Kadr z filmu Last Christmas, reż. Paul Feig, 2019.
Kadr z filmu Last Christmas, reż. Paul Feig, 2019.

Last Christmas – niespodzianka wśród świątecznych filmów

Jest grudzień, więc w kinach hulają świąteczne filmy z naciskiem na komedie romantyczne – a wśród nich Last Christmas z Emilią Clarke w roli głównej i soundtrackiem (wcale nie aż tak bardzo) wypchanym piosenkami George’a Michaela. Będę z wami szczera. Last Christmas to nie jest wybitny film. To nie jest nawet film bardzo dobry, choć jego oceny dość po równo dzielą się na te celujące i te niedostateczne. Jeśli więc wyciągniemy średnią, to jest film tak gdzieś na trójkę z plusem – i to się zgadza z moimi odczuciami. Ale nawet jeśli pod względem filmowego kunsztu i na tle innych brytyjskich komedii romantycznych to nie jest wybitne dzieło, nie będę się pastwić nad potknięciami scenariusza ani brakiem chemii między bohaterami. Zamiast tego opowiem wam o tym, co mi się w tym filmie spodobało. Bo niezmiernie mi się podoba, że to jest film z dużymi ambicjami – i nawet jeśli próba ich realizacji nie dała spektakularnego efektu i nie wszędzie w stu procentach się powiodła, to należy te ambicje odnotować i pochwalić dobre chęci. A może nawet dać czwórkę na zachętę.

Last Christmas to film o pechowej i dość nieogarniętej dziewczynie z problemami, która pracuje w urokliwym sklepiku ze świątecznymi ozdobami. Jak przystało na komedię romantyczną, dziewczyna w pewnym momencie poznaje chłopaka – i w tym momencie jej życie zaczyna się zmieniać. Ale zupełnie nie w sposób, jakiego byście się spodziewali. Bo chociaż Last Christmas skonstruowane jest jak typowa świąteczna komedia romantyczna i nawet wzorem brytyjskich klasyków gatunku zaczyna się w kościele i kończy koncertem z wielkim świątecznym hitem – tak naprawdę to nie jest żadna komedia romantyczna. A już na pewno nie o typowym wzorcu miłości, w którym chłopak poznaje dziewczynę, a na końcu jest ślub albo przynajmniej spektakularny pocałunek.

Kadr z filmu <em>Last Christmas</em>, reż. Paul Feig, 2019.
Kadr z filmu Last Christmas, reż. Paul Feig, 2019.

Jeśli jakiś rodzaj relacji miał być tutaj poddany bliższej obserwacji, to nie był to związek romantyczny, a raczej coś, co Emma Watson mogłaby nazwać swoim słynnym już określeniem self-partnered. To ta jedyna, niepowtarzalna, nierozerwalna i naprawdę trwająca całe życie relacja z samym sobą. Ta relacja chyba najtrudniejsza ze wszystkich, ale i na dłuższą metę najbardziej satysfakcjonująca. Nie chodzi tu o żadne śluby czystości czy skazywanie się na życie w pustelni – ale raczej o uznanie tego, że osobą, z którą spędzimy w życiu najwięcej czasu, jesteśmy my sami. I choćby z czystego pragmatyzmu dobrze by było umieć o tę relację z samym sobą zadbać.

Szczere dogadanie się z samym sobą i wypracowanie z samym sobą związku opartego na akceptacji, cierpliwości, dbaniu o siebie i dążeniu do rozwoju to nie jest łatwa sprawa. Prawdopodobnie dlatego tak niewielu z nas, o bohaterach komedii romantycznych już nawet nie wspominając, poświęca tej relacji jakąkolwiek uwagę – zazwyczaj źródeł szczęścia, spokoju i miłości upatrujemy raczej na zewnątrz w różnych przystojnych nieznajomych. I dlatego tak wielu z nas, tak jak bohaterka Last Christmas na początku filmu, miota się w swoim życiu, zupełnie nie mogąc sobie w nim znaleźć miejsca. Droga, którą przejdzie ta dziewczyna, nie zaprowadzi jej przed ołtarz – a do wewnętrznego spokoju, pogodzenia się z samą sobą i znalezienia dla siebie jakiejś nadziei. A to są rzeczy, których naprawdę nie da się przecenić.

Kadr z filmu <em>Last Christmas</em>, reż. Paul Feig, 2019.
Kadr z filmu Last Christmas, reż. Paul Feig, 2019.

W tym kontekście film też bardzo wyraźnie mówi nam, że wyjątkowość, tak chętnie lansowana przez filmy o miłości, jest przereklamowana. Że bycie po prostu sobą, i to takim nie do końca jeszcze zdefiniowanym, tylko wciąż siebie szukającym i zmieniającym się w czasie, jest czymś naturalnym, dobrym i dającym miejsce do rozwoju. Że czasem zupełnie bez sensu próbujemy się z góry zdefiniować albo wstydzimy się tego, że wystajemy poza arbitralnie wymyślone przez kogoś normy – zamiast zaakceptować, że po pierwsze to nasza własna normalność jest ważna, a po drugie jesteśmy cały czas jeszcze nieukończonym dziełem, do którego wciąż można coś dopisać, domalować, poprawić. Czy gdzieś pomiędzy nieco kulawym scenariuszem i żartami, które nie do końca siadły, to wszystko wybrzmiało w filmie wystarczająco wyraźnie, by przemówić do wszystkich widzów? Nie wiem. Ale widać, że Last Christmas miał tu ambicję powiedzieć nam coś ważnego i (kiedy ostatnio widzieliście to w komedii romantycznej?) zmusić bohaterkę do jakiejś głębszej refleksji nad sobą samą.

Drugą godną podziwu ambicją tego filmu jest nieuciekanie od trudnych tematów. Bo kiedy ostatnio w świątecznej komedii romantycznej słyszeliście o wojnie, KGB, morderstwach i konieczności uciekania z własnego kraju? Główna bohaterka całe lata temu wraz z rodziną trafiła do Wielkiej Brytanii jako uchodźczyni z ogarniętych wojną terenów Jugosławii. I ta trauma cały czas gdzieś ciągnie się za rodziną. Ojca od lat nie stać na uzyskanie w nowym kraju uprawnień do wykonywania zawodu prawnika, więc jeździ taksówką. Matka od lat nie wyszła z depresji i cały czas miota się między nadopiekuńczością, lękami i rosnącym przeświadczeniem, że Brexit to tylko wstęp do tego, by znów sąsiedzi obrócili się przeciwko niej i jej rodzinie, zagrażając ich życiu. Główna bohaterka najwyraźniej wstydzi się swojego pochodzenia i chce wtopić w otoczenie, uparcie poprawiając wszystkich, że ma na imię Kate, a nie Katarina. Z kolei jej siostra, w dobrze znanym milionom imigranckich dzieci stylu, skupia w sobie wszystkie nadzieje i ambicje rodziców, realizując je niejako zastępczo za nich i często rezygnując przy tym ze swoich własnych pragnień.

Kadr z filmu <em>Last Christmas</em>, reż. Paul Feig, 2019.
Kadr z filmu Last Christmas, reż. Paul Feig, 2019.

Nie mogę powiedzieć, żeby ten imigrancki wątek był rozegrany bezbłędnie, bo niekiedy zdarza mu się balansować na cienkiej granicy żartu i karykatury – zwłaszcza w przypadku matki bohaterki granej tutaj przez usiłującą mówić mieszaniną chorwackiego i łamanej angielszczyzny Emmę Thompson. Wiecie, ja uwielbiam Emmę Thompson, ale w mojej głowie ona jest tak bardzo brytyjska, że strasznie trudno kupić mi tę postać. Ale sam fakt, że w dosyć jednak naturalny sposób udało się zbudować bohaterce skomplikowaną rodzinną historię i wpleść w to aktualne lęki wielu mieszkańców Wielkiej Brytanii, zasługuje na odnotowanie. Zwłaszcza, że zostało to zrobione w taki sposób, by temat gdzieś wybrzmiał, a jednocześnie nie położył się cieniem na magicznej i rozświetlonej lampkami atmosferze przyjemnego świątecznego filmu.

To zresztą nie jest jedyny poważny temat w filmie – rodzina bohaterki nie tylko umiejscawia ją w konkretnym społecznym kontekście i czasem jest źródłem żartów, ale też jest pokręcona i trudna w sposób, który trochę jednak wymyka się zwyczajowym lekkim ramom świątecznych filmów. Pełno tutaj wzajemnych żalów i dość celnych (nawet jeśli niekiedy topornie na ekranie podanych) diagnoz różnych psychologicznych zawiłości, które nieźle między bohaterami przez lata namieszały. Znajdziemy w tym filmie też bezdomność, śmierć, ksenofobię, poważną chorobę, przeszczep serca – i choć czasem te wątki są potraktowane dość powierzchownie, to jednak są, coś próbują zaznaczyć, może oswoić temat, zrobić dla siebie miejsce w tych ciepłych, rozświetlonych opowieściach, którymi ku pokrzepieniu serc karmimy się przy choince w tym świątecznym czasie, który teoretycznie powinien nas uczynić lepszymi ludźmi.

Kadr z filmu <em>Last Christmas</em>, reż. Paul Feig, 2019.
Kadr z filmu Last Christmas, reż. Paul Feig, 2019.

Trzecią ambicją tego filmu wydaje się być reprezentacja różnych grup społecznych. Namalowany tu Londyn to istna mieszanka rozmaitych korzeni i życiowych doświadczeń. Możemy się oczywiście przyczepić, że w rolach członków teoretycznie chorwackiej rodziny obsadzono trzy rodowite Brytyjki i tylko jednego aktora pochodzącego rzeczywiście z tamtych terenów… I może warto byłoby się do tego przyczepić. Ale w ogólnym rozrachunku Last Christmas jest różnorodne jak sam prawdziwy Londyn. Obok typowo angielskich Anglików znajdziemy tu zakręconą na puncie Bożego Narodzenia Chinkę, sprzedającego kiszoną kapustę Duńczyka, brylującą w kuchni czarnoskórą lesbijkę, tajemniczego przystojniaka o malezyjskich korzeniach, a to tylko ci bohaterowie, o których wiemy coś więcej i którzy wyraźnie zapisali się w fabule – ale statyści w tle w niczym tej pięknie różnorodnej grupie nie ustępują. Poza tym, ten film dostrzega kobiety w rolach innych niż matki, żony i kochanki. Kiedy główna bohaterka idzie do lekarza, lekarzem jest kobieta. Kiedy na ulicy zaczepia ją patrol policji – są to dwie policjantki. I wiecie co? Jeśli pominąć otwierającą film dość kuriozalną scenę rozgrywającą się w Jugosławii, wszystko to jest wkomponowane w świat przedstawiony w absolutnie naturalny, zwyczajny sposób. I gdyby nie to, że przez lata kino miało z reprezentacją problemy i nadal wciąż je miewa, być może nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi, tak ładnie wszystkie te puzzle do siebie pasują.

Biorąc to wszystko pod uwagę, możemy chyba mówić o małym świątecznym cudzie. Bo oto mamy film, który niespecjalnie wzbija się na wyżyny, tutaj kuleje scenariuszem, tam grą aktorską, tu żenującym żartem, tam znów mało subtelnym zwrotem akcji albo sceną, która zupełnie nie ma sensu. A czasem nawet jeszcze pomyli istotne z punktu widzenia fabuły historyczne daty. A jednocześnie w tym samym filmie znajdzie się tyle dobrego, tyle spraw godnych pochwały i tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Kto by pomyślał – to zaiste musi być świąteczny cud!

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.