Kadr z filmu mother!, reż. Darren Aronofsky, 2017.
Kadr z filmu mother!, reż. Darren Aronofsky, 2017.

mother! – ciężki grzech Aronofsky’ego

Po seansie nowego filmu Darrena Aronofsky’ego byłam przekonana, że nie poświęcę mu na blogu ani linijki. Zjadliwy status na Facebooku miał wystarczyć za cały komentarz. Ale za każdym razem, kiedy mother! mi się przypomina, mam ochotę jeszcze trochę ponarzekać… Niech więc będzie. Załatwmy to raz na zawsze. Niniejszym dołączam do wygwizdujących ten film na festiwalu w Wenecji. Tekst będzie zawierał spore ilości spoilerów, bo jak już narzekać, to z rozmachem.

Darren Aronofsky to jeden z tych reżyserów, których albo się ubóstwia, albo ma się ochotę wystawić im laurkę pretensjonalnych i zadufanych w sobie pseudointelektualistów. O ile taki na przykład Czarny łabędź jakoś tam przebił się do mainstreamu, to Źródło wciąż chyba pozostaje filmem głównie dla egzaltowanych licealistów z przekonaniem o własnej wyższości intelektualnej… nie pozostaje mi nic innego, jak tylko dziękować losowi, że nie trafiłam na Źródło w liceum, bo jeszcze, o zgrozo, zostałabym wyznawczynią Aronofsky’ego i teraz musiałabym się gęsto tłumaczyć, jakim cudem można uważać coś takiego jak mother! za arcydzieło…

Zacznijmy może od tego, o czym jest mother!, żeby ci z was, którzy widzieli zwiastun i mają nadzieję na ciekawy horror albo przynajmniej thriller, zostali wyprowadzeni z błędu i oszczędzili 2 godziny swojego bezcennego czasu. mother! zdecydowanie nie jest horrorem, trudno też właściwie powiedzieć, żeby był to film fabularny – tak naprawdę to jedna wielka nachalna metafora… i tylko wśród widzów nie ma porozumienia co do tego, czy to metafora „cholera wie czego” czy biblijnego opisu stworzenia i skróconej historii ludzkości.

Kadr z filmu <em>mother!</em>, reż. Darren Aronofsky, 2017.
Kadr z filmu mother!, reż. Darren Aronofsky, 2017.

Gdyby mother! miał jakąkolwiek fabułę, można by ją streścić tak: para mieszka sobie spokojnie w domu gdzieś na urokliwym odludziu. On (grana przez Javiera Bardema jedyna postać wymieniona w napisach z wielkiej litery, On znaczy – Bóg) jest poetą w twórczym kryzysie, ona (grana przez Jennifer Lawrence i z jakichś pretensjonalnych powodów konsekwentnie pisana małą literą matka – Matka Ziemia) ściana po ścianie własnoręcznie odnawia stary, zniszczony przez pożar dom. Żyją sobie spokojnie, dopóki do ich drzwi nie zaczynają pukać obcy ludzie. Najpierw pojedynczy facet (jak się pewnie domyślacie – Adam), potem żona Adama, synowie, a w końcu dziesiątki i setki fanów tudzież wyznawców poety.

Ludzie, jak to ludzie – zaczynają się panoszyć, wtykać nos w nie swoje sprawy, śmiecić i niszczyć wszystko, czego tylko dotkną. Co daje nam niepowtarzalną sposobność oglądania, jak ignorowana Matka Ziemia rozdziawionymi ustami Jennifer Lawrence w kółko powtarza: „powiedz im, żeby sobie poszli… nie chcę ich tutaj… wszystko niszczą… idźcie sobie!”. Im więcej w domu gości (czyt. im bardziej ludzkość dokazuje), tym robi się dziwniej, a kiedy wkraczamy w Nowy Testament, film przyspiesza jak lokomotywa, której wysiadły hamulce, a przekonanemu o własnym geniuszu Aronofsky’emu peron odjeżdża tak daleko, że szkoda gadać.

Widzowie dopatrywali się tu rozmaitych innych interpretacji: począwszy od konsekwencji sławy i inwazji w prywatność artystów, aż po komentarz na temat kryzysu uchodźczego… ale Aronofsky oficjalnie wyprowadził ich z błędu. Kluczem do mother! jest Biblia. I koniec. Wszystkie inne interpretacje możecie sobie wsadzić. Nawet jeśli z nimi film mógłby być ciekawszy.

Kadr z filmu <em>mother!</em>, reż. Darren Aronofsky, 2017.
Kadr z filmu mother!, reż. Darren Aronofsky, 2017.

