Diuna – doskonała ekranizacja niemożliwej do zekranizowania książki

Jeżeli istnieje jakaś książka niemal niemożliwa do przeniesienia na kinowy ekran, to prawdopodobnie jest nią kultowa Diuna Franka Herberta. Monumentalna, niemal ośmiusetstronicowa, napisana niezwykłym językiem, wykuta z przedziwnego splotu filozoficznych koncepcji i elementów rozmaitych kultur, niespieszna, wymagająca, domagająca się zanurzenia w świecie przedstawionym bez zbędnych wyjaśnień, pełna sprzeczności, jednocześnie futurystyczna i otulona atmosferą przeszłości, kameralna i epicka zarazem… A nawet jeszcze nie wspomnieliśmy o fabule, w której fatum, mistyka, stare przepowiednie, nowe religie i wizje nieuchronnej przyszłości przeplatają się z wielopoziomowymi politycznymi intrygami i widmem wojny. Jak przenieść to wszystko na ekran i zmieścić wewnątrz nawet bardzo długiego filmu, nie tracąc ważnych elementów, z których utkana jest ta niezwykła opowieść? Prawdopodobnie nie da się tego zrobić… Ale Denis Villeneuve zbliża się do osiągnięcia tego celu tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Filmowa Diuna Villeneuve’a już na etapie planowania musiała zostać pomyślana jako dzieło równie monumentalne, co jej książkowy pierwowzór – bo wszystko jest tu właśnie takie: monumentalne. Od niesamowitej, podniosłej muzyki Hansa Zimmera, przez obłędnie piękne zdjęcia i drobiazgowo zaplanowane kostiumy i scenografię, aż po szacunek, z jakim traktowany jest wyjściowy tekst – na każdym kroku widać, że Villeneuve chce oddać sprawiedliwość dziełu Herberta. Prawdopodobnie również z tego wynika podzielenie ekranizacji Diuny na dwie części – ze świadomości, że nie dałoby się zamknąć tej opowieści w jednym, nawet trzyipółgodzinnym filmie, bez konieczności dokonania radykalnych cięć i uproszczeń, które znacząco zubożyłyby całe doświadczenie. Villeneuve wyraźnie nie chce ciąć ani ryzykować zubożenia – upraszcza i dokonuje subtelnych zmian głównie tam, gdzie jest to niezbędne i wynika z różnic nie do przeskoczenia między dziełem literackim a językiem filmowym, ewentualnie tam, gdzie drobne zmiany mogą wnieść wartość dodaną. Niewiele jest tu scen, których nie znajdziemy w powieści – ale te, które się pojawiają, rozwijają świat przedstawiony albo próbują uchwycić przesłanie Diuny. Znalazłam właściwe tylko jeden wątek, którego wycięcia żałuję – i podejrzewam, że zwyczajnie się nie zmieścił, bo wymagałby trochę więcej wyjaśnień i dyskusji, a jego myśl przewodnia powróci prawdopodobnie także na dalszym etapie opowieści, nawet jeśli wybrzmi wtedy nieco inaczej. Poza tym Villeneuve robi wszystko, żeby jak najlepiej przełożyć na ekran doświadczenie obcowania z prozą Herberta – nie tylko opowiadaną w niej historią, ale i stylem snucia opowieści i budowania świata, a nawet odczuciami pojawiającymi się podczas lektury. Film wyraźnie też zachowuje rytm i tempo powieści – tam, gdzie piaski Diuny przesypują się niespiesznie, akcja toczy się powoli, a kolejne sceny są celebrowane. Tam, gdzie książka przez chwilę pędzi przed siebie, tam i film na moment zdecydowanie przyspiesza.

Kadr z filmu <em>Diuna, cz. 1</em>, reż. Denis Villeneuve, 2021.
Kadr z filmu Diuna, cz. 1, reż. Denis Villeneuve, 2021.

