Kadr z filmu She's beautiful when she's angry, reż. Mary Dore, 2014.

Dziewczyny, czas się wkurzyć!

Czas na małą lekcję historii feminizmu. Z prostego powodu – mamy XXI wiek, a w wielu kwestiach wciąż musimy się upominać o to samo, o co feministki walczyły prawie 50 lat temu. Dlatego zawsze, kiedy widzę czy słyszę wypowiedzi kobiet utrzymujących, że feminizm jest już niepotrzebny, bo one nigdy w życiu nie doświadczyły żadnej dyskryminacji, opresji czy upokorzenia w związku ze swoją płcią, zastanawiam się, na jakiej pięknej planecie one żyją… bo na pewno nie na mojej.

Wystarczy, że wykonujesz jakąkolwiek pracę zarobkową – i już są spore szanse, że jesteś ofiarą dyskryminacji, bo statystycznie kobiety na tych samych stanowiskach i za tę sama pracę otrzymują w Polsce wynagrodzenie o 10% niższe niż mężczyźni. To może się wydawać mało, ale policz sobie, przez ile godzin w tygodniu pracujesz za darmo, jeśli przychodzisz i wychodzisz z biura równocześnie z kolegami.

Chętnie bym się też dowiedziała, gdzie jest ta szczęśliwa i przede wszystkim bezpieczna planeta, na której kobietom nigdy nie zdarza się doświadczyć seksistowskich komentarzy, molestowania ani fizycznego zagrożenia ze strony mężczyzn. Jeśli chociaż raz w autobusie czy tramwaju jakiś obcy facet uznał, że ma prawo pomacać cię po tyłku, podyszeć ci w kark albo przynajmniej skomentować długość twojej spódnicy i kształt ud, to przykro mi bardzo, ale ciebie też dotyka daleki od ideału porządek społeczny.

Problem w tym, że kiedy próbujemy o tym wszystkim mówić, padają argumenty, że się czepiamy. Że współczesnym feministkom poprzewracało się w głowach i wymyślają sobie problemy. Mamy prawo głosu? Mamy. Mamy dostęp do edukacji? Mamy. Możemy pracować? Możemy. No to o co jeszcze u licha nam chodzi? Czepiamy się jakichś drobnostek, żeby zwrócić na siebie uwagę! – to przy okazji wcale a wcale nie jest tradycyjny seksistowski komentarz…

Kadr z filmu She’s beautiful when she’s angry, reż. Mary Dore, 2014.

Dokładnie z tymi samymi oskarżeniami musiały się mierzyć feministki na przełomie lat 60 i 70 – wtedy dysproporcja płac w Stanach wynosiła 60%, ale najwyraźniej dla niektórych to też nie był żaden argument. Bardzo dobrze podsumowała to jedna z ówczesnych amerykańskich działaczek: myślisz, że my chcemy się czepiać? Że sprawia nam to przyjemność? Chciałybyśmy, żeby te wszystkie rzeczy nie miały miejsca i żebyśmy nie musiały o nich mówić. Ale one się dzieją. I nie przestaną się dziać, jeśli nie będziemy się ich czepiać i o nich mówić. Te słowa przywołuje nakręcony w 2014 roku film dokumentalny She’s beautiful when she’s angry o amerykańskich działaczkach lat 60 i 70 – który szczerze wam polecam choćby dlatego, że porównanie współczesnej perspektywy z tym, co działo się pół wieku temu, dobitnie pokazuje, jak wiele jest jeszcze do zrobienia.

Trochę trudno się mówi o poważnych sprawach, kiedy ludzie nie chcą słuchać. Kiedy same kobiety powtarzają dziwaczne zdania z gatunku: to przecież NATURALNE, że zarabiamy mniej. Albo przyklaskują złotoustym posłom głoszącym, że: Bóg i natura nie chcą, żeby mężczyzna zajmował się dzieckiem. She’s beautiful when she’s angry na to też bardzo celnie zwraca uwagę. Opór możesz napotkać wszędzie – wśród samych kobiet i wśród ludzi, którzy wydawali się postępowi. W tamtych czasach nawet aktywni politycznie lewicowi chłopcy nie chcieli słuchać o tym, że kobiety traktowane są niesprawiedliwie. Ci sami mężczyźni, którzy walczyli o prawa gejów, czarnoskórych i biednych, którzy protestowali przeciwko wojnom – ruchy kobiet nazywali fanaberiami. I chyba specjalnie dużo się w tej kwestii nie zmieniło. Ówczesne działaczki mówią dzisiaj, że sporo udało im się wtedy osiągnąć, ale że teraz cofamy się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Pocieszające jest tylko to, że tak jak one kiedyś jednego dnia dyskutowały z dziewczyną upierającą się, że powinna zarabiać mniej niż mężczyzna, by miesiąc później zobaczyć ją już na feministycznej manifie – tak i teraz na facebookowych grupach co i rusz wypływają wyznania w stylu: jeszcze do niedawna używałam słowa „feministka” jak obelgi… ale potem zaczęłam czytać tę czy tamtą książkę i otworzyły mi się oczy. Otwieranie się na informacje, stawianie sobie i innym niewygodnych pytań są kluczem do przebudzenia.