Rzeczywiście, nie da się tego klucza nie zauważyć. O ile do pewnego momentu symbole dawkowane są w miarę rozsądnie i widz ma jeszcze pole do aktywnego odbioru filmu i interpretowania go przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń, to w momencie, gdy Kain zabija Abla i paćka sobie kainowe znamię na środku czoła, nie ma już miejsca na jakiekolwiek wątpliwości i interpretacje. Od tej chwili (ja też pojadę metaforą, a co!) Aronofsky bierze Biblię do ręki i okłada nas nią po głowie, nachalnie podtyka nam ją pod nos i wrzeszczy: „Biblia! Bóg! Jezus! religia!”, żebyśmy przypadkiem nie przeoczyli jego genialnych i upchanych gdzie popadnie symboli.

Odtąd to już równia pochyła. O ile pierwsza część filmu jest nawet zajmującym studium relacji pomiędzy narcystycznym twórcą i jego żoną, potrzebną mu o tyle, by być inspiracją i sprzątać po nieproszonych gościach, to wraz z wejściem w Nowy Testament, wkraczamy w chaotyczną, chorą i pełną bezsensownej przemocy wizję, która chce chyba powiedzieć o ludzkości tak wiele naraz, że aż nie mówi absolutnie nic sensownego. Gdyby film zakończył się gdzieś w okolicach stypy po Ablu, byłby nawet nie najgorszy. Miał ładne zdjęcia, wprowadzał napięcie, balansował na granicy absurdu, budował jakąś psychologię relacji między bohaterami.

Ale im dalej w las biblijnych odniesień, tym gorzej. Coraz częściej dostajemy od Aronofsky’ego Biblią po głowie. Akcja zasuwa, jakby ktoś próbował zmieścić dwugodzinny film w dziesięciu minutach. Zdjęcia przestają być ładne, coraz więcej za to paskudnych scen, na które nie da się patrzeć i które nie do końca są potrzebne – przynajmniej nie w tak dosłownej i epatującej przemocą formie. Ok, Darren, wszyscy wiemy, że ludzkość do jedna wielka zbieranina zwyrodnialców i okrutników. Ale kiedy zmuszasz nas do patrzenia na pożeranie wnętrzności Jezuska-niemowlaka (jakże subtelna metafora komunii!) albo na zbliżenia katowanej twarzy Jennifer Lawrence, to słowo „zwyrodnialec” niepokojąco zaczyna pasować do ciebie samego.

Kadr z filmu <em>mother!</em>, reż. Darren Aronofsky, 2017.
Kadr z filmu mother!, reż. Darren Aronofsky, 2017.

Nie mam zbyt wielu uczuć religijnych, które można by tym filmem obrazić, ale nawet dla mnie to była przesada – choćby dlatego, że w pewnym momencie nieprzyjemne i paskudne sceny są dodawane już tylko po to, żeby obrzydzić widzowi życie i go zszokować. I oczywiście podkreślić geniusz reżysera. Już tak z 10 minut temu ustaliliśmy, że ludzkość to największa z plag egipskich i że Matka Ziemia kiedyś się wkurzy i zniszczy nas w czymś pomiędzy odwetem a samoobroną, że ludzie są okrutni, samolubni i popaprani. Ale to za mało, Aronofsky dokłada dalej, jeszcze więcej i jeszcze trochę patologii – na wypadek, gdybyśmy za pierwszym i dziesiątym razem nie zrozumieli aluzji.

Trzeba jednak przyznać, że w tym wszystkim wizja Boga kreślona przez Aronofsky’ego jest dość intrygująca. Grany przez Bardema bohater jest nie tylko kompletnym narcyzem, ale też chyba nie grzeszy inteligencją i przewidywaniem konsekwencji swoich czynów. Sprawia wręcz wrażenie, jakby niespecjalnie panował nad rzeczywistością… albo jeszcze gorzej – jakby był psychopatą, którego cały ten chaos i cierpienie napędza. Może to jakieś alter ego reżysera.

Trzech rzeczy nie lubię w kinie najbardziej – kiedy traktuje się mnie jak idiotkę, kiedy bez żadnego sensownego fabularnego celu epatuje się niepotrzebną przemocą i kiedy reżyser ostentacyjnie tapla się w swoim rzekomym geniuszu. Aronofsky jest winien wszystkich tych rzeczy. I nawet jeśli mother! miała kilka niezłych elementów, całokształt sprawia, że te grzechy nie zostaną mu jednak odpuszczone. Nie za mojego pontyfikatu.

2 komentarze

  • Właśnie oglądam filmwebowskie movie się, w którym panowie recenzenci przekonują, że mother! to film o wielkim twórcy i trudach bycia z takowym. Można to nazwać zwykłym pieprzeniem, bo to, tak jak pisałaś, film z kluczem biblijnym. Tylko i wyłącznie. I to zły film. Choć Źródło będę bronić -mimo, że nie widziałam go w liceum 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.