Kadr z filmu El bar, reż. Álex de la Inglesia, 2017.
Kadr z filmu El bar, reż. Álex de la Inglesia, 2017.

Netflix: 4 niszowe filmy, które warto zobaczyć

Jeśli korzystacie z popularnych platform streamingowych takich jak choćby Netflix, na pewno to znacie – myślicie sobie: a obejrzę dzisiaj dobry film. Odpalacie aplikację, zaczynacie przeglądać ciągnącą się kilometrami listę tytułów… może ten, może tamten, o, o tym od dawna myśleliście… i godzinę później wciąż nic nie wybraliście. Pozwólcie, że oszczędzę wam trochę czasu i w ciemno polecę 4 nieoczywiste filmy, które zdecydowanie warto na Netflixie zobaczyć… pod warunkiem, że macie trochę tolerancji dla dziwactwa. Oto one:

El bar, reż. Álex de la Inglesia, 2017
Ten hiszpański film stał się moim osobistym hitem tegorocznego festiwalu Off Camera. A przypominam, że podczas imprezy widziałam kilkadziesiąt różnych produkcji i udało mi się dostać na spotkanie z Andrew Scottem… a jednak to ten zaskakujący film najbardziej zapadł mi w pamięć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałam w kinie w takim napięciu praktycznie od pierwszej do ostatniej minuty.

Kadr z filmu <em>El bar</em>, reż. Álex de la Inglesia, 2017.
Kadr z filmu El bar, reż. Álex de la Inglesia, 2017.

Zwyczajny dzień w Madrycie. W zupełnie zwyczajnym barze przy zatłoczonej ulicy zbiera się grupka przypadkowych osób. Biznesmen, policjant, menel, dziewczyna w drodze na randkę, hipster, samotna kobieta w średnim wieku… Dzień jak co dzień – gdyby nie to, że nagle snajper zaczyna strzelać do wszystkich, którzy wystawią nos za drzwi knajpy. Uwięziona w lokalu grupka przypadkowych nieznajomych stara się wydostać z pułapki, ustalić, dlaczego ktoś nagle zaczął na nich polować… a przede wszystkim nie dać się zniszczyć narastającej paranoi i wzajemnym oskarżeniom.

Totalnie nie rozumiem, dlaczego na filmowych portalach El bar oscyluje przeważnie pomiędzy oceną niezły i dobry – moim zdaniem zasługuje na dużo więcej. Zwłaszcza, że hipster i dziewczyna od randki są po prostu przepiękni. Szczególnie hipster.

I don’t feel at home in this world anymore, reż. Macon Blair, 2017
Oryginalna produkcja Netflixa i laureat głównej nagrody jury na tegorocznym festiwalu Sundance. Na dodatek ze świetnym Elijahem Woodem tradycyjnie w roli nieudacznika. Tym razem zaskakująco twardego i mocno owianego oparami absurdu, ale dalej nieudacznika.

Kadr z filmu <em>I don't feel at home in this world anymore</em>, reż. Macon Blair, 2017.
Kadr z filmu I don’t feel at home in this world anymore, reż. Macon Blair, 2017.

Cała historia jest zresztą dość absurdalna, a sam film chwilami balansuje na granicy szaleństwa i geniuszu… Oto pewna dziewczyna z emocjonalnymi problemami niespodziewanie odzyskuje energię i chęć do życia, gdy razem ze swoim sąsiadem-dziwakiem zaczyna śledzić bandytów, którzy okradli jej dom. Dwójka niepozornych outsiderów rozwiązująca kryminalną sprawę, z którą nie radzi sobie policja, przedziwna sałatka z elementów jak z Tarantino, Lyncha, komedii i thrillera – czego chcieć więcej?

Opiekun (The Fundaments of Caring), reż. Rob Burnett, 2016
Kolejna oryginalna produkcja Netflixa z bardzo dobrymi rolami facetów bliżej znanych jako: „mąż Phoebe” (Paul Rudd aka Ant-Man) i „chłopak ze świecą na głowie” (Craig Roberts – ten z teledysku The Killers wyreżyserowanego przez Burtona).

Kadr z filmu <em>Opiekun</em>, reż. Rob Burnett, 2016.
Kadr z filmu Opiekun, reż. Rob Burnett, 2016.

Ben (Paul Rudd) nie radząc sobie z odejściem żony, prawdopodobnie w ramach autoterapii postanawia zrobić coś dobrego dla innych i zostać opiekunem niepełnosprawnej osoby. Kompletnie nieprzygotowany na to, co go czeka, trafia do domu Trevora (Craig Roberts) – młodego chłopaka z dystrofią mięśniową, bardzo specyficznym poczuciem humoru i masą skrywanych negatywnych emocji. Mieszanka kina drogi, inteligentnej komedii i wzruszającego dramatu. Jedynym minusem jest obecność w filmie Seleny Gomez, ale co zrobić… nie można mieć wszystkiego.

Zaproszenie, reż. Karyn Kusama, 2015
Tutaj kolejne wspomnienie z festiwalu Off Camera, tym razem sprzed roku. Nie będę owijać w bawełnę, poszłam na ten film, bo w obsadzie mignęło mi nazwisko Michiela Huismana. A jak jest okazja pogapić się na Daario Naharisa, to należy z niej skorzystać! Na miejscu jednak okazało się, że Daario to mały pikuś, bo cały film niesamowicie wciąga i nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.

Kadr z filmu <em>Zaproszenie</em>, reż. Karyn Kusama, 2015.
Kadr z filmu Zaproszenie, reż. Karyn Kusama, 2015.

Kiedyś Will i Eden byli zgodnym małżeństwem. Ale po tragicznej śmierci ich syna związek się rozpadł, a Eden zniknęła bez słowa. Kiedy po latach Will dostaje od niej zaproszenie na kolację w gronie starych przyjaciół, czuje się dość niezręcznie. Jeszcze bardziej niezręcznie poczuje się na miejscu, poznając nowego męża Eden i nie mogąc zrozumieć zmian, jakie zaszły w jej zachowaniu. Już sama kolacja u byłej żony niejednego przyprawiłaby o nieprzyjemne dreszcze… ale Zaproszenie oferuje nam równocześnie mocny i nieco paranoiczny thriller z sekciarskim podtekstem.

No i Huismana. Zawsze dobrze pogapić się na Huismana.

Nie wiem, czy wyjdę teraz na intelektualnego snoba, czy może jednak na kogoś, kto się łatwo zachwyca… ale moim zdaniem wszystkie te produkcje mają zdecydowanie zaniżone oceny na portalach filmowych. Wszystkie mieszczą się gdzieś między 6-7,2 – a ja na fali emocji porozdawałabym im nawet ósemki. Zrobicie z tą wiedzą, co chcecie… ale kiedy następnym razem będziecie się zastanawiać, którą superprodukcję wybrać na wieczór, rozważcie coś bardziej niszowego – możecie być mile zaskoczeni, bo Netflix skrywa prawdziwe perełki!

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.