To wcale nie jest łatwe. Nie jest łatwo uświadamiać ludziom szaleństwa skostniałego sytemu, w którym żyjemy – bo wszyscy wrastamy w niego od urodzenia, internalizujemy, bezrefleksyjnie przyjmujemy za swój światopogląd. Do tego stopnia, że potem z ust niektórych padają słowa o tym, że dyskryminacja kobiet jest naturalna, służy ich dobru i jest zgodna z tradycją. W niektórych afrykańskich plemionach naturalne i zgodne z tradycją jest polowanie na albinosów i przerabianie ich na amulety – czy to znaczy, że mordowanie niewinnych ludzi jest w porządku? Tradycja to tylko takie słowo-wytrych, z którym bardzo ciężko się dyskutuje, bo już samo mówienie o tym, że może nie każda tradycja jest dobra, wydaje się niektórym rewolucyjne.

Dopóki jesteś po stronie uprzywilejowanej przez społeczeństwo, nie podważasz obowiązujących porządków – żyje ci się wygodnie, bezpiecznie i miło, więc dlaczego miałbyś to robić? Dlatego to my, dziewczyny, musimy wziąć sprawy w swoje ręce. Musimy się wkurzyć i głośno mówić o tym, co jest nie tak. Mężczyźni, a już zwłaszcza mężczyźni w sejmie, nie rozwiążą naszych problemów, bo najzwyczajniej w świecie nie mają o nich zielonego pojęcia. Nie mają punktu odniesienia. Większości z nich nikt obcy nie łapie w autobusie za tyłek. W dyskusjach z nimi nikt nie używa argumentów, że są brzydcy albo że histeryzują, bo dawno nikt ich nie przeleciał. Nikt im lekceważąco nie mówi, że tak pięknie wyglądają, kiedy się złoszczą. I pewnie trochę trudno im sobie wyobrazić, że spora część społeczeństwa doświadcza takich rzeczy wcale nie od wielkiego dzwonu, tylko na co dzień. Że to jest po prostu nasza rzeczywistość.

Kadr z filmu She’s beautiful when she’s angry, reż. Mary Dore, 2014.

Jeśli same nie zaczniemy działać, dalej będziemy tkwić w miejscu albo wręcz się cofać. Cały czas jest co robić. Dysproporcja płac i milczące społeczne przyzwolenie na seksizm to tylko sztandarowe przykłady. Do naprawienia jest mnóstwo innych rzeczy: przemoc domowa i słabe instytucjonalne wsparcie dla jej ofiar, szklany sufit w korporacjach, obwinianie ofiar gwałtu, ograniczany dostęp do antykoncepcji, brak rzetelnej edukacji seksualnej, przedpotopowe standardy opieki okołoporodowej, nierówności w naszych własnych domach, gdzie to ciągle kobiety wykonują miażdżącą większość obowiązków, mimo że spędzają w pracy tyle samo godzin, co mężczyźni… można tak wymieniać do rana. Jeżeli naprawdę stan żadnej z tych dziedzin cię nie przeraża, to albo powinnaś się częściej rozglądać wokół siebie, albo pokaż mi tę planetę, na której żyjesz – chętnie się tam wyprowadzę.

Feminizm to bardzo szerokie pojęcie i szerokie pole do działania. Nie musisz się zgadzać z każdym feministycznym postulatem. Nie każda forma protestu czy działania musi ci odpowiadać. Ale na pewno jest jakiś temat bliski twojemu sercu, w którym niesprawiedliwość albo rażące zaniedbania doprowadzają cię do szału. Obszary, w których chciałabyś coś zmienić albo komuś pomóc. Bo jeśli my nie zaczniemy pomagać sobie same, nikt za nas tego nie zrobi. Zrozumiały to kobiety pół wieku temu i czas, żeby do nas to też dotarło.

Jeśli zastanawiasz się, co ty możesz zrobić – zacznij choćby od obejrzenia She’s beautiful when she’s angry – dokument jest dostępny na Netflixie. Warto wiedzieć, co było przed nami i jak możemy się do tego odnieść. Warto zobaczyć, że feminizm może mieć bardzo różne oblicza i dla każdej z nas znajdzie się tam miejsce. Warto sobie uświadomić, że wciąż 50 lat później musimy domagać się tego samego. To mogłoby być deprymujące… ale może cię też wkurzyć i dać ci siłę do działania. Tak sufrażystki w Stanach, jak i polskie emancypantki walczyły o prawo głosu przez całe dziesięciolecia. Nikt im go nie podarował – musiały je sobie wywalczyć. Też mówiono im, że wydziwiają. Że Bóg i natura nie chcą, żeby kobiety głosowały. A jednak wywalczyły swoje. Potrzeba było całych pokoleń zdeterminowanych kobiet, ale się udało. Prawo głosu było ogromnie dużym sukcesem, ale też i kroplą w morzu potrzeb. Potrzeb, które często ciągną się za nami do dzisiaj. Ale naszych problemów nie rozwiąże odgórnie jedna ustawa. To my musimy wziąć sprawy w swoje ręce i działać, na wielu polach jednocześnie.

Na co jeszcze czekasz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.