Yanagihara, królowa empatii

Nie jestem kimś, kto płacze przy książkach. Jeśli już, to raczej nimi rzucam. Jak na przykład książką Bukowskiego, kiedy zachciało mu się pisać o obrzydliwym starym facecie, majteczkach małej dziewczynki i pogotowiu, które musiało potem tę dziewczynkę zabrać. I choć chciałam ufać, że to był jego sposób krytyki zjawiska, a nie wyjątkowo niesmaczna fantazja… to i tak pogniewaliśmy się wtedy z Charlesem na dobre pół roku.

Jeśli już beczę, to przeważnie na filmach. Albo przy serialach. Zadziwiająco jestem podatna na hollywoodzkie sztuczki, rzewną muzykę i sceny napisane tylko po to, żeby wycisnąć łzy. Ale książki? Do niedawna przypominałam sobie ledwie trzy takie przypadki, z czego wyłącznie jeden w dorosłym życiu. Pierwszy raz, kiedy Gilbert Blythe prawie umierał na tyfus. Drugi, kiedy Syriusz Black wpadł za tę przeklętą zasłonę… Trzeci raz, ten dorosły, był dość spektakularny. Mniej więcej trzy dni beczałam po Wielkim Gatsbym. Z jakiejś ogólnej żałości czy może ze strachu, że sama też pozbędę się złudzeń dopiero w momencie gwałtownej śmierci, że wszystko to na nic, po nic…. A potem pojawiła się Hanya Yanagihara ze swoim Małym życiem – i trzeba było uaktualnić płaczliwe statystyki.

Książka Yanagihary jest chyba najlepszym dowodem na to, że powinnam zacząć czytać recenzje, ZANIM podejmę się lektury, a nie dopiero po tym, jak napiszę własną. Sięgałam po Małe życie z myślą o „najgłośniejszej amerykańskiej powieści roku 2015” i „wstrząsającym obrazie dojrzewania, przyjaźni, traumy i sukcesu”. Być może słowo „trauma” powinno mnie zastanowić… ale jest tyle rodzajów traum, a padające w dalszej części opisu słowo „uzależnienie” jakoś wepchnęło tę książkę do kategorii traum, o których czytam zazwyczaj z niemal stoickim spokojem… I to był błąd. Bo nijak nie byłam przygotowana na to, co dostanę.

20161009_091207

Początkowo zapowiadało się całkiem bezpiecznie. Czterech młodych przyjaciół zaczyna nowe życie w mieście, które nigdy nie śpi. W Nowym Jorku, mieście wielkich nadziei, aspirujących artystów, małych i wielkich sukcesów, bolesnych porażek. Postaci są napisane świetnie, z miejsca dają się polubić, a świat ich młodzieńczych ambicji i dynamika wzajemnych relacji wciąga i angażuje czytelnika bardzo szybko. Autorka snuje opowieść ciepłą, wnikliwą, w pewien sposób swojską. Mroczny sekret jednego z chłopaków majaczy gdzieś w tle, autorka rzuca jedną aluzję za drugą, ale na razie wszyscy obchodzą problem jakoś na palcach, z daleka, i nic nie zapowiada tego, co się za chwilę stanie…

I właśnie wtedy, mniej więcej w połowie 800-stronicowej książki dostajemy obuchem w łeb. Styl opowieści nie zmienia się ani trochę, ale jej treść zupełnie przestaje być przyjemna. Z każdym rozdziałem i z każdą stroną słowo „trauma” zdaje się coraz mniej wystarczające. Od połowy tego opasłego tomu średnio co kilka minut miałam ochotę nim rzucić. Zważywszy na gabaryty książki, byłoby to nieco nierozsądne i skończyłoby się pewnie dziurą w ścianie… ale może rozładowałoby emocje. Emocje, które wreszcie na ostatniej stronie wybuchły dość histerycznym i trudnym do opanowania szlochem.

O przemocy seksualnej napisano już wiele książek. O przemocy seksualnej wobec dzieci też całkiem sporo. Ani jednych, ani drugich staram się nie czytać, bo w przypadku takich lektur nadmiar empatii i współodczuwania staje się przekleństwem. Nie mam więc pojęcia, jak inni autorzy o tym piszą… ale Hanya Yanagihara pisze przerażająco realistycznie. Nie wulgarnie, nie obscenicznie, ale realistycznie aż do bólu.

