Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

Król Lew na sterydach

Przyznaję – wybierając tytuł tego tekstu poszłam trochę na łatwiznę… ale twórcy filmu też trochę poszli na łatwiznę i naprawdę trudno podczas seansu Black Panther nie mieć żadnych skojarzeń z Królem Lwem. Nie chodzi o to, że akcja filmu w większości dzieje się w Afryce i sporo w nim ładnych ujęć sawanny. Ani nawet o to, że główny bohater pomyka po ekranie w superbohaterskim kostiumie wielkiego kota. W warstwie fabularnej twórcy po prostu sami nie uciekają od odgrzewania nieśmiertelnych archetypów i podawania ich bardzo na modłę disneyowskiego hitu o Simbie… i nawet się jakoś specjalnie z tym nie kryją.

Oto młody książę w brutalnych okolicznościach traci ojca, zostaje prawowitym królem, ale już za chwilę przychodzi złol z dziwną fryzurą, zrzuca go z wysokiej skały i przejmuje władzę. Wszyscy myślą, że król zginął, ale my przecież wiemy, jak to się dalej potoczy. I twórcy nawet nie próbują udają udawać, że nie wiedzą, że my wiemy.

Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

Nie mogę powiedzieć, żeby fabularnie Black Panther był jakoś wybitnie odkrywczy, bo bez żenady sięga po znane i niezbyt oryginalnie potraktowane motywy – rodzinnych przepychanek o tron i młodego władcy powoli dorastającego do swojej roli. Oto T’Challa, którego mieliśmy już okazję poznać w Wojnie Bohaterów, zaprasza nas do Wakandy, fikcyjnego afrykańskiego państwa ukrytego przed światem i bardzo zaawansowanego technologicznie dzięki złożom vibranium – pamiętacie ten zmyślny kosmiczny metal, z którego jest zrobiona tarcza Kapitana Ameryki? Wyobraźcie sobie, co można z niego zrobić, jeśli ma się go całą górę! Trochę zresztą żałuję, że nie pokazano nam więcej i bardziej skrupulatnie, bo chwilami technologia Wakandy przypomina nieco magię – a ja lubię wiedzieć, co i jak działa.

Kadr z filmu <em>Black Panther</em>, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

Ale wracając do tematu… T’Challa wprowadza nas do Wakandy w przeddzień swojej koronacji, mamy więc okazję zaobserwować cały szereg tradycyjnych ceremonii związanych z koronacją i przyjęciem mocy Czarnej Pantery, legendarnego obrońcy Wakandy, ale i jesteśmy świadkami nigdy się nie nudzących rozważań młodego władcy o tym, czy jest gotowy na taką odpowiedzialność. Będzie musiał być, bo bardzo szybko przyjdzie mu się zmierzyć nie z jednym, ale z dwoma złolami – gościem, który kiedyś ukradł Wakandzie nieco vibranium i przy okazji zabił sporo ludzi, i z zawziętym, mocno zradykalizowanym pretendentem do tronu, który zafunduje nam powtórkę z Króla Lwa. To nie jedyna zresztą powtórka, a w filmie nie brakuje schematów tak oklepanych, że w zasadzie nie ma sensu ich rozpatrywać w kategorii spoilerów… ale może nie będę wam już bardziej psuć zabawy.

Odważę się powiedzieć, że ten film zupełnie nie fabułą stoi. Ok, od czysto rozrywkowego kina nie można wymagać nie wiadomo czego, choć mam smutne wrażenie, że powtarzam to już przy którejś z kolei produkcji Marvela… Ot, przyjemnie się je ogląda, ale twórcy częściej ostatnio kombinują z estetyką niż scenariuszem. Siłą Czarnej Pantery też jest przede wszystkim estetyka i bardzo solidnie skonstruowany świat przedstawiony. W tym kontekście to ożywczy powiew świeżości i po niezliczonej ilości filmów o naparzaniu się z kosmitami w Nowym Jorku to coś zupełnie odmiennego, ciekawego i osadzonego w świecie naprawdę przyjemnym do poznawania.

Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

Filmowa Wakanda z powodzeniem łączy w sobie nowoczesność z tradycjami – obok superzaawansowanych technologii znajdzie się tu miejsce na barwne stroje z typowo afrykańskimi motywami i zakorzenione w plemiennych tradycjach ceremonie przekazywania władzy. Bohaterowie w swoich wzorzystych szatach i z wymalowanymi twarzami wyglądają fenomenalnie – wyczuwam nominacje do przyszłorocznych oscarów przynajmniej w kategorii kostiumów i charakteryzacji. Za efekty specjalne nominacji nie będzie, bo tradycyjnie dla Marvela trochę kuleją, ale i tak Wakanda prezentuje się znakomicie. Klimatu świetnie dopełnia też muzyka, zarówno ta stylizowana na tradycyjne afrykańskie rytmy, jak i dobrze dobrane hiphopowe kawałki. Barwna i pełna życia Wakanda, choć miejscami może odrobinę przerysowana, sama w sobie jest dla widza ciekawym przeżyciem.

