Atomy i ludzie – czym nas straszy Czarnobyl?

Nowy hit HBO Czarnobyl ma szanse stać się największym serialowym zaskoczeniem tego roku – pojawił się nagle, bez większego szumu przed premierą, i równie nagle podbił serca widowni, z miejsca detronizując Grę o Tron (nawet tę starą Grę o Tron) na liście najlepszych seriali wszech czasów. Odpowiedzialni za niego ludzie też są zaskakujący – scenarzysta i producent Craig Mazin do tej pory pracował przy zgoła innych gatunkach filmowych (maczał palce w seriach Kac VegasStraszny film), z kolei reżyser Johan Renck ma co prawda na koncie kilka odcinków tak dobrych seriali jak Breaking BadWikingowie, ale zdaje się mieć większe zacięcie do kręcenia teledysków… A tymczasem ten duet dał nam najwyższej próby fabularyzowany historyczny serial, który od kilku tygodni jest na ustach całego świata.

Czarnobyl, jak nietrudno się domyślić, zabiera nas do roku 1986 i krok po kroku pozwala prześledzić to, co działo się w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej w następstwie awarii, która na długo zmieniła powszechne postrzeganie energii atomowej. Najpierw podglądamy, co działo się w samej elektrowni w bezpośrednim następstwie wybuchu, śledzimy chaotyczne próby wypierania prawdy przez kierownictwo i zamiatania sprawy pod dywan przez partyjnych dygnitarzy. Później obserwujemy rozpaczliwe próby opanowania sytuacji i powstrzymania ekologicznej katastrofy, która mogła trwale zagrozić sporej części Europy – i to, jak bohaterowie zmagają się z ciągiem problemów, odkrywając, że rozwiązanie jednego pociąga za sobą kolejne trudności i niebezpieczeństwa.

Patrzymy na to wszystko oczami różnych grup społecznych i zawodowych – pracowników elektrowni bezpośrednio narażonych na promieniowanie, strażaków wysłanych do gaszenia pożaru, polityków, naukowców, pielęgniarek, górników i żołnierzy, których wysłano do pracy w strefie wykluczenia, wreszcie także ludności cywilnej oddalonego o 4 kilometry miasta Prypeć. Tam, gdzie wymaga tego dramaturgia zaledwie 5-odcinkowego miniserialu, Czarnobyl jak przez pryzmat skupia doświadczenia całej grupy w pojedynczych postaciach – tak dzieje się na przykład z fikcyjną postacią Ulany Chomiuk, która symbolizuje kilkudziesięciu naukowców próbujących dociec, co tak naprawdę stało się tej feralnej nocy. Ale są tu też bardzo wiernie opowiedziane historie autentycznych uczestników tamtych wydarzeń, zaczerpnięte z książki Czarnobylska modlitwa białoruskiej noblistki Swiatłany Aleksijewicz i z jej rozmów z mieszkańcami okolic elektrowni, między innymi z żoną strażaka, której losy śledzimy na ekranie. Pod koniec wreszcie narracja trochę się odwraca i wraca do początku, dobitnie wskazując i wyjaśniając przyczyny awarii.

Kadr z serialu <em>Czarnobyl</em>, 2019.
Kadr z serialu Czarnobyl, 2019.

Realizacyjnie Czarnobyl to prawdziwa perełka. Od początku do końca świetnie buduje niewyobrażalne wręcz napięcie (dawno się tak nie stresowałam przed telewizorem…) – po części dzięki konstrukcji fabularnej, ale także przy pomocy mistrzowsko wykorzystanej warstwy dźwiękowej, wszystkich tych niepokojących stukań i pukań w płonącej elektrowni, tajemniczych pomruków gdzieś w tle, terkotania dozymetrów. W zaledwie 5 około godzinnych odcinkach przeplata się tu kilka gatunków filmowych – od horroru i filmu katastroficznego przez polityczny thriller i psychologiczny dramat, aż po dramat sądowy w ostatnim odcinku. Wszystko to udało się sprawnie spiąć w jedną spójną i robiącą ogromne wrażenie całość.

Za część tego wrażenia na pewno odpowiada godna podziwu wizualna wierność realiom epoki i miejsca. Szczegółowo dopracowana scenografia, kostiumy czy bliźniaczo podobne lokacje bez problemu zabierają nas do ZSRR lat osiemdziesiątych. Widać, że twórcom bardzo na tej wierności zależało – Prypeć zagrały łudząco podobne komunistyczne osiedla w Wilnie, a sceny rozgrywające się w elektrowni kręcono we wnętrzach autentycznej, choć już nieaktywnej siostrzanej w stosunku do Czarnobyla elektrowni jądrowej na Litwie. Mrocznego klimatu dopełniają tu świetne zdjęcia utrzymane przeważnie w odcieniach szarości, zgniłej zieleni i brudnego pomarańczu.

Kadr z serialu <em>Czarnobyl</em>, 2019.
Kadr z serialu Czarnobyl, 2019.

Czarnobyl to też serial świetnie zagrany, co przede wszystkim widać w trójce głównych postaci: Borisa Szczerbiny wysłanego przez partię do opanowania sytuacji w Czarnobylu (w tej roli zawsze doskonały Stellan Skarsgård), powołanego do komisji śledczej chemika Walerija Legasowa (Jared Harris) i reprezentującej tu doświadczenia całej grupy naukowców Ulany Chomiuk (Emily Watson). Ale chociaż to oni grają tutaj pierwsze skrzypce, na drugim i trzecim planie poszczególne postaci górników, pracowników elektrowni żołnierzy też są zagrane wyraziście i poruszająco.

Dzięki temu, że nasi bohaterowie naukowcy niejednokrotnie muszą tłumaczyć działanie reaktora jądrowego otaczającym ich laikom, widz też dostaje podstawową wiedzę na temat funkcjonowania elektrowni atomowej w dość przystępnej i przyswajalnej formie. Szczególnie działające na wyobraźnie są tutaj wizje kolejnych katastrof, zniszczeń i śmierci, do których mogło dojść w dalszej kolejności, gdyby po wybuchu nie podjęto konkretnych działań zaradczych. W połączeniu z atmosferą grozy i mocnym, naturalistycznym obrazowaniem skutków napromieniowania, Czarnobyl ma szanse nie tylko poruszyć serca (i żołądki) widzów o słabszych nerwach, ale też chyba jednak niejednego laika przestraszyć i cokolwiek sceptycznie nastawić do energii jądrowej.

Kadr z serialu <em>Czarnobyl</em>, 2019.
Kadr z serialu Czarnobyl, 2019.

Sami twórcy wypowiadają się tutaj dosyć jednoznacznie i wyraźnie też widać to przesłanie pod koniec serialu – ich intencją nie było straszenie nikogo atomem, ale raczej pewnym zestawem ludzkich cech, które w określonych warunkach i niektórych systemach ustrojowych wyjątkowo wyraźnie dochodzą do głosu. W założeniu Czarnobyl miał być krytyką ludzkiej bezmyślności, krótkowzroczności, tendencji do tuszowania prawdy i pewnej karierowiczowskiej nadgorliwości w chęci przypodobania się przełożonym. Największe cięgi zbierają tu organizacyjny bałagan, systemowa niedbałość, nieodpowiedzialność i pogarda słusznie minionego systemu wobec szarego człowieka, którego powinien ochraniać. Od strony społeczno-politycznej Czarnobyl kreśli bardzo trafny portret portret ZSRR, ale i pewnych tendencji i zachowań ludzi u władzy, które i współcześnie pobrzmiewają w niektórych miejscach na świecie. Ale chociaż twórcy serialu wyraźnie wskazują na przyczyny tragedii w Czarnobylu wynikające z karygodnych błędów systemu i czynnika ludzkiego, to oprócz straszenia głupotą, chyba przy okazji udaje im się też trochę nas przestraszyć samą energią atomową…

Nie oszukujmy się – pierwszych kilka odcinków to prawdziwy horror. Niewidzialna siła, która w kilka minut potrafi wydać na człowieka wyrok śmierci. Obserwowane z bliska przypadki ostrej choroby popromiennej. Ludzie tygodniami umierający w męczarniach, ze skórą odchodzącą od ciała. Czarne wizje tego, co jeszcze mogło się stać, jak wielkie obszary mogły zostać skażone i jak wielu ludzi mogło ucierpieć, gdyby sytuacji nie udało się na czas opanować. Mroczne wspomnienie tego, co trzeba było zrobić i jak wiele osób poświęcało swoje zdrowie i życie (nie zawsze świadomie i dobrowolnie…), by zabezpieczyć to, co zostało z reaktora. To nie są odcinki, po których na pytanie „czy możemy w pobliżu wybudować elektrownię jądrową?” bez żadnego zawahania odpowiesz twierdząco, nawet jeśli ekologia jest bliska twojemu sercu.