Villeneuve ze swoim zamiłowaniem do niespiesznej narracji jest idealnym reżyserem do ekranizowania dzieł Herberta – sposób, w jaki przez większość czasu snuje swoją filmową opowieść, do złudzenia przypomina dominujący w książce powolny rytm zdarzeń, napakowanych znaczeniami, szeroko zakrojonych, ale rozwijających się niespiesznie. Mamy mnóstwo czasu, by podziwiać kunsztownie zbudowany świat i surowe piękno krajobrazu pustynnej planety, by odczytywać ukryte symbole, docenić wagę momentów, w których bohaterowie przypieczętowują swój los, by łączyć poszczególne kropki i budować swoje własne rozumienie Diuny. A jest co łączyć, bo filmowa Diuna, tak jak i jej literacki pierwowzór, szybko rzuca nas na głęboką wodę, nie zawracając sobie głowy wyjaśnianiem nam zbyt wielu rzeczy. Owszem, dostajemy trochę ekspozycji i tłumaczenia świata przedstawionego, ale dokładnie tak jak w książce właściwie tylko tyle, ile dostają bohaterowie zmuszeni do przeprowadzki na inną planetę i uczący się przetrwania w zupełnie nowych warunkach. Całą resztę przebogatego świata i jego wielorakich znaczeń musimy sobie dopowiedzieć, odczytać z kontekstu. Villeneuve, podobnie jak Herbert, oczekuje, że pozwolimy się ponieść, zanurzymy się w opowieści, zawierzymy jej i będziemy chłonąć nowy świat otwarci na jego koncepty, które nie zawsze muszą nam się od razu jawić jako jasne czy zrozumiałe. Ufa w nasze możliwości i nie zamierza nas prowadzić za rękę – a ta przymusowa immersja i próba samodzielnego odnalezienia się wewnątrz historii paradoksalnie ją uwiarygodnia, pochłania nas bez reszty, aż nagle łapiemy się na tym, że z otwartymi ustami wpatrujemy się w pustynię i pozwalamy, by do nas mówiła.

To, w czym jeszcze Villeneuve doskonale naśladuje Herberta, to oszczędność w słowach – tak jak w powieści każde wypowiadane przez bohaterów zdanie jest starannie wykalkulowane, tak i tu nie uświadczymy zbędnych słów czy scen. Każdy kadr coś nam mówi, czuły gest dłoni opowiada całą miłosną historię, a piasek przesypywany w rękach jest czymś więcej niż tylko piaskiem, jest symboliczną akceptacją nadchodzącego przeznaczenia. Taka dbałość o mówienie obrazem i symbolikę drobnych gestów jest tu bardzo ważna – bo Diuna musi sobie poradzić także z zacieraniem granicy między rzeczywistością i wizją, między teraz i później, z pewnym zagubieniem, jakiego doświadcza główny bohater zaglądający za zasłonę świata.

Kadr z filmu <em>Diuna, cz. 1</em>, reż. Denis Villeneuve, 2021.
Kadr z filmu Diuna, cz. 1, reż. Denis Villeneuve, 2021.

W warstwie fabularnej pierwsza część Diuny zabiera nas tysiące lat w przyszłość, do świata, w którym ludzkość podbiła kosmos, stworzyła galaktyczne imperium i odkryła cenną przyprawę wydłużającą życie, poszerzającą świadomość i ułatwiającą nawigację w przestrzeni kosmicznej. Nie jest to jednak wizja przyszłości, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni – światem nie rządzą komputery ani roboty, bo wieki wcześniej ludzkość wypowiedziała wojnę sztucznej inteligencji i zastąpiła ją specjalnie trenowanymi do skomplikowanych obliczeń ludźmi, nie jest to też ponura postapokaliptyczna rzeczywistość, bo zamiast zawisnąć na granicy zagłady, człowiek prosperuje, podbija wszechświat… I robi to dokładnie tak, jak robił to zawsze: przemocą, wyzyskiem i uciskiem dziewiczych krain. Obiektem takiego wyzysku jest pustynna planeta Arrakis, zwana Diuną, jedyne w znanym wszechświecie źródło drogocennej przyprawy. Na tę właśnie surową i niebezpieczną planetę decyzją samego Imperatora zostaje wysłany szlachetny ród Atrydów, by strzec jej i pilnować wydobycia przyprawy – ale to, co oficjalnie wygląda jak dowód zaufania najwyższego władcy, jest tylko wstępem do politycznej intrygi, która ma się stać zgubą nowych panów Arrakis.

Obok epickiej opowieści o wielkich rzeczach, Diuna jest jednak także historią o rodzinie uwikłanej w niebezpieczne ścieżki losu i o młodym mężczyźnie, na którego spada brzemię niemal nie do udźwignięcia. Młody Paul Atryda (rola, do której Timothée Chalamet chyba został stworzony) jest nie tylko nadzieją swego rodu, ale i elementem szeroko zakrojonych planów potężnych organizacji, a także, a może przede wszystkim, człowiekiem naznaczonym fragmentaryczną wiedzą o swojej przyszłości – z całym jej kuszącym urokiem, ale i ciężarem, nieuniknionością i wewnętrznym buntem wobec własnych decyzji, które wkrótce przyjdzie mu podjąć. Fantastyka zna wielu wybrańców przeznaczonych do wielkich czynów – mało który jednak zostaje okrzyknięty mesjaszem i musi się z tym mierzyć. Kultura zna też wiele matek, które własnymi wyborami na zawsze naznaczają los swoich dzieci – mało która jednak żyje na tyle długo, by u boku syna wyruszyć w podróż ku przeznaczeniu, i mało która jest mu jednocześnie i matką, i kapłanką organizacji pragnącej wykorzystać go do własnych celów. Rebecca Ferguson w roli lady Jessiki perfekcyjnie oddaje to rozdarcie między obowiązkiem i matczynym uczuciem, szkoleniem i strachem, surowością i czułością, jest jednocześnie potężna i krucha, świadoma konsekwencji swoich czynów i głęboko nimi zadziwiona. Jej gra doskonale oddaje rozterki książkowej postaci, choć jednocześnie aktorka jest bardziej ekspresyjna niż perfekcyjnie panująca nad swoim ciałem i głosem nieprzenikniona powieściowa Jessica. To jedno z tych miejsc, w których tekst musi ustąpić przed obrazem, byśmy mogli lepiej zrozumieć postać i jej skomplikowane intencje – a także współodczuwać z matką, która może ochronić swoje dziecko, paradoksalnie popychając je ku niebezpieczeństwu. Z kolei niezwykle dostojny Oscar Isaac w roli księcia Leto jawi się nie tylko jako wspaniały przywódca, ale i pełen akceptacji ojciec, jakich mało na kinowych ekranach – miło, że jego rola została odrobinę rozbudowana, bo w książce zdecydowanie zbyt często patrzyliśmy na niego raczej stęsknionymi oczami bliskich.

Kadr z filmu <em>Diuna, cz. 1</em>, reż. Denis Villeneuve, 2021.
Kadr z filmu Diuna, cz. 1, reż. Denis Villeneuve, 2021.

Diunę zaludniają całe zastępy bohaterów, których trochę nie sposób tu teraz omówić – ale obsada aktorska nie tylko składa się z wielkich gwiazd od Stellana Skarsgårda, przez Zendayę, po Javiera Bardema, lecz jest i bardzo obiecująca. Obiecująca zwłaszcza w tym sensie, że część postaci została jedynie zarysowana i zyska na znaczeniu dopiero w kolejnej odsłonie filmu – to tam poznamy bliżej Fremenów i ich kulturę, podobnie jak wiele innych kluczowych motywów, które teraz zostały dopiero zasygnalizowane.

I w ten sposób trochę dochodzimy do mojego jedynego właściwie problemu z Diuną Villeneuve’a: dostaliśmy zaledwie połowę opowieści, a jej dalszy ciąg nawet jeszcze nie powstaje. W książce to jest dopiero moment, w którym akcja na dobrą sprawę zaczyna się rozkręcać, a my powoli zaczynamy łapać rytm powieści – film zaś tu się urywa i zostawia nas zaledwie z obietnicą tego, co będzie dalej. To wszystko sprawia, że trochę trudno Diunę traktować jak samodzielny film, w którym bohaterowie przechodzą jakąś drogę rozwoju, bo nagle zatrzymują się na niej w pół kroku – a dokąd dalej poprowadzi ich ścieżka przez pustynię, nie dowiemy się jeszcze przez długi czas. Zgadzam się z Villeneuve’em, że Diuny nie dałoby się zamknąć w jednym filmie, dorzucę od siebie, że próby zrobienia tego byłyby właściwie zbrodnią – ale trochę też zbrodnią jest zostawiać widza w takim momencie, w samym środku historii, która dopiero się zawiązuje. O niebo lepiej całość wybrzmiałaby, gdyby obie części ukazały się niemal jednocześnie – i prawdopodobnie w pełni będziemy w stanie docenić epickość opowieści i kunszt, z jakim Villeneuve ją prowadzi, dopiero obcując z całością. A może nawet z trylogią, bo historię idealnie dopełniłaby ekranizacja Mesjasza Diuny.

Kadr z filmu <em>Diuna, cz. 1</em>, reż. Denis Villeneuve, 2021.
Kadr z filmu Diuna, cz. 1, reż. Denis Villeneuve, 2021.

Ale w chwili, gdy piszę te słowa, druga część Diuny jest na razie niczym jedna z wczesnych wizji Paula – to przyszłość, która niby może nadejść, ale jeszcze nie jesteśmy jej pewni. Bo w tę poetycką opowieść, także między innymi o brudach kapitalizmu, wkradły się… pieniądze. I to od wpływów z biletów zależy, czy Villeneuve dostanie szansę doprowadzić tę historię do końca. A właściwie do końca początku, bo przecież Diuna to zaledwie pierwszy tom z rozpisanego na sześć tomów cyklu powieści.

Idźcie więc tłumnie do kina, a potem pójdźcie jeszcze raz – szkoda byłoby zmarnować tak wspaniały, obiecujący początek pięknej filmowej przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.