I tylko Zimnej wojny żal

Tegoroczna gala rozdania Oscarów upłynęła nadzwyczaj spokojnie i bez większych zaskoczeń. Nie było pomyłek ani skandali. Nikt się nie przewrócił (przynajmniej nie na wizji, bo Rami Malek ponoć spadł ze sceny już po odebraniu statuetki), nikt się przesadnie nie zaplątał w sukienkę. Najbardziej polityczną mowę wygłosił Spike Lee, ale po tylu latach jego wojen z Akademią i zaangażowania w sprawy społeczne nikogo to nie zaskoczyło. Nagrody w większości powędrowały tam, gdzie miały powędrować… nawet te, których się nie spodziewano, nie były specjalnym zaskoczeniem. I tylko Zimnej wojny trochę żal.

W tym roku mnóstwo miało się na Oscarach zmienić. Miało być krócej. I rzeczywiście odrobinę krócej było. Miała się pojawić nowa kategoria z nagrodą dla filmu popularnego… ale Akademia nie wymyśliła na czas, na jakiej zasadzie miałyby tutaj być wybierane filmy popularne. Część nagród miała być pokazywana podczas przerw reklamowych. Na szczęście ktoś poszedł po rozum do głowy. Ostatecznie więc największą zmianą była rezygnacja z prowadzącego, co w zasadzie wyszło gali na dobre, bo znacząco zmniejszyło ilość żenujących żartów i niepotrzebnych ustawek.

Dostaliśmy więc galę niemal taką jak zwykle… choć trochę jednak inną. Przyglądając się osobom wręczającym nagrody, samym nominowanym i tematom podejmowanym w tym roku przez oscarowe filmy, można by odnieść wrażenie, że po latach hegemonii białych starszych panów Akademia nieco otwiera się na różnorodność i nowe tematy. Do najważniejszych kategorii przebiły się aż trzy filmy nieanglojęzyczne – Roma, Zimna wojna i niemiecki Never look away z nominacją za zdjęcia. Oscarem nagrodzono krótkometrażowy dokument o hinduskich kobietach produkujących podpaski. Przez większość kategorii przewijały się filmy podejmujące kwestie rasowe. Animacje (zwłaszcza krótkometrażowe) zdominowały azjatyckie wątki. A wśród wręczających i odbierających nagrody proporcje kolorów skóry były jakby bardziej naturalne niż za czasów protestów Spike’a Lee pod hasłem #OscarsSoWhite. Co prawda pod kątem widoczności przedstawicieli różnych grup społecznych na gali różnorodność oznaczała dla Akademii głównie Afroamerykanów, a już na przykład Latynosi pozostawali wciąż tak samo widoczni jak zwykle – czyli ledwo… Ale hej, od czegoś trzeba zacząć.

Pod tym jednym względem gala była więc nieco ciekawsza niż zwykle… czego nie można powiedzieć o nagrodach. Większość zwycięzców można było odhaczać według przewidywań krytyków i bukmacherów. Ale nawet tam, gdzie nie wygrał oczywisty faworyt, wybory wcale nie były zaskakujące. Narodzenie Pierwszego człowieka za efekty specjalne zaskakuje co najwyżej o tyle, że efekty były w nimi używane subtelnie i nie waliły widza po głowie inwazjami kosmitów. Ale ktokolwiek ten film widział, przyzna, że mimo kameralnej atmosfery, naprawdę wizualnie robi wrażenie. Drugim z oszałamiającej liczby trzech „zaskoczeń” mogła być statuetka za rolę pierwszoplanową dla Olivii Colman, zważywszy, że otwarcie typowano tu do zwycięstwa Glenn Close. Ale poza samą ewidentnie zaskoczoną Olivią, zdziwieni mogą być co najwyżej ci, którzy nie śledzą jej występów m.in. w brytyjskiej telewizji. I którzy nie widzieli Faworyty – bo po seansie naprawdę trudno jest nie docenić gamy emocji, którą Colman z taką precyzją prezentuje nawet na przestrzeni pojedynczej sceny.

Królowa Olivia na czerwonym dywanie. (© Steve Granitz/WireImage)

Trzecim zaskoczeniem byłaby statuetka za najlepszy film dla Green Book, a nie okrzykniętej arcydziełem Romy… Gdyby nie to, że Green Book jest tym rodzajem filmu, który Akademia szczególnie lubi. Niby podejmuje poważny i wciąż aktualny temat konfliktów na tle rasowym, ale robi to na tyle powierzchownie i schematycznie, żeby widza za bardzo nie przytłoczyć, wręcz przeciwnie, sprawić, by poczuł się dobrze i odzyskał wiarę w ludzkość. Jest napisany bardzo klasycznie, miły, przyjemny, fenomenalnie zagrany i jeszcze w dodatku opowiada o artyście, z którym Akademikom stosunkowo łatwo się utożsamiać. I mówię to wszystko ze szczerą sympatią dla filmu Green Book. To był wybór bardzo „oscarowy” – w tym sensie, że ewidentnie jakby dokonywany przez grupę starszych panów, którym wydaje się, że są postępowi. Tak naprawdę nagrodzenie w tej kategorii szeroko typowanej Romy byłoby większym zaskoczeniem – Akademia rzadko docenia domniemane arcydzieła, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi dużo kombinowania z formą, a mało prostych do opowiedzenia historii.

Niespecjalnie zaskakiwały też przemowy laureatów. Oprócz Spike’a Lee, który użył dosadnych słów z ludobójstwem na czele, i twórczyń filmu Period. End of sentence żartujących sobie o miesiączkach, większość nagrodzonych skupiała się głównie na tym, by nie zapomnieć podziękować mamie, dzieciom, małżonkom i całej rzeszy producentów. Największe wrażenie zrobiły podziękowania najbardziej emocjonalne – Lady Gagi, która rozpłakała się na scenie, odbierając Oscara za piosenkę Shallow, i ewidentnie szczerze zaskoczonej Olivii Colman, która w swoim chaotycznym, przeuroczym stylu balansowała na granicy wzruszenia, przerażenia i rozbawienia.

Czy to będzie gala, którą jakoś szczególnie zapamiętamy? Raczej nie – chociaż może powinniśmy, bo jeszcze nigdy w historii od początku do końca polski film nie walczył aż o trzy Oscary. Oczywiście, że żal (zwłaszcza zdjęć Łukasza Żala…) tych niezdobytych statuetek, i choć wielu z nas gorąco Zimnej wojnie kibicowało, to ostateczny rozkład wygranych raczej nie powinien nas dziwić… Pawlikowski miał pecha wypuścić swój film w tym samym czasie, co Cuaron. W każdym innym roku prawdopodobnie to on pozamiatałby w swoich kategoriach – a może i jeszcze w kilku innych.

Oscarowe emocje już za nami – i prawdopodobnie wielu z nas czuje się dziś trochę jak na filmowym kacu (w czym zupełnie nie przeszkadza poczucie niewyspania). Czas jednak wrócić do rzeczywistości. Przed nami cały rok premier, kameralnych odkryć i głośnych kinowych hitów. Wykorzystajmy go dobrze, zanim znów nastanie oscarowe szaleństwo!

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.