Kadr z serialu <em>Czarnobyl</em>, 2019.
Kadr z serialu Czarnobyl, 2019.

Katastrofa w Czarnobylu trwale zmieniła powszechne myślenie o energii atomowej, zwłaszcza w naszym regionie świata, gdzie ludzie niewiele starsi ode mnie pamiętają picie płynu Lugola. I wcale nie pomaga fakt, że rzeczywiste skutki tego wydarzenia bardzo trudno jest oszacować. W zależności od tego, jaką organizację zapytamy o liczbę zgonów w następstwie awarii w Czarnobylu, dostaniemy wyniki wahające się od kilkudziesięciu (w sensie: dwucyfrowej liczby) do kilkuset tysięcy. Te niedorzeczne rozbieżności są skutkiem braku porozumienia w kwestii tego, czy jako ofiary Czarnobyla należy traktować tylko tych, którzy zginęli w bezpośrednim następstwie wybuchu i ostrej choroby popromiennej, czy wliczać też ludność cywilną z okolicznych terenów i ludzi pracujących w strefie wykluczenia, którzy dopiero całe lata później umarli na raka. A może w ogóle nie skupiać się samych zgonach i należałoby policzyć też zachorowania na raka i przypadki chorób tarczycy w całym regionie? Spektakularność samej katastrofy, niejasność co do jej skutków i krążące do dzisiaj mroczne legendy o groźnych mutantach biegających po strefie wykluczenia działają na wyobraźnię tak silnie, że hasło „Czarnobyl” zdominowało myślenie wielu ludzi o energii atomowej. I trudno powiedzieć, czy serial u części widzów tych lęków nie podsyca.

A tymczasem na świecie działa ok. 450 reaktorów energetycznych. Wypadki zdarzają się raczej rzadko – choćby dlatego, że współczesne elektrownie jądrowe są projektowanie tak, by w krytycznych miejscach jak najbardziej ograniczyć wpływ czynnika ludzkiego, a razem z nim miejsce na ewentualne błędy czy nadużycia rodem z Czarnobyla. To oczywiście nie rozwiązuje wszystkich problemów… Wciąż bezpieczeństwu elektrowni mogą zagrozić (jak w Fukushimie) katastrofy naturalne albo wojny czy akty terroru. Wciąż toczą się debaty o tym, jak najlepiej zabezpieczyć odpady radioaktywne. Ale to dobrze, że te debaty się toczą, bo alternatywy wobec paliw kopalnych to coś, o czym musimy rozmawiać. Poza tym, jak pokazuje Czarnobyl, prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, kiedy nie ma miejsca na odpowiedzialne dyskusje i kiedy nikt nie słucha tego, co mówią naukowcy.

Kadr z serialu <em>Czarnobyl</em>, 2019.
Kadr z serialu Czarnobyl, 2019.

Być może taki też był cel tego serialu – na nowo obudzić dyskusje o energii atomowej, ale i o odpowiedzialnej polityce, która w przyszłość patrzy dalej niż do następnych wyborów i nie zapomina ani o środowisko, ani o szarym człowieku, któremu ma służyć.

Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości – Czarnobyl zdecydowanie warto obejrzeć. A po obejrzeniu warto sięgnąć dalej, choćby po wspomnianą już Czarnobylską modlitwę albo po popularnonaukowe opracowania tematu. Możecie też zajrzeć na YouTube, gdzie znajdziecie między innymi serię filmów Krzysztofa Gonciarza nagranych w strefie wykluczenia tak, jak ona współcześnie wygląda, oraz podchodzące do tematu bardziej od strony naukowej filmy na kanale Uwaga! Naukowy Bełkot. Polecam – świetnie się sprawdzają jako uzupełnienie serialu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.