Wyobrażam sobie, że Yanagihara pisała tę książkę według wytycznych Hemingwaya: siadasz przy maszynie i krwawisz. Niesamowitą wnikliwość widać we wszystkich napisanych przez nią postaciach, zawiłe ścieżki ich często zaburzonego czy niedojrzałego myślenia oddane są perfekcyjnie i wiarygodnie. I nie ma w tym chyba ani krztyny przesady – łapię się na tym, że myślę czasem jak JB. Łapię się na tym, że myślę jak Willem. I wy też niejednokrotnie się na tym złapiecie. Ale chyba nic nie wydaje się tak prawdziwe i tak bolesne zarazem, jak odkrywana po kawałku historia dzieciństwa Jude’a i wpływ tamtych wydarzeń na wszystko inne: jego zdrowie, jego życiowe wybory, jego nienawiść do samego siebie i podszyte strachem sabotowanie wszystkiego, co dobre.

Yanagihara przeciąga przez trudne do przetrawienia piekło nie tylko swojego bohatera, ale i czytelników. Jeśli ona krwawiła, pisząc tę powieść, to my krwawimy, czytając ją. To książka, która rozrywa serce. Każe się buntować. Napełnia strachem. Obrzydzeniem. Bezradnością. Możecie mi w tej chwili zarzucić egzaltację… Ale to i tak nie zmieni faktu, że Małe życie zrobi wam krzywdę.

Jednych w kontakcie z tą książką zalewa fala współczucia. Inni chcieliby potrząsnąć Judem i wytłumaczyć mu, na ilu poziomach jego wizja siebie i świata jest mroczną iluzją. Ale sęk w tym, że współczucie, tłumaczenie czy nawet potrząsanie na niewiele się zda w przypadku kogoś skrzywdzonego tak głęboko i próbującego się bronić przed bólem w jedyny znany sobie sposób. Cała ta powieść jest zapisem przygnębiającej prawdy, że niektórych ran nie wyleczą żadne starania, żadna przyjaźń i żadne pokłady miłości czy cierpliwości.

20161011_095402

Wbrew pozorom to nie jest książka tylko o bólu. Bije z niej jakieś ciepło, troska, czułość. Zatrważające i trudne do uwierzenia jest nagromadzenie horrorów w życiu Jude’a, ale gdzieś z tymi ekstremalnymi doświadczeniami przeplatają się małe radości, naiwne nadzieje, sukcesy, potknięcia, rozstania i powroty. Życie toczy się dalej, nieubłaganie, stanowczo za szybko.

Czy na 800 stronach udało się autorce zamknąć kilkadziesiąt lat życia bohaterów? Poznajemy ich świeżo po studiach, rozstajemy się z nimi, kiedy są już po pięćdziesiątce. Ale gdyby Yanagihara nie przypominała mi o ich wieku czy osiągnięciach, miałabym trudności z rejestrowaniem upływu czasu. Dla mnie od początku do końca byli chłopcami, mniej lub bardziej zagubionymi w życiu – jakby mimo upływu lat nie dojrzeli ani odrobinę. Może nikt z nas tak naprawdę do końca nie dojrzewa?

Czy udało jej się powiedzieć prawdę o czymkolwiek? Historia Jude’a, a zwłaszcza jego dzieciństwo może się wydawać przesadnie przepełnione traumatycznymi incydentami. Czy to naprawdę możliwe, żeby jedna osoba doświadczyła w życiu aż tyle zła? Recenzent „London Review of Books” powątpiewał, jakim cudem w takich okolicznościach są w Małym życiu jeszcze jacyś bohaterowie, którzy nie ćpają na potęgę. Ale czy gdyby wszyscy ćpali, łatwiej byłoby uwierzyć w cały ten horror? Autorka przyznała kiedyś, że nie czerpała z doświadczeń i wypowiedzi ofiar molestowania, od początku do końca wymyśliła sobie Jude’a i jego historię. Może rzeczywiście trochę ją poniosło przy upychaniu traumatycznych zdarzeń w jego życiorysie… Ale już jego reakcjom na to wszystko nie sposób zaprzeczyć, mają w sobie psychologiczną prawdę, podobnie jak zachowania jego bliskich w kontakcie z cierpieniem ukochanej osoby.

Trudno się mówi o tej książce. Prawie tak samo, jak trudno się ją czyta. Pewnie sporo można tej książce zarzucić: długość, bohaterów, którzy nie dojrzewają, zatrzęsienie traumatycznych zdarzeń… i masę innych spraw, których nie zauważyłam, powstrzymując się od krzyku. Ale jedno trzeba Małemu życiu przyznać – ma w sobie tyle empatii, zrozumienia, emocjonalnej prawdy, że aż trudno uwierzyć, że jeden człowiek może to wszystko odczuwać… A co dopiero ubrać w tak dobrze dobrane słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.