Jestem blogerem – zawsze jestem w pracy

W swoich dziennikach Szczepan Twardoch mówi o tym, że pisarz jest w pracy zawsze – kiedy idzie na spacer, kiedy bawi się z synem, kiedy rozmawia z przyjaciółmi, czegokolwiek by nie robił, jest w pracy. Szczepan co prawda miał tu na myśli, że pisarz zawsze słucha i obserwuje, a potem, często ku niezadowoleniu jego bliskich, okruchy codzienności i prywatnego życia trafiają do jego książek… Ale kiedy wziąć do ręki zbiór wywiadów Jak oni pracują przeprowadzonych przez Agatę Napiórską z kilkudziesięcioma polskimi artystami i pisarzami, trudno się oprzeć wrażeniu, że wielu z nich to także pracoholicy. Szczelnie wypełnione kalendarze, szczegółowo rozpisane plany dnia, ludzie, którzy nie wyobrażają sobie emerytury, i tacy, którzy (jak Michał Rusinek i Bohdan Zadura) twierdzą, że odpoczynek ich męczy. Zaskakująco wielu spośród rozmówców Agaty Napiórskiej bez pracy w zasadzie nie mogłoby się obejść.

Może pracoholizm jest rzeczą zupełnie naturalną, gdy robi się to, co się kocha? I gdy nic innego nie rozprasza naszej uwagi? Ale z drugiej strony, może jeszcze łatwiej jest zostać pracoholikiem, gdy twórczość uprawiać trzeba po godzinach, gdy nie można się jej poświęcić w pełni, bo rachunki same się przecież nie popłacą. Gdy większość ludzi wypatruje fajrantu, by wreszcie odpocząć, ty wypatrujesz go po to, by wreszcie rzucić się w wir tej pracy, która naprawdę cię pociąga i naprawdę przynosi satysfakcję. Choć często niezbyt satysfakcjonujące dochody. Jedyny szkopuł w tym, że wielu twórców, którzy przerabiali ten etap (a przerabiali go prawie wszyscy) twierdzi, że długo żyć i tworzyć w ten sposób się nie da. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak żartuje nawet, że początkujący pisarz powinien mieć bogatego partnera albo bogatych rodziców. Dłubanie książek z doskoku i po nocach do najefektywniejszych systemów pracy nie należy.

Bloger też w zasadzie zawsze jest w pracy. Na pewno w rozumieniu Twardocha – chłonie rzeczywistość, bo wszystko może być źródłem pomysłu na tekst. A jeśli nie jest blogerem zawodowym i w pierwszej kolejności musi się zastanowić, z czego opłacić rachunki, to dosłownie jest w pracy zawsze. Dłubie swoje teksty po nocach. I w weekendy. (Kiedy to piszę, jest piękny, wiosenny sobotni poranek. Spacer należy mi się dopiero w nagrodę za postawienie w tekście ostatniej kropki.)

Mam jednak pewien problem z postrzeganiem swojego blogowania jako pracy. Z jednej strony, gdy zaczynam o nim w ten sposób myśleć, w kościach czuję, jak nadchodzi wypalenie. Świadomość, że MUSZĘ coś napisać, że goni mnie termin, odbiera całemu procesowi przyjemność. Upychanie bloga gdzieś na liście obowiązków do odhaczenia zabija całą frajdę. A po całym dniu na etacie czasem w ogóle odbiera chęć i sens robienia czegokolwiek. Może dlatego, że słowo „praca” kojarzy mi się (jak pewnie wielu innym osobom) z niespecjalnie sensownym obowiązkiem, który trzeba odbębnić, żeby było za co jeść i za co kupować książki. Co pewnie znaczy, że powinnam jeszcze raz rozważyć swoją ścieżkę kariery.

