Mieć i nie mieć – dlaczego nie rozumiemy, czym są zmiany

by Mila

Początek września to – zaraz obok 1 stycznia i nadejścia wiosny – czas, w którym często myślimy o zmianach, snujemy plany i robimy sobie rozmaite postanowienia na przyszłość. Być może to fakt, że wyraźnie zmieniają się pory roku, a może jakaś pozostałość po szkolnych latach. Koniec wakacji to w końcu taki moment, kiedy czas wreszcie zabrać się do pracy… wielu z nas ma takie poczucie, nawet jeśli zdecydowaną większość „wakacji” i tak spędziliśmy w biurze.

We wrześniu wielu z nas mniej lub bardziej otwarcie robi sobie więc nowe postanowienia. Że chcemy więcej pracować i więcej osiągnąć. Albo odwrotnie – mieć więcej wolnego czasu. A już najlepiej jedno i drugie jednocześnie. Że chcemy się lepiej odżywiać, zapisać się na siłownię, spędzać więcej czasu z rodziną i przyjaciółmi, znaleźć miłość, schudnąć, zrobić wreszcie porządek w tej szafie na graty, z której wszystko się już wysypuje… Obok Nowego Roku i początku wiosny, wrzesień to najlepszy okres sprzedaży w branży poradnikowej. Wiecie, skoro już chcemy zmian, to szukamy najpierw informacji, jak to zrobić. Jak lepiej zorganizować sobie czas, jak być bardziej produktywnym, jak zadbać o zdrowie, jak schudnąć, jak poznać przystojnego milionera i jak zmienić swoje życie o 180 stopni. Zaczynamy od zaopatrzenia się w poradniki, bo to nam daje poczucie, że już coś zrobiliśmy w kierunku zmian.

Cel: pisać więcej i lepiej!

Problem w tym, że tak samo jak w przypadku Nowego Roku i początku wiosny, wrześniowy zapał też bardzo szybko kończy się listą niezrealizowanych planów i poczuciem winy, że znowu się nie udało. Że stoimy w miejscu. I że nawet nie mieliśmy czasu się zastanowić, jak z tego miejsca ruszyć. Możecie mi wierzyć, wiem, co mówię. Funduję sobie takie minirozczarowania w każdy weekend. W piątek spisuję listę wszystkich rzeczy, które chcę w tym „wolnym” czasie zrobić dla siebie, swojego zdrowia, rozwoju, ścieżki zawodowej, bloga… a potem nagle jest niedziela wieczór, a ja dalej jestem w połowie tej listy. Co prawdopodobnie dowodzi, że jestem beznadziejna w planowaniu… ale też, że ludzki organizm ma jakieś granice możliwości.

Największy problem, jaki mamy z wprowadzaniem zmian w swoim życiu, jest taki, że po prostu chcielibyśmy mieć wszystko naraz. Schudnąć i opychać się chipsami. Dostać awans i spędzać mniej czasu w pracy. Mieć kupę kasy i wylegiwać się na kanapie. Wcisnąć w grafik 10 nowych dodatkowych zajęć, nie rezygnując z ani jednej z rzeczy, które rozsadzają go już teraz. A tego się po prostu nie da zrobić. Kiedy ostatni raz sprawdzałam, doba dalej miała tylko 24 godziny, a tydzień tylko 7 dni.

Ludzie, którzy twierdzą, że możesz mieć wszystko (o ile nie są wyjątkami pokroju gwiazd rocka), są albo naiwni, albo nieuczciwi, albo od 20 lat śpią tylko po 3 godziny na dobę. Co w zasadzie oznacza, że też nie mają wszystkiego, bo ich organizm raczej nie jest z tego zadowolony.

W związku z tym, że mamy bardzo ograniczoną ilość czasu, życie polega niestety na ciągłym wybieraniu. Żeby coś mieć, musimy zrezygnować z czegoś innego. Wciśnięcie w nasze i tak już przeładowane i zbyt szybko pędzące tygodnie paru nowych punktów programu może się okazać niemożliwe, jeśli czegoś z nich najpierw nie wykreślimy. Ale my nie lubimy wykreślać. A czasem mamy wręcz poczucie, że nam nie wolno.

