Kadr z filmu Ant-Man, reż. Peyton Reed, 2015.

Ant-Man: ożywczy powiew… mrówczości

Ostatnimi czasy najlepiej Marvelowi wychodzi… przedstawianie widzom nowych bohaterów. Kolejne odsłony Avengersów, Iron Mana i innych najgłośniejszych komiksowych produkcji zaczynają trochę przypominać serial, który ogląda się z przyzwyczajenia i bez większych nadziei na nagłą poprawę jakości. Nie znaczy to, że wszystkie te produkcje są niezadowalające… Bo nic, w czym choćby wspomina się Tony’ego Starka, nie może być z gruntu nieudane (to wcale nie jest wyzwanie dla złośliwców!) – ale nie da się ukryć, że kolejne filmy o najbardziej znanych bohaterach Marvela zmierzają w dziwną stronę i nie mają chyba ambicji oferowania widzowi niczego odkrywczego.

Na tle gwiazdorskiej sieci wzajemnych skomplikowanych powiązań (które mają swoje uroki, ale i ograniczenia), bardzo dobrze wypadają za to nowości.  Najpierw serca widzów (i moje też! ) podbili przezabawni Strażnicy galaktyki, a teraz swoje trzy grosze dokłada także człowiek-mrówka.

Ant-Man, z Paulem Ruddem – czyli człowiekiem szerzej znanym jako „mąż Phoebe” – w roli głównej, w końcu oferuje widzowi wycieczkę w zupełnie nowe środowisko. Z wielkich willi w bogatych dzielnicach i z kwater dowodzenia T.A.R.C.Z.Ą. przenosimy się… do rzeczywistości – przyglądając się niezwykłej historii niemal zupełnie przeciętnego faceta, dla którego główną ambicją jest stanięcie na nogi po trzyletnim pobycie w więzieniu i dorośnięcie do roli odpowiedzialnego ojca słodkiej małej dziewczynki. W takim momencie życia znajduje naszego bohatera dr Hank Pym (Michael Douglas), twórca niezwykłego kostiumu pozwalającego człowiekowi skurczyć się do rozmiarów mrówki – i oferuje mu nowy start w życie… w zamian za włamanie się do ściśle chronionego laboratorium. Żadnych kosmitów, żadnych nadnaturalnych mocy. Tylko nieco zagubiony facet i bardzo zaawansowana technologia.

W swojej nowej produkcji Marvel oszczędza nam patetycznego ratowania świata przed ostateczną zagładą. Scott Lang, czyli nasz tytułowy człowiek-mrówka co prawda staje oko w oko z czarnym charakterem (Corey Stoll aka allenowski Papa Hemingway tudzież wcale nie tak świętej pamięci Peter Russo), ale chociaż w rękach pozbawionego kręgosłupa moralnego naukowca rewolucyjna technologia mogłaby posłużyć wybitnie złym celom, nie czuć w Ant-Manie grozy totalnego zniszczenia. Może to i lepiej. W końcu opowieść o miniaturowym człowieczku powinna mierzyć swoje zamiary na jego miniaturowe siły.

Ant-Man łączy w sobie planowanie skoku – dla odmiany nie na kasę, a na nowoczesne laboratorium – z lekkim, miłym i przyjemnym, typowo amerykańskim rodzinnym komediodramatem. W efekcie dostajemy właściwie film familijny, zresztą dozwolony dla dzieci powyżej 8 roku życia. Chociaż nie wiem, czy będąc ośmiolatkiem chciałabym patrzeć na to, jak słodka mała owieczka na skutek nieudanego eksperymentu zamienia się w galaretowatą masę.

Kadr z filmu "Ant-Man", reż. Peyton Reed, 2015.
Kadr z filmu Ant-Man, reż. Peyton Reed, 2015.

Nowa produkcja Marvela oferuje nam stosunkowo prostą historię w oprawie ciekawego, chociaż w pewien sposób oczywistego humoru. Oczywistość przyjmuje tutaj zresztą interesującą formę – nasz mały bohater narzuca filmowi pewną specyficzną skalę rozgrywanych wydarzeń, a związane z tym budowanie komizmu na prostych, wydawałoby się przewidywalnych rozwiązaniach jest… zaskakująco skuteczne i naprawdę zabawne. Wygląda na to, że miniaturyzacja i uproszczenia służą Ant-Manowi na wielu płaszczyznach.

Na dobrą sprawę, gdyby rzetelnie rozebrać Ant-Mana na części, szybko okazałoby się, że do bycia wybitnym sporo mu jeszcze brakuje… Czarny charakter, już niemal tradycyjnie u Marvela, nie zwala z nóg. Akcja momentami mogłaby być prowadzona nieco sprawniej, raczej też nie przysłużyła się końcowemu efektowi zmiana scenarzysty w samym środku prac nad filmem… Ale w ogólnym rozrachunku film wypada naprawdę nieźle. Być może to kwestia tła, z którym jest porównywany, albo swego rodzaju powiewu świeżości… Jednak o tym, czy Ant-Man pozostanie jaśniejszym punktem na mapie marvelowego nieba, przekonamy się zapewne przy kolejnej odsłonie przygód maleńkiego bohatera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.