Ale z drugiej strony, udawanie, że pisanie bloga nie jest pracą, odbiera znaczenie całemu wysiłkowi, jaki człowiek w to wkłada. A praca twórcza w takiej czy innej formie zawsze jest pewnym wysiłkiem. Teksty się same nie piszą. Research się sam nie robi. „Machnięcie” wpisu na bloga nie trwa pięć minut. A to, że blog jako tako ładnie wygląda, to też nie jest efekt cudu, tylko godzin pełnych frustracji i zadawania pytań w stylu: dlaczego u licha ta wtyczka nie działa?? Fakt, że robisz coś dobrowolnie i poniekąd dla przyjemności, że nikt ci za to nie płaci i w zasadzie w każdej chwili mógłbyś przestać, bo twoje przetrwanie od tego nie zależy – nie sprawia, że pisanie to nie praca.

Internet nie raz już huczał od dyskusji na temat tego, czy (i który) bloger ma w ogóle prawo powiedzieć, że ciężko pracuje… Oczywiście jeśli w przerwach między pisaniem bloga nie zasuwa w kopalni. Jasne, dość absurdalne jest narzekanie na to, jakie to bloger ma ciężkie życie, zwłaszcza jeśli zdarza mu się kasować wielokrotność średniej krajowej za dwie strony tekstu. I zwłaszcza, że spory odsetek ludzi zaczyna blogowanie z myślą, że kiedy dojdą już do poziomu wielokrotności średniej krajowej, wreszcie będą wiedli wymarzone, łatwe i przyjemne życie. Nie oszukujmy się, życie odnoszącego sukcesy blogera do najtrudniejszych nie należy. Tak samo jak życie poczytnego pisarza. I jest na tym świecie parę bardziej wyczerpujących zajęć niż pisanie.

Ale z drugiej strony powszechne przekonanie, że blogi, rozmaite teksty kultury, a już książki w szczególności, powstają ot tak, jest sporym nieporozumieniem. Wielu pisarzy, czy to w wywiadach, czy na spotkaniach autorskich słyszy pytanie o to, czy lubią pisać. I wielu z nich, tak Szczepan, jak i część rozmówców Agaty Napiórskiej, odpowiada, że lubić można co najwyżej bycie pisarzem. Ekscytujące momenty, kiedy pojawia się pomysł. Satysfakcjonujące chwile, kiedy tekst nabiera ostatecznego kształtu. Moment, kiedy gotowa książka przychodzi z drukarni. Ale sam proces pisania nie jest niczym przyjemnym. Jest żmudny, bywa nudny, frustruje, gdy słowa za nic nie chcą się układać we właściwej kolejności, czasem przeraża, gdy deadline tuż-tuż, a pomysły się nie pojawiają. Hemingway twierdził, że po prostu siadasz do maszyny i krwawisz – czy to brzmi jak przyjemność? Pisanie jest jak każda inna praca polegająca na klepaniu godzinami w klawisze komputera. Tyle tylko, że jego efekty bywają dużo bardziej spektakularne.

Pewnie niejeden regularnie i często piszący bloger podpisałby się pod taką definicją. Choć niepomiernie rzadziej efekty jego pracy owocują wybitną powieścią. Prędzej już dobrym artykułem, którego może nie powstydziłby się jakiś poczytny tygodnik. Ale niezależnie od medium i charakteru końcowego tekstu, pisanie jest wysiłkiem. Czasem mniejszym, czasem większym, mniej lub bardziej usystematyzowanym, ale cały czas wysiłkiem. Uprawianie twórczości niewiele ma w sobie z eterycznej magii i cudu stworzenia.

Książka Jak oni pracują, oprócz tego, że zdradzi wam, kto spośród polskich twórców pracuje w łóżku, kto przy biurku, kto o poranku, a kto po nocach, kto jest systematyczny, a kogo gonią terminy – przede wszystkim uświadomi wam, ILE oni pracują. A czasem aż strach to przeliczać na etaty.

Gdyby ktokolwiek chciał mi zadać pytanie o to, jak wygląda mój dzień (pytajcie śmiało, mogę „machnąć” o tym tekst), musiałabym chyba powiedzieć, że jestem w pracy zawsze. W obu tego zdania znaczeniach.

Na razie mi się to podoba. Może też mam w sobie coś z pracoholika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.