Thor w kraju ignorantów

Mamy czwartek, Thursday, Thor’s Day, Dzień Thora, zatrzymajmy się więc może na chwilę przy tej postaci.

Filmy na podstawie komiksów Marvela dzielą się z grubsza na te słabsze, te całkiem nie najgorsze i Iron Mana. Thor na tym wymiarze zajmuje pozycję dość przyzwoitą – gdzieś pomiędzy nie najgorszymi a Iron Manem, do którego wciąż mu jednak jeszcze daleko. Jest to pozycja właściwie odrobinę zaskakująca, jeśli się weźmie pod uwagę, że reżyserią zajął się Kenneth Branagh, specjalista bynajmniej nie od komiksów, a od Szekspira. Na tym nietypowym dość połączeniu w zasadzie jednak nikt źle nie wyszedł, a sam Thor zyskał dość oryginalne rysy i iście po szekspirowsku wyeksponowane wątki władzy i relacji między ojcem a synem.

Thorze, tak jak i o innych filmach Marvela, mówi się w naszym kraju bardzo różne rzeczy. Prawdą jest, że sporo można tym produkcjom zarzucić – że nie za dobry scenariusz, że ten czy tamten film źle zagrany, że efekty specjalne nie porywają? Zdecydowanie absurdalny jest jednak zarzut, że ekranizacje komiksów Marvela są po prostu głupie, a grający superbohaterów aktorzy najzwyczajniej się sprzedają. Z całym szacunkiem, ale coś takiego powiedzieć może chyba tylko ktoś, kto nigdy nie miał w rękach komiksu i nie bardzo rozumie, o co właściwie z tym wszystkim chodzi. Nikogo o to nie winię, wszak zdobycie oryginalnego komiksu Marvela w naszym kraju graniczy z cudem, a i wiedzy o kontekście kulturowym nie mamy niemal żadnej. I na dodatek śmiemy wyzywać Amerykanów od ignorantów. Dla przeciętnego Polaka przygoda z komiksem zakończyła się gdzieś na Kajko i Kokoszu, ewentualnie na Kaczorze Donaldzie, tam też przeciętny Polak umieszcza wszystko, co rysunkowe i fantastyczne – na półce z głupimi bajkami dla dzieci. Nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby się przez chwilę zastanowić nad tym, jaką rolę w kulturze amerykańskiej odgrywają te „głupie bajki” ani nad tym, że możliwość sportretowania uwielbianego Kapitana Ameryki czy Iron Mana to dla aktora tak naprawdę pewnego rodzaju zaszczyt i wyróżnienie.

Wracając jednak do Thora – pozwólcie, że przemilczę jego niedociągnięcia, wytykanie błędów kłóci się bowiem z nastrojem zaciekłego obrońcy, w który chyba właśnie wpadłam. Poza tym, nie chciałabym oberwać młotem. Powiem za to, co jest w nim najlepsze, a będzie to Thor we własnej osobie. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by nordyckiego boga zagrał Australijczyk, była to jednak decyzja zadziwiająco trafna. Chris Hemsworth świetnie się w tej postaci odnalazł, z młotem i piorunami całkiem mu do twarzy, a co najważniejsze, udało mu się uniknąć pewnej sztuczności i plastikowości, o którą nietrudno przecież, kiedy się gra twardego faceta z idealnie wyrzeźbioną klatą. O dziwo, punktem jeszcze jaśniejszym w tym boskim gwiazdozbiorze okazała się postać Lokiego, świetnie zagrana przez Toma Hiddlestona. Rzadko kiedy mamy okazję oglądać czarny charakter, który byłby tak psychologicznie wiarygodny i subtelnie dopracowany jak Loki.

Tym, co mnie jednak w warstwie aktorskiej rozczarowuje, jest Natalie Portman, a może raczej rola, jaką dla niej napisano. Muszę o tym wspomnieć, kobiety w komiksach są bowiem moją małą obsesją, odkąd jako dzieciak – oglądając namiętnie animowane seriale o X-menach i Spidermanie – swoją życiową ambicją uczyniłam zostanie dziewczyną superbohatera. Na ogół, dziewczyny superbohaterów są w filmach Marvela całkiem nieźle dobrane do swoich partnerów – wystarczy wspomnieć delikatną i milczącą Liv Tyler jako dziewczynę rozwalającego wszystko Hulka czy zorganizowaną jak w zegarku panikarę w wykonaniu Gwyneth Paltrow partnerującej Iron Manowi. Postać zagrana przez Natalie Portman jest natomiast dość nijaka i nijak też ma się do Thora, ani przez kontrast, ani przez dopełnienie, zwyczajnie nijak. A szkoda, bo takiemu mężczyźnie można by dopisać całkiem interesującą postać kobiecą.

O wybrankach superbohaterów porozmawiamy sobie jednak innym razem, zapewne przy okazji zachwytu moją wyczekaną koszulką z Iron Manem, która – mam nadzieję – kiedyś do mnie w końcu dotrze. Na dziś to by było na tyle, udanego świętowania czwartku. Happy Thor’s Day!

1 Comment

  • Zgadzam się chyba z każdym słowem w tej recenzji. Uwielbiam Marvela, a „Thora” dażę dużą sympatią. Postacie Thora i Lokiego są doskonale stworzone, a Natalie Portman zwyczajnie w filmie zawodzi.
    A tak swoją drogą – świetny blog 🙂
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.