Kadr z filmu "Futro: portret wyobrażony Diane Arbus", reż. Steven Shainberg, 2006.

Kim jest Diane Arbus?

Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej o Diane Arbus nie słyszałam. Fotografia nie należy do dziedzin, o których miałabym jakiekolwiek pojęcie… Biograficzny film o tej pani – Futro: portret wyobrażony Diane Arbus – też specjalnie mojej wiedzy na jej temat nie poszerzył. Może poza tym, że była to kobieta odrobinkę szalona i że mogłybyśmy się polubić.

W takich momentach zazwyczaj błogosławię wujka Google i ciocię Wikipedię, którzy błyskawicznie, aczkolwiek dość sucho donoszą, iż pani Arbus była „artystką nurtu fotografii dokumentalnej drugiej połowy XX wieku”. Niewiele mi to daje, sięgam więc dalej i chyba mam to, czego chciałam – samą Diane mówiącą o powtarzających się motywach swoich prac: Dziwacy i szaleńcy byli tymi, których bardzo często fotografowałam. Było to dla mnie wspaniałe i podniecające. Większość ludzi przeżywa swoje życie bojąc się panicznie doświadczeń w jakikolwiek sposób traumatycznych. Dziwacy rodzą się ze swoją traumą; oni już przez to wszystko przeszli. To oni są arystokratami„. Jak mówiłam, na fotografii się nie znam, więc i wypowiadać się nie będę, odeślę was jedynie tutaj: diane-arbus-photography.com.

Ale wracając do samego filmu… Po Futro… sięgnęłam właściwie tylko dlatego, że w obsadzie pojawia się ubóstwiana przeze mnie Nicole Kidman oraz najpiękniejszy mężczyzna na planecie – Robert Downey Junior. Co do Roberta – widywałam filmy znacznie bardziej to jego piękno eksponujące. Jeśli chodzi o Nicole… Mam trochę wrażenie, że już któryś raz z kolei zagrała tę samą rolę. To wszystko nie ma jednak większego znaczenia, bo Futro… broni się samo. Historią, emocjami, muzyką Cartera Burwella i bardzo estetycznymi zdjęciami. Nicole i Robert już tylko perfekcyjnie dopieszczają całość swoją grą.

Kadr z filmu "Futro: portret wyobrażony Diane Arbus", reż. Steven Shainberg, 2006.
Kadr z filmu „Futro: portret wyobrażony Diane Arbus”, reż. Steven Shainberg, 2006.

Mimo łatki filmu biograficznego, Futro… tak naprawdę niewiele mówi o Diane Arbus, jej życiu czy twórczości… W trakcie całego filmu Diane praktycznie żadnych zdjęć nie robi, nie jest nam dane oglądać jej przy pracy. Właściwie jedyne, czemu możemy się dobrze przyjrzeć, to świat jej relacji – z matką, z mężem, z dziećmi, z samą sobą… i przede wszystkim tej jednej, szczególnej relacji z Lionelem – mężczyzną cierpiącym na hipertrichozę, chorobę genetyczną objawiającą się nienormalnym wzrostem włosów na niemal całej powierzchni ciała. Futro… w dużym stopniu jest bowiem nie o samej Diane, ale o Lionelu. Albo raczej o pewnego rodzaju potrzebie bliskości, zrozumienia, akceptacji… A tego potrzebują oboje – trochę niepoukładana emocjonalnie Diane i Lionel, którego dziwaczna choroba poważnie utrudnia nawiązywanie normalnych stosunków z ludźmi. A przecież pod grubą warstwą włosów może kryć się nie tylko najpiękniejszy mężczyzna na planecie, ale i fascynująca osobowość, człowiek jeszcze bardziej niż inni potrzebujący miłości.

Z dziwakami tak to już jest, że rozpoznają się zawsze i wszędzie. I nikt chyba tak dobrze nie jest w stanie zrozumieć drugiego człowieka, jak jeden dziwak drugiego dziwaka. Nicole i Robert przepięknie oddają ten szczególny rodzaj porozumienia, w każdym geście, w każdym spojrzeniu widać dziwną więź łączącą dwoje ludzi. Trudno właściwie powiedzieć, co tak naprawdę łączy Diane i Lionela, czy to przyjaźń, zrozumienie, dziwactwo, miłość…? Cokolwiek by to nie było, jest wprost urzekające i niezbędne każdemu z nich z osobna. To przy Lionelu Diane odnajduje w sobie odwagę, by sięgnąć po aparat, by mówić o tematach, które od dawna zżerały ją od środka, to on zabiera ją w te wszystkie osobliwe miejsca, które zawsze chciała zobaczyć… Ona za to jest przy nim, zaprasza go na rodzinne imprezy, wychodzi w miasto z człowiekiem z maską na twarzy – tak po prostu, jakby był najnormalniejszą osobą pod słońcem. Są sobie nawzajem potrzebni. Bardziej, niż ktokolwiek przedtem, bardziej niż ktokolwiek później.

Futro… ma w sobie coś z tej dziwności, która tak fascynowała Diane Arbus. To trzeba przyznać, określenie „dziwny” chwilami jest jedynym cisnącym się na usta. Nie wiem, jak was, mnie to przyciąga. Trochę tej dziwności dokłada od siebie Carter Burwell i skomponowana przez niego muzyka. Trochę ta dziwność spogląda na nas ze scenografii, kryje się za obfitością błękitów… Niezwykle zmysłowy i estetyczny jest to film, o dziwo estetyczny nawet w scenie, kiedy Diane grzebie w rurach kanalizacyjnych… Zawsze mi się wydawało, że połączenie estetyki i czegoś tak mało ładnego, jak kanalizacja, graniczy z cudem… Chyba zaczynam wierzyć w cuda. I może o to chodziło.

Cudów wam życzę, kochani, cudów, cudowności i wrażliwości pod adresem wszelkich cudaków.

Wasza dziwaczka 😉

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.