Charlotte Gainsbourg w filmie "I żyli długo i szczęśliwie", reż. Yvan Attal, 2004.

I żyli długo i szczęśliwie

Mało kto ten film widział. Mało kto o tym filmie słyszał.

Ja sama szczerzę przyznaję, że sięgnęłam po niego tylko z powodu epizodu popełnionego w tymże filmie przez Johnny’ego Deppa. I bynajmniej nie żałuję. Epizod z miejsca trafił na listę moich ulubionych deppowych scen.

W sklepie muzycznym kobieta zakłada słuchawki, by posłuchać utworu Creep z debiutanckiego albumu brytyjskiego zespołu Radiohead. Nie jest szczęśliwa. Wydaje się być rozbita, niepewna, nieporadna, co do słowa opisana wersami piosenki. Jakby tego było mało, tuż obok niej zatrzymuje się nieznajomy mężczyzna o twarzy Johnny’ego Deppa. Przystojny, elegancki. Wyjątkowy. Zakłada słuchawki. Przez chwilę stoją obok siebie zasłuchani, a niczego nieświadomy świat gorączkowo kręci się dalej.

Z każdym dźwiękiem, z każdym słowem przez twarz kobiety przemykają emocje. I nie są to bynajmniej emocje pozytywne. Niemal widać cały jej proces myślowy: zwątpienie, zagubienie, obawy, kompleksy. I tęsknotę za czymś wyjątkowym, wymieszaną ze strachem, że może oto w tym momencie jej jedyna nadzieja na ekscytujące przeżycia właśnie zdejmuje słuchawki i odchodzi… A w tle ciągle Creep. Idealny Creep.

Wbrew tytułowi wyciągniętemu wprost z zakończenia pierwszej lepszej baśni, żaden z bohaterów filmu nie jest szczęśliwy. Trzech przyjaciół przechodzi kryzys wieku średniego, a ich zmaganiom z kryzysem towarzyszą problemy z kobietami. Małżeństwo Vincenta (Yvan Attal) powoli się rozpada, nadwyrężane kolejnymi kłótniami, prozą codziennego życia i niewiernością. Georges (Alain Chabat) coraz bardziej oddala się od swojej partnerki, zagorzałej feministki, która w każdym aspekcie życia jest w stanie dostrzec nierówność, seksizm i podteksty polityczne. Fred (Alain Cohen) jest kawalerem, codziennie sypia z inną kobietą, ale w głębi duszy tęskni za tą jedyną, odpowiednią kobietą, która zostałaby z nim na dłużej niż jedną noc.

Czy tego chcecie, czy nie, I żyli długo i szczęśliwie jest filmem o miłości. O miłości do jednej kobiety, pomimo wszystkich jej wad, o miłości do dwóch kobiet równocześnie i o miłości do wszystkich chętnych kobiet tego świata. Jest to także, a może przede wszystkim film o tym, co z każdą miłością dzieje się w konfrontacji z codziennym życiem i jak łatwo się zagubić pod natłokiem przyziemnych spraw, jak łatwo zapomnieć, dlaczego kochało się kogoś, stracić to z oczu i dać się wciągnąć w spiralę destrukcyjnych zachowań.

Nic w tym filmie nie jest oczywiste. Bardzo łatwo przychodzi nam ocenianie bohaterów i ich postępowania, jesteśmy niemal pewni, że wiemy dokładnie od samego początku, kto postępuje moralnie, a kogo należy potępić. Nic bardziej złudnego. W miarę poznawania bohaterów zmieniają się nasze oceny. A gdy już niemal jesteśmy pewni, że odkryliśmy wszystkie ich sekrety i że historia zmierza ku bajkowemu zakończeniu, kilka celnie wypowiedzianych zdań sprowadza nas na ziemię. I rodzi się pytanie, czy z całej historii powstało jednak coś dobrego, czy może byliśmy właśnie świadkami opowieści o tym, jak nieliczne drobne szczęścia przeplatają się z niełatwą codziennością.

Jeżeli tylko będziecie mieli okazję, obejrzyjcie. I nie mówię tego ze względu na Johnny’ego Deppa.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.