Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Potwory, ludzie i oczekiwania: Wiedźmin od Netflixa

Powiedzmy to sobie szczerze i z góry – nikt i nic nie jest i pewnie nigdy nie będzie w stanie dorównać temu wiedźminowi, którego od dobrych kilkunastu lat wyjątkowo czule pielęgnuję w swojej głowie. Takie już prawo (i przekleństwo) długoletniej fanki z dość emocjonalnym podejściem do książek przeczytanych w cokolwiek formacyjnym i podatnym na wpływy okresie życia… Ale to nie znaczy, że nie czekam na kolejne próby i kolejnych wiedźminów gotowych z tym moim wiedźminem stanąć w szranki. I oto proszę – Wiedźmin od Netflixa wystawia do walki całkiem godnego przeciwnika.

Gdzie leży Rivia, czyli na czym bazuje serial Wiedźmin

Zgodnie z zapowiedziami twórców Wiedźmin czerpie przede wszystkim z opowiadań Sapkowskiego – najmocniej z tomu Ostatnie życzenie, choć sięga też po ważne motywy z Miecza przeznaczenia. Znajdziemy tu więc wiele z najbardziej ikonicznych scen – od rzezi w Blaviken, przez walkę ze strzygą, po ucztę w Cintrze. Serial ma też trochę podobną „opowiadaniową” konstrukcję, przygody Geralta w poszczególnych odcinkach są od siebie w miarę niezależne i rozgrywają się w różnych płaszczyznach czasowych. Co w połączeniu z faktem, że większość bohaterów na przestrzeni lat niespecjalnie się starzeje, dla zupełnie świeżego widza może być chyba początkowo trochę dezorientujące i chaotyczne. Ale tak, jak w Ostatnim życzeniu całość opowiadań spajały sceny ze świątyni Melitele, tak w serialu tę rolę przejmują wątki Ciri i Yennefer – to one prowadzone są najbardziej liniowo, angażują widza i w pewien sposób porządkują całą resztę wydarzeń. A jest co porządkować, bo wielokrotnie skaczemy tutaj między wydarzeniami rozgrywającymi się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Co w zależności od tego, jak widz radzi sobie z nieliniową narracją, może być zarówno zaletą, jak i wadą serialu.

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Ile jest wiedźmina w wiedźminie, czyli o bohaterach

Nie da się ukryć, że tym, co najbardziej fanów elektryzuje, jest obsada i to, na ile dobrze aktorzy odnaleźli się w swoich postaciach. Nie da się też ukryć, że miałam względem tego spore obawy, zwłaszcza w odniesieniu do Henry’ego Cavilla, który ze swoją urodą Supermana jakoś niezbyt pasował mi do bohatera łączącego niespecjalnie wyjściową aparycję z zaskakująco silnym magnetyzmem i seksapilem. I to bohatera, w którym jestem zakochana, odkąd pierwszy raz sięgnęłam po książkę. Po zarwaniu nocy z netflixowym Wiedźminem z pewnym bólem serca stwierdzam, że zaklinanie rzeczywistości nie pomogło i niestety nie jestem zakochana w Geralcie Henry’ego Cavilla… Co nie znaczy jednak, że Cavill nie odnajduje się w swojej roli. Nie jest najmocniejszym punktem obsady – ale jest wiedźminem solidnym, fenomenalnie robiącym mieczem, komicznie mrukliwym (i to w bardzo pozytywnym sensie!) i na tyle oszczędnym w wyrażaniu emocji, że całkiem wiernie udaje mu się oddać klimat tej postaci. Jednocześnie jest w nim coś mocno intensywnego – intensywny to słowo, które jako pierwsze przyszło mi do głowy, i z tą intensywnością musiałam się chwilę oswajać… Ale im dalej w las wiedźmińskich przygód, tym lepiej to wypada i staje się coraz bardziej naturalne. Na pewno zaś widać, że Henry Geralta lubi i rozumie – i to mu się jak najbardziej chwali. Kto wie, może jeszcze kiedyś na jego widok drgnie me płochliwe niewieście serduszko.

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Prawdziwą perełką w obsadzie jest za to Joey Batey w roli Jaskra. Idealnie udaje mu się uchwycić naturę bohatera, który „ma lat blisko czterdzieści, wygląda na trzydzieści, wyobraża sobie, że ma dwadzieścia, a postępuje, jakby miał dziesięć”. Jaskier ze swoją niesamowitą charyzmą kradnie absolutnie każdą scenę, w której się pojawia, i w urokliwy sposób wprowadza do serialu sporą dawkę poczucia humoru. Jest trochę jak Osioł ze Shreka (a Geralt partneruje mu trochę jak Shrek Osłu), ale przy tym udaje mu się to wszystko uchwycić z jakąś autentycznością, ani przez chwilę nie balansując na granicy karykatury. Chwilami bard puszcza też oczko do widza, trochę jakby stanowiąc meta-komentarz do tego, co dzieje się na ekranie – a tym momentem, w którym Jaskier otwarcie stwierdza, że właśnie znowu zapodał w dialogach sporą dawkę ekspozycji, serial kupił mnie na dobre niezależnie od wszystkiego, co by się miało wydarzyć potem. Plus: spróbujcie nie podśpiewywać piosenki z drugiego odcinka, no nie da się!

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Świetnie radzi sobie też Anya Chalotra w roli Yennefer – i to zarówno, kiedy gra tę potężną, wyrachowaną i zarozumiałą czarodziejkę, którą znamy z opowiadań, jak i wtedy, gdy zaglądamy w przeszłość bohaterki i widzimy pogardzaną, niepewną dziewczynę, która niczego tak nie pragnie, jak wreszcie zostać przez kogoś dostrzeżoną. Ładnie udaje się serialowi pokazać tę drogę zdobywania władzy nad sobą i otoczeniem, dzięki czemu łatwiej jest nam zrozumieć tę postać nie tylko przez pryzmat relacji z Geraltem, ale też jako samodzielną osobę. Zdecydowanie na plus można zaliczyć też Freyę Allan w roli Ciri – i to nie tylko dlatego, że bardzo jej pomaga uroda zagubionego elfiątka. Choć przepisano tę postać tak, by była wyraźnie starsza niż w książkach, udało jej się przemycić kilka momentów, w których wyraźnie widzimy, że to jednak wciąż jest jeszcze dziecko.

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Na dalszym planie bywa różnie. Królowa Calanthe jest fantastyczna i jeszcze bardziej zadziorna niż w opowiadaniach. Wystudiowana Tissaia de Vries robi mocne wrażenie nie tylko na młodych adeptkach sztuki magicznej. Triss Merigold ma w sobie jakiś młodzieńczy urok, choć nie wiem, czy przekonuje mnie ta postać – może jeśli z czasem dostanie więcej miejsca, będzie jeszcze miała na to szansę. Nie mogę powiedzieć, żeby szczególnie pozytywne wrażenie zrobiły na mnie elfy… Może dlatego, że w mojej głowie elfy są jak u Tolkiena – piękne i dostojne. Tu dostajemy elfy… zupełnie zwyczajne, niespecjalnie urodziwe, ale może fabularnie ma to sens, zważywszy na to, w jakich warunkach przyszło im żyć i do jakiej roli zostały zepchnięte w społeczeństwie. Driady też są trochę nie z mojej bajki, bardziej niż ulotne, dzikie istoty zamieszkujące magiczny las (znów mam przed oczami Tolkiena i Lothlorien), przypominają jakąś grupę niedobitków z amazońskich plemion – co być może jednak było zamierzone i miało posłużyć za metaforę współczesnego świata. Może i nawet potrzebną.

Wiedźmin jaki jest, każdy widzi, czyli o stronie technicznej i wizualnej

Jest w tym serialu kilka rzeczy, które prezentują się fenomenalnie – i przede wszystkim są to walki Geralta z potworami i przeciwnikami, tak jeden na jeden, jak i w układzie „kupą na wiedźmina”. Henry Cavill w duecie z choreografem Vladimirem Furdikiem dali nam pod tym względem wiedźmina, który wprost wybornie robi mieczem. Równie pięknie wygląda magia i wszystkie związane z nią efekty specjalne. Potwory i magiczne stworzenia prezentują się też w większości bardzo przyzwoicie i, jakkolwiek to brzmi, namacalnie – często widać, że nie są wytworem komputera tylko w dużej mierze efektem pracy rąk ludzkich. Co prawda życzyłabym sobie nieco piękniejszego smoka, żeby kluczowe w kontekście tej historii zdanie nie zostało zredukowane z puenty do roli jednorazowego żartu… Ale co zrobić, nie można mieć wszystkiego.

Wygląd i charakteryzacja głównych bohaterów daje radę – co prawda okazuje się, że urody Cavilla nie da się ukryć pod żadną warstwą blizn, błota ani krwi, ale ostatecznie zbyt ładny wiedźmin wcale w oczy nie kole. Gdybym miała się bardzo czepiać, to pewnie trochę bardziej ubłociłabym mieściny i wioski, ale czepiać się nie będę – bo Wiedźmin wizualnie wygląda naprawdę całkiem przyzwoicie, kiedy już człowiek przestanie się czepiać projektu nilfgaardzkich zbroi. Serial brzmi za to dużo więcej niż przyzwoicie, bo muzykę ma świetną i przede wszystkim nieoczywistą – niektórych dźwięków czy stylu, w jakim Jaskier śpiewa fragmenty swoich ballad, prawdopodobnie nie spodziewalibyśmy się w świecie bądź co bądź inspirowanym średniowieczem, a jednak jakoś do niego pasują.

Wiedźmin vs Wiedźmin, czyli co z materiałem źródłowym

Pamiętacie, jak w przypadku Gry o Tron trochę się podśmiewaliśmy, że dopóki scenarzyści mieli oparcie w książkach, wszystko w serialu chodziło jak w zegarku, a gdy nagle fabuła wyprzedziła powieści i skończył im się materiał źródłowy, z serialem zaczęły się dziać straszne i niestworzone rzeczy? Wiedźmin nie ma tego problemu. Można by się jednak zastanawiać, czy nie ma problemu zgoła przeciwnego.

Paradoksalnie najsolidniej wypadają właśnie te wątki, które dopisano praktycznie od zera – jak choćby nakreślenie pochodzenia i przeszłości Yennefer. Z przenoszeniem ikonicznych opowiadań Sapkowskiego na ekran bywa z kolei raz lepiej, raz gorzej… i rzadko wybitnie. To normalne, że przy adaptowaniu prozy dokonuje się skrótów fabularnych… Ale w przypadku niektórych przygód Geralta skróty te poszły trochę za daleko, a w przypadku innych – wypadło ze scenariusza trochę nie to, co trzeba. A tym samym motywacje bohaterów i stosunek wiedźmina do nich często nie wybrzmiewają tak, jak mogłyby wybrzmieć. I chyba najlepszą ilustracją obu problemów są motywy z Krańca świata, które tutaj sprowadzają się właściwie do tego, że Geralt dwa razy obrywa po głowie i w dość nadęty sposób kłóci się z elfami – a to, co w tym opowiadaniu było najbardziej poruszające, umyka gdzieś w filozoficznych dywagacjach, o których zaraz zapomnimy… zwłaszcza, że Jaskier skutecznie przykryje je wyjątkowo chwytliwą balladą. Dla kogoś, kto ma te wszystkie opowiadania od lat wdrukowane gdzieś z tyłu głowy, nie stanowi to aż takiego dużego problemu w odbiorze serialu – ale czy i na ile dostrzegłabym w tych opowieściach coś wyjątkowego, gdybym stykała się z nimi po raz pierwszy w netflixowym serialu? Nie mam pojęcia.

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

To, co zniknęło, to też charakterystyczne mrugnięcia okiem, które Sapkowski tak ochoczo przemycał w swoich tekstach. Siedem gnomów, zatrute jabłko, gadające zwierciadło – te przepisywane na nowo motywy z tradycyjnych europejskich baśni w serialu się nie pojawiają, trudno powiedzieć, czy dlatego, by nie odbierać opowieści powagi, czy zabrakło na takie smaczki miejsca, czy też może scenarzystów po prostu takie rzeczy nie bawią w równym stopniu, jak mnie… Ale trochę ich szkoda.

Zanim się jednak zmartwicie – to dalej jest całkiem wierna adaptacja i widać, że twórcy mocno sięgali do książek, bo powyciągali z nich różne szczegóły i szczególiki, a w warstwie dialogowej bohaterowie często mówią tekstami wprost z opowiadań. Polecam zwłaszcza oglądać z polskimi napisami, bo tłumaczka wykonała tu kawał świetnej roboty, mocno opierając się na książkach Sapkowskiego.

Serial pozwala sobie na dopowiedzenie wielu rzeczy, które w książkach zostały skwitowane zaledwie kilkoma zdaniami – i to jak najbardziej można zaliczyć na plus. Poza wspomnianym już tłem dla postaci Yennefer zobaczymy tu między innymi bitwę o Sodden i więcej zakulisowej kontynentalnej polityki, która w książkach wkracza dopiero na późniejszym etapie. Przyjrzymy się też bliżej temu, co Ciri przeszła po ucieczce z płonącej Cintry.

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Oczywiście jak w każdej adaptacji poza wycinaniem i dopowiadaniem pojawiają się też pewne zmiany fabularne w stosunku do materiału źródłowego. Część z nich wydaje się sensowna i pragmatycznie uzasadniona, kiedy na przykład twórcom ewidentnie zależy, żeby szybko wprowadzić ikoniczne postaci, które w opowiadaniach są na razie wspomniane co najwyżej z nazwiska i na większą rolę musiałyby jeszcze trochę poczekać. Albo kiedy przygoda, która w książce zaczyna się jako efekt przypadku, tutaj wynika z bardziej świadomych działań mających nam coś powiedzieć o wewnętrznych rozterkach bohatera. Inne mają nieco uprościć pewne intrygi i zredukować ilość bohaterów na ekranie. Jeszcze inne zmiany podyktowane są choćby tym, że Ciri jest w serialu wyraźnie starsza niż w książkach, co samo w sobie jest już dla niektórych problematyczne i odbiera tej postaci trochę dziecięcego uroku – ale biorąc pod uwagę to, co Sapkowski napisał dla niej w kolejnych tomach, może i jest uzasadnione. Ale są i takie zmiany, które (przynajmniej w pierwszym kontakcie z serialem) nie wydają się potrzebne i nie za wiele wnoszą, a czasem wręcz gmatwają obraz sytuacji albo rozmywają przesłanie.

Powodzenia na szlaku, czyli spojrzenie w przyszłość

W ogólnym rozrachunku Wiedźmin jest serialem dosyć nierównym – obok scen i rozwiązań świetnych zdarzają się i wyraźnie słabsze. Podobnie jest z kreacjami poszczególnych postaci. Trochę też widać, że twórcy próbują tutaj iść szeroką ławą i zjednać sobie jak największą publiczność, zadowolić fanatycznych fanów książek, puścić oko do zapalonych graczy i złapać w swoje sidła widzów, którzy nigdy wcześniej o wiedźminie i Sapkowskim nie słyszeli. Co z jednej strony sprawia, że Wiedźmin próbuje być uniwersalny – ale z drugiej jest też trochę stąpaniem po grząskim gruncie, bo w końcu dobrze wiemy, jak kończą się próby zadowolenia wszystkich naraz…

Kadr z serialu <em>Wiedźmin</em>, 2019.
Kadr z serialu Wiedźmin, 2019.

Warto chyba jednak brać poprawkę na to, że cały ten sezon jest tak naprawdę tylko wprowadzeniem w świat wiedźmina, ma nam przedstawić poszczególnych bohaterów, zarysować relacje między nimi, nakreślić tło i świat przedstawiony. Co zresztą twórcy zdają się dość świadomie podkreślać przy pomocy poszczególnych symboli, które widzimy na początku każdego odcinka – i które w odcinku finałowym ostatecznie stapiają się w jeden, tak jak i zaczynają się ze sobą przeplatać poszczególne wątki i ścieżki bohaterów.

Czy jest to sezon perfekcyjny? Nie. Zwłaszcza przy kosmicznie napompowanych oczekiwaniach w Polsce, o moich własnych nie wspominając. Ma swoje problemy i niedociągnięcia, mam wrażenie, że bez znajomości książek może być nieco trudno w niego wejść… Ale jest też obiecujący i z każdym odcinkiem coraz bardziej się rozkręca. Ma w sobie sporo mocnych elementów, a twórcy mają do dyspozycji jeszcze bardzo dużo mocnego materiału w kolejnych tomach wiedźmińskiego cyklu. I jeśli tylko dobrze to wszystko wykorzystają, Wiedźmin może nas zabrać w iście godną ballady przygodę.


PS Jak widać, mam o Wiedźminie do powiedzenia całkiem sporo – i trochę mnie kuszą bardziej szczegółowe analizy poszczególnych odcinków… Życzcie mi więc powodzenia na szlaku, bo wedle wszystkich znaków na niebie i ziemi prawdopodobnie zabiorę się za serial jeszcze raz, tym razem w mniejszych dawkach i z książką w ręku. Efekty niebawem, jeśli Melitele będzie łaskawa!

3 komentarze

  • A ja się w serialowym Geralcue zakochałam 😉 natomiast Ciri mnie nie przekonuje, niestety. Yennefer super, podoba mi się bardzo, że została przedstawiona jej młodość. Bardzo chętnie poczytam opinie o poszczególnych odcinkach! Skończę pewnie serial w ten weekend i będę szukała wszelkich sposobów, aby jeszcze trochę pozostać w tym świecie 🙂

  • Z większością się zgadzam, ale z dwiema opiniami, po prostu nie mogę.
    1. Calanthe. Twórcy serialu zmasakrowali tę postać. Z twardej, trochę zarozumiałej, ale jednak praktycznej kobiety zrobili zapalczywą prostaczkę (to jak chleje i obraża nilfgardzkich posłów).

    2. Elfy. U Sapkowskiego elfy to nie tolkienowskie pięnko i monumentalizm. Elfy na Kontynencie to toczka w toczkę Indianie. Pobici, zdziesìatkowani, wygnani ze swych wspaniałych siedzib w lasy i góry. Żyjący w rezerwatach, z dnia na dzień, upodleni, straceńcy. No chyba, że są w stanie się zasymilować i udawać ludzi.
    I dokładnie takich Elfów pokazuje ten serial.

  • Czekałam na Twoją opinię i trzymam kciuki za analizę poszczególnych odcinków – chętnie poczytam 🙂 Sama na razie obejrzałam dopiero dwa odcinki, więc nie chcę się wypowiadać na temat całości. Ale „Grosza daj wiedźminowi” absolutnie uzależnia 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.