. Nie wróciłabym już do stanu, w którym jak niepodległości bronię swojego prawa do bycia szanowaną psycholog i czerpię dumę z faktu, że wpasowuję się w męski świat – ale staram się patrzeć na tamtą siebie ze zrozumieniem. Może nie do końca świadomie, ale widziałam wtedy świat, jakim jest, i z dwóch dostępnych dróg poradzenia sobie z nim wybierałam tę bardziej oczywistą – znalezienia sobie miejsca w tych ramach, które zastałam. Jeśli zyskać szacunek oznaczało upodobnić się zachowaniem i językiem do mężczyzny, wpasować w świat stworzony nie dla mnie, to najwyraźniej taka była kolej rzeczy.

Bardzo długo się nad tym wszystkim nie zastanawiałam. Nie myślałam o tym, czy przypadkiem nie gram w grę, której zasady od początku są nieuczciwe. Nie kwestionowałam tego, że najwyraźniej domyślną formą psychologa (a w szerszym kontekście także i człowieka) jest mężczyzna, a ja mogę być co najwyżej jego podgatunkiem. Nie zadawałam sobie pytania, dlaczego właściwie ta nieszczęsna „psycholożka” miałaby mi odbierać prestiż, powagę i szacunek. Bo czy to oznacza, że na gruncie zawodowym będę traktowana z szacunkiem tylko wtedy, kiedy wejdę w męskie buty? Czy bycie kobietą to z definicji bycie kimś mniej kompetentnym?

Fascynuje mnie droga, którą przeszłam – zwłaszcza to, jak długo nie łączyłam ze sobą kropek. Język zawsze mnie przecież interesował. Na studiach z oczami jak pięć złotych słuchałam wykładów z pogranicza psycholingwistyki. Wydawało mi się niesamowite to, jak słowa, jakie znamy i jakich używamy, wpływają na naszą percepcję świata, na to, jak w nim funkcjonujemy – a w końcu na sam świat wokół nas. Z wypiekami na twarzy czytałam o tym, jak poznanie nazwy nowego koloru potrafi przetasować całą paletę barw, które nasz mózg w ogóle umie rozróżniać. Albo o tym, jak Innuici mają określenie na niemal każdy możliwy rodzaj śniegu – bo te wszystkie rodzaje śniegu stanowią ich codzienność dużo bardziej niż codzienność mieszkańców reszty świata uboższej w „śnieżne” słownictwo. Język i rzeczywistość są ze sobą nierozerwalnie splątane. Język opisuje to, co znamy, pozwala nam dzielić świat na zrozumiałe kategorie, rozrasta się wraz ze zmieniającym się światem – ale i kształtuje to, co jesteśmy w stanie w tym świecie dostrzec: rzeczy, osoby, zjawiska. Modeluje to, jak się do tego wszystkiego odnosimy. I tworzy rzeczywistość, nazywając rzeczy wcześniej niedostrzegane, kreując pojęcia, otwierając możliwości.

To więc ja dzisiaj. Nie zostałam psycholożką, ale to słowo od dawna już nie brzmi w moich uszach dziwnie. Brzmi zupełnie zwyczajnie, tak jak zwyczajne jest i powinno być to, że kobieta idzie do pracy i jest w niej kompetentna. Z dwóch dostępnych dróg poruszania się w świecie stworzonym nie z myślą o mnie wybieram dziś tę drugą – kwestionuję zastany porządek i żądam świata dla wszystkich. Takiego, w którym wszyscy i wszystkie będziemy widoczni i widoczne. Także w języku.

To ja. Copywriterka. Redaktorka. Feministka. Obywatelka. Blogerka… A może nawet blogini. Bo dlaczego nie?

6 komentarzy

  • Super tekst 🙂 Osobiście jakoś nie widzę nic zdrożnego w słowie „psycholożka” i nie rozumiem, czemu budzi ona takie negatywne emocje 😉

    • W ogóle nie ogarniam, jak to jest możliwe, że Twojego bloga odkryłam dopiero teraz! Też bloguję kawał czasu i wydawało mi się, że tego typu perełki już odkryłam. No jestem w ciężkim szoku. I jak tu nadrobić tyle wpisów?

  • Bardzo dobry tekst. Szczerze mówiąc, nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że '-lożka' brzmi podobnie do 'loszka', ale 'ministra' już zawsze będzie mi się kojarzyła z 'heheszkami z głupiej baby, która po polsku nie potrafi mówić, a tyle jej płacą, hehehehe'.
    A tak troszkę z innej beczki – idę sobie właśnie poczytać o śniegu wg Innuitów, bo mnie zaciekawiłaś!

  • Popieram feminatywy, ale mam wrażenie, że nawet na moich filologicznych studiach byłam w mniejszości, która je popierała. Bardzo mnie to dziwi. Czytając książki napisane w XX wieku, częściej można natknąć się na feminatywy, które autorzy używają całkiem naturalnie. Do dziś pamiętam swoje zaskoczenie i zadowolenie, gdy na samym początku pewnej książki (niestety nie pamiętam tytułu) znalazłam zdanie, że główna bohaterka chciała w dzieciństwie zostać szpieginią.
    Do używania feminatywów nikogo nie namawiam, ale staram się pokazać znajomym, że są to formy całkiem normalne, w których żadnego nowoczesnego wymysłu nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.