Krótki tekst o tym, jak odbiłam się od Dark Crystal

Nie będę oszukiwać – wcale nie czekałam na Ciemny Kryształ: Czas Buntu z wypiekami na twarzy. Wręcz przeciwnie, odkąd tylko zobaczyłam zwiastun, byłam przekonana, że to chyba jednak nie jest moja bajka. Ale potem pół internetu rozpłynęło się w zachwytach nad nowym serialem fantastycznym od Netflixa… Pomyślałam więc, że może jednak się przełamię i dam mu szansę.

Ciemny Kryształ: Czas Buntu (Dark Crystal: Age of Resistance) to dziesięcioodcinkowy serial będący prequelem do filmu Dark Crystal Jima Hensona i Franka Oza z 1982 roku. Legendarny twórca Muppetów opowiedział wtedy dużo mroczniejszą niż wcześniejsze jego dokonania historię planety Thra, którą kiedyś zamieszkiwały głównie elfopodobne inteligentne i łagodne istoty, jednak po tym, jak na planecie pojawiły się nowe, również złowrogie rasy, Thra dostała się pod panowanie okrutnych Skeksisów. Serial Netflixa korzysta ze stworzonego przez Hensona świata, eksplorując jego różne zakątki i rzucając nieco więcej światła na relacje pomiędzy rasami, a także kreśląc jednocześnie historię buntu Gelflingów przeciwko pasożytującym na nich żądnym władzy Skeksisom.

Przez pierwsze trzy minuty serialu wyjaśniające, kto jest kim i jaki jest układ sił, miałam wrażenie, że oglądam skróconą historię tolkienowskiego Śródziemia w pigułce, w której ktoś pozmieniał jedynie nazwy miejsc i wygląd bohaterów. Co i jest, i nie jest dobre… Nawiązania do Tolkiena zawsze są mile widziane, ale jednak wolałabym, żeby były nieco bardziej subtelne. Albo chociaż ograne w jakiś ciekawszy sposób. Nie jestem zresztą w tym skojarzeniu osamotniona, bo krytycy podnosili je już przy okazji filmu z 1982 roku. Biorąc jednak pod uwagę, że w gruncie rzeczy wszystkie mitologie są do siebie podobne, uznałam, że zignoruję poczucie oglądania zrzynki z Tolkiena i dam serialowi szansę…

Kadr z serialu Ciemny Kryształ: Czas buntu, 2019.

Wytrzymałam jeden odcinek. Nie jest to kwestia ani Tolkiena, ani fabuły, która – chociaż dosyć prosto prowadzona i trochę bajkowa – pod koniec zaczęła się nawet robić ciekawa. Problem polega na tym, że nie bardzo mogę na ten serial patrzeć.

Ciemny Kryształ został zrealizowany metodą animacji kukiełkowej, co z definicji nadaje produkcji pewien charakterystyczny styl, ale też niesie ze sobą pewne ograniczenia, choćby w zakresie mimiki czy poruszania się bohaterów. Same kukiełki nie są chyba jednak problemem – wiecie, ja kiedyś maniakalnie wciągałam filmy Burtona (Corpse Bride to najlepsza rzecz na świecie!) i wciąż od nowa zachwycam się się Fantastycznym Panem Lisem czy Wyspą Psów Andersona. Mój mózg jest więc od dawna nauczony, że kukiełki i laleczki mogą stworzyć coś naprawdę pięknego. Problemem jest chyba to, że dla mnie estetyka Dark Crystal trochę jednak rozmija się ze słowem „piękne” i nieustannie przyprawia mnie o nieprzyjemne dreszcze…

Elfopodobne Gelflingi z wielkimi oczami kojarzą mi się trochę ze skrzyżowaniem kosmitów z dziećmi z japońskich horrorów – a dzieci z japońskich horrorów to jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie jestem sobie w stanie wyobrazić. Dużo łatwiej patrzyłoby mi się na obiektywnie znacznie przecież brzydsze (bo w końcu złe) postaci Skerksisów… Gdyby jedna z nich wiecznie nie smarkała… i to w tak namacalny i ciągnący się sposób, że za każdym razem na ten widok zbiera mi się na wymioty. I na samą myśl też. Ciemny Kryształ dokonał małego cudu – w odcinku, w którym po ekranie zasuwa wielki kukiełkowy pająk, nawet z moją arachnofobią ten pająk wcale nie okazał się najbardziej odpychającym elementem serialu.

Kadr z serialu Ciemny Kryształ: Czas buntu, 2019.

Bardzo żałuję, że estetyka tych konkretnych kukiełek w połączeniu z ich ograniczoną mimiką wywołuje u mnie trudną do przeskoczenia mieszaninę niepokoju i obrzydzenia… Serial zbiera bardzo entuzjastyczne recenzje, a postaciom głosów użyczyła cała plejada znanych i lubianych przez mnie aktorów od Marka Hamilla przez Alicię Vikander aż po Helenę Bonham Carter – chętnie bym to obejrzała… gdyby nie fakt, że nie jestem w stanie na to patrzeć.

Z estetyką już tak jest, że każdy ma swoją i nie wszystko musi się w niej mieścić. Od dawna wiem, że w mojej nie mieszczą się na przykład Córki dancingu ani takie typy rysunków jak w kreskówkach pokroju Ed, Edd i Eddie… Ale żeby nie mieściły się w niej elfopodobne stworzonka? To coś nowego. Ale co zrobisz, kiedy nic z tym nie zrobisz… Przynajmniej zyskałam czas, żeby nadrobić jakiś inny serial.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.