Kadr z filmu Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, 2015.
Kadr z filmu Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, 2015.

Cate Blanchett i sztuka jako oszustwo

Jeśli należycie do wielbicieli talentu Cate Blanchett, prawdopodobnie planujecie wybrać się na Manifesto – film Juliana Rosefeldta, w którym aktorka wciela się w 13 różnych postaci. Bynajmniej nie zamierzam was od tego pomysłu odwodzić, bo jest w nim co podziwiać. Ale lepiej, jeśli pójdziecie na niego odpowiednio przygotowani…

Dlaczego mielibyście się przed seansem jakoś specjalnie przygotowywać? Przede wszystkim dlatego, że to nie jest film w tradycyjnym, fabularnym tego słowa znaczeniu. To arcydzieło sztuki współczesnej przeniesione na wielki ekran. Początkowo praca prezentowana była w jednej z berlińskich galerii sztuki w formie instalacji – a sceny, które w filmie się przeplatają, były wyświetlane jednocześnie na 13 rozmieszczanych w sali ekranach, co z jednej strony pozwalało im wybrzmieć z odpowiednią siłą, a z drugiej tworzyło swego rodzaju kakofonię obrazu i dźwięku. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do pomieszczenia, w którym otacza was wianuszek gadających głów Cate Blanchett – to z pewnością musiało robić wrażenie.

Kadr z filmu <em>Manifesto</em>, reż. Julian Rosefeldt, 2015.
Kadr z filmu Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, 2015.

W oryginalnej formie instalację możecie obejrzeć obecnie (do 7 stycznia) w Galerii Narodowej w Pradze. A zmontowany na jej podstawie film zobaczycie od 17 listopada w kinach w całej Polsce.

Czym właściwie jest Manifesto? W warstwie tekstowej dzieło składa się z fragmentów rozmaitych manifestów wygłoszonych na przestrzeni ostatnich 200 lat – od Karola Marksa, przez dadaistów, aż po Larsa von Triera i jego Dogmę 95. Większość z nich dotyczy sztuki – tego, czym ona w oczach danego artysty jest i powinna być, jak powinna być uprawiana, co z dotychczasowej tradycji należy odrzucić, a z czego czerpać, czym jest prawda, szczerość, autentyczność. Słowa wygłaszane przez Cate Blanchett są jednym wielkim kolażem fragmentów z kilkudziesięciu mniej lub bardziej wzniosłych manifestów, które Julian Rosefeldt starannie wybrał i posklejał w jedną wymowną całość.

Kadr z filmu <em>Manifesto</em>, reż. Julian Rosefeldt, 2015.
Kadr z filmu Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, 2015.

Ten znaczeniowy kolaż zilustrowany jest serią mistrzowsko zagranych i oderwanych od siebie scen. Kolejne postaci grane przez Cate znajdują się w mniej lub bardziej zwyczajnych życiowych sytuacjach. Podają swojej rodzinie obiad, wychodzą do pracy, prowadzą lekcję w podstawówce, urządzają przyjęcie. Kolejne sceny pokazują niejako całe spektrum ludzkich doświadczeń, od zaniedbanego menela w jakieś opuszczonej dzielnicy, przez zwykłych ludzi próbujących utrzymać rodzinę, aż po „wyższe sfery” – artystów, dziennikarzy, ludzi kultury. Wszystko, czego się o tych postaciach dowiemy, jest ukryte właściwie wyłącznie w wizualnej warstwie filmu i w aktorskim kunszcie Cate Blanchett – bo też i każda z postaci mówi pożyczonym językiem manifestów, recytując fragmenty tekstów o naturze sztuki i tworzenia, nie wypowiadając prawie żadnego „własnego” słowa.

Czasem nadaje to scenom bardzo absurdalny charakter – kiedy modlitwa przed posiłkiem zamienia się w wyznania „Jestem za sztuką, która…” albo kiedy nauczycielka tłumaczy kilkuletnim dzieciom, że mogą kraść od kogo popadnie, bo liczy się efekt i znaczenie twojego własnego dzieła, a nie to, skąd czerpiesz inspirację. Gdzieś w tych wszystkich scenach pobrzmiewa jedna wspólna myśl – jakkolwiek wydumane nie wydawałyby się niektóre manifesty, praktycznie w każdym z nich znajdzie się fragment, który da się odnieść do zwykłego, codziennego życia. A przynajmniej tak twierdzi specjalistka z krakowskiej galerii sztuki współczesnej, której miałam przyjemność posłuchać po przedpremierowym seansie.

Kadr z filmu <em>Manifesto</em>, reż. Julian Rosefeldt, 2015.
Kadr z filmu Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, 2015.

Nie pokuszę się tu o zgadywanie, co też Julian Rosefeldt chciał powiedzieć albo co powinniśmy z jego dzieła wynieść – bo w końcu, jak dowiemy się z jednego z manifestów: interpretacja zabija sztukę. Powiem za to jedno: nawet jeśli nie macie zielonego pojęcia o sztuce współczesnej i cały ten projekt wydaje wam się dziwaczny – Manifesto i tak ma szansę was zachwycić. Nie tyle może swoją warstwą znaczeniową, co fenomenalną Cate Blanchett, która jak kameleon wciela się w kolejne postaci i powołuje do życia pełnokrwistych bohaterów – praktycznie nie używając do tego słów, bo nawet jeśli konkretne fragmenty manifestów znalazły się w danych scenach nieprzypadkowo, to trudno powiedzieć, żeby to wygłaszane przez nią tyrady o sztuce budowały wyraziste postaci. Bez niej ten projekt nie miałby szans się udać – napisane przez Rosefeldta sceny potrzebowały niezwykle plastycznej, wszechstronnej aktorki, a lepiej niż Cate Blanchett raczej nie dałoby się trafić.

Idźcie na Manifesto i cieszcie się prawdziwą ucztą z pogranicza sztuki i filmu. I nie bójcie się własnej konsternacji – bohaterki grane przez Cate skutecznie was przekonają, że współczesna sztuka wcale nie ma być rozumiana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.