Ja na przykład zastanawiam się właśnie nad powrotem na zajęcia z hebrajskiego. Fajnie by było robić w tygodniu chociaż jedną rzecz, która nie ma żadnego związku z pracą, blogiem ani niczym, co normalnie wypełnia mój grafik. Równocześnie też chciałabym mieć parę godzin więcej na odpoczynek. Albo chociaż na czytanie. Ale problem w tym, że mój grafik już teraz jest przepełniony. Próbuję jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko, ale świat tak nie działa. Musiałabym z czegoś zrezygnować. Może z zajęć językowych – miałoby to sens, zważywszy, że przez całe lato nie znalazłam nawet pół godziny, żeby nadrobić opuszczone czerwcowe zajęcia. Ale to oznaczałoby, że się poddałam i że się nie rozwijam. Może zrezygnować ze snu – ale przy tym, że już teraz każdego ranka zaczynam dzień od paru wulgarnych słów pod adresem budzika, to chyba dosyć naiwny plan. Może zmniejszyć ilość tekstów na blogu – ale wtedy będę miała poczucie, że blog stoi w miejscu. Może w takim razie zrezygnować z kilku „nadmiarowych” godzin pracy – ale co na to powie mój stan konta? Może z paru odcinków seriali – ale o czym wtedy będę pisać na blogu? Proszę bardzo, oto powód, dla którego wszyscy tkwimy w miejscu, mimo że zasuwamy jak szaleni. Marzy nam się mieć wszystko naraz.

Co nam zostało? Czas na sen czy na hobby?

A tymczasem jakiekolwiek zmiany należałoby zacząć od brutalnie szczerej rozmowy z samym sobą o najważniejszych dla nas wartościach. Czy chcemy się ambitnie piąć po szczeblach kariery, spędzać dużo czasu z rodziną, być piękni i wysportowani, oddawać się przyjemnościom, gromadzić pieniądze i przedmioty, podróżować… i ile z tego w ogóle nam się udaje. Wszystko się na pewno nie uda – przynajmniej nie wszystko udać się może w takim zakresie, jaki nam się marzy. Dlatego czas szczerze porozmyślać trochę o swoich priorytetach. Tylko tak zupełnie szczerze. I o WŁASNYCH wartościach, a nie priorytetach szefa, grupy rówieśniczej czy cioci Zosi, która koniecznie chce dożyć twojego wesela. A potem może i z bólem serca, ale stanowczo – powykreślać z grafiku trochę tego, co wiąże się z najmniej pilnymi czy najmniej „twoimi” wartościami, a podopisywać nieco więcej naprawdę ważnych spraw. Nawet, jeśli te ważne sprawy to miałoby być niczym niezakłócone 15 minut relaksu przy herbacie. Brzmi banalnie prosto, ale w praktyce wielu z nas może się to wydawać równie trudne, co rzucenie wszystkiego w cholerę i przeprowadzka w Bieszczady, by hodować pszczoły i doglądać wschodzącej marchewki. W końcu w ciągu tych 15 minut na herbatę można by (wypadałoby? trzeba by?) zrobić tyle innych rzeczy…! Zmiany, nawet te niewielkie, zawsze wymagają odwagi. A niestety także i poświęceń.

Mieć coś – znaczy nie mieć czegoś innego. I to jest cała brutalna rewolucja myślowa, którą musimy przeprowadzić, zanim zaczniemy zmieniać swoje życie.

Przeczytaj także:

1 komentarz

Zielona Małpa 8 września 2017 - 09:31

Dlatego zmiany lubię zaczynać od zaraz (o ile się akurat da). Inaczej mija zapał. A jak już się zacznie, łatwiej zrobić coś drugi raz, a potem trzeci i w końcu to coś staje się nawykiem.
Warto też przesiać swoje cele przez sito i zobaczyć, czy naprawdę na wszystkich nam zależy.

Odpowiedz

Skomentuj

Ta strona wykorzystuje pliki COOKIES zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Dowiedz się więcej.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close