Postaci, które ją zaludniają, też są wyraziste i w większości dobrze napisane – zwłaszcza drugoplanowe postaci kobiece mają tu sporo do powiedzenia. Kopiąca wszystkim tyłki generał Okoye (Danai Gurira) jest faworytką sporej części widzów, a młodsza siostra króla, Shuri (Letitia Wright, którą mieliśmy okazję widzieć niedawno w Black Mirror) ze swoją smykałką to technologii spokojnie może stać się wzorem dla małych dziewczynek na całym świecie. Sam T’Challa o dziwo wcale tutaj nie bryluje. Gdyby nie moja miłość do tego, jak Robert Downey Junior dramatycznie zdejmuje okulary, byłabym zmuszona przyznać, że w zwiastunie nadchodzących Avengersów to właśnie młody król Wakandy jest najbardziej charyzmatyczny (And get this man a shield!) – a tutaj proszę, w solowym filmie Chadwick Boseman niby gra główną rolę, a jednak trochę jakby stoi z boku.

Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

Być może to kwestia właśnie dobrze napisanych postaci drugoplanowych – w tym głównych przeciwników Czarnej Pantery. Mamy ich tym razem dwóch, a w roli jednego z nich pojawia się Andy Serkis, o dziwo z własną twarzą. I tu muszę powiedzieć wyraźnie: żądam więcej twarzy Serkisa na ekranie! Nie chowajmy go tylko pod komputerowo wygenerowanymi twarzami Golluma, Snoke’a czy Cezara – bo choć jest w tym fenomenalny, to i bez chowania się za CGI świetnie buduje charyzmatyczne postaci. I widać, że się przy tym rewelacyjnie bawi. Jego Ulysses Klaue jest chyba najzabawniejszym elementem całego filmu – choć szczerze mówiąc, nie wiem, czy to taki wielki komplement, zważywszy na to, że Czarna Pantera humorem akurat nie powala. Jeśli już się uśmiechamy, to raczej na widok sporej ilości mniej lub bardziej zamierzonych nawiązań, takich jak na przykład mała pogawędka Golluma z Bagginsem.

Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

Drugim przeciwnikiem T’Challi okazuje się bardzo charyzmatyczny Michael B. Jordan w roli N’Jadaki – i w ramach miłej odmiany mamy wreszcie w filmie Marvela dobrze umotywowany czarny charakter. Tak naprawdę zresztą N’Jadaka nie jest typowym złolem. Choć ewidentnie zagraża interesom głównego bohatera, to równocześnie zmusza go do refleksji i skorygowania obranego kursu. Ich konflikt nieco pod tym względem przypomina relację Steve Rogers – Tony Stark w Wojnie Bohaterów. Każdy z nich ma jasno określone i niebezpodstawne stanowisko w dość palącej kwestii: w którą stronę dalej powinna zmierzać Wakanda i czy zamiast z mieszaniną lęku i zaborczości chować przed światem swoją potęgę, nie lepiej byłoby jej użyć do pomocy bratnim narodom Afryki, a potem reszcie świata?

Kadr z filmu <em>Black Panther</em>, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

To zestawienie dwóch radykalnych wizji – chronimy tylko swoich vs wychodzimy na świat i odwracamy jego porządek – argumenty padające w dyskusji, a w końcu ostateczna refleksja nad koniecznością współpracy i budowania pokoju składają się na przesłanie ważne nie tylko dla zjednoczenia czarnoskórych środowisk, ale również po prostu uniwersalne. Niejednemu politykowi na świecie należałoby od czasu do czasu przypomnieć, że samotnie daleko nie ujedziemy – zwłaszcza, jeśli nie śpimy na pokładach vibranium.

Jak na film typowo rozrywkowy Czarna Pantera ma więc do powiedzenia całkiem sporo o tak zwanych ważnych sprawach – co dla mnie akurat jest plusem. Niestety nie samym przesłaniem i feerią barw żyje widz kinowy i trochę ta nieszczęsna przewidywalność scenariusza ciągnie mi ocenę całej produkcji w dół. Mimo wszystko jednak bawiłam się całkiem nieźle i szczerze mówiąc, im więcej o tym filmie myślę, tym bardziej mi się podoba, a w kinie superbohaterskim zazwyczaj jest przecież odwrotnie… Z pewną nadzieją wyglądam więc powrotu do Wakandy w nowych Avengersach. Byle do kwietnia!

Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.
Kadr z filmu Black Panther, reż. Ryan Coogler, 2018.

PS Planowałam pomarudzić tu trochę o ludziach, którzy prawie zniszczyli mi argument z Królem Lwem, używające tego samego porównania w zgoła inny i niezbyt elegancki sposób, ale ostatecznie pomyślałam, że to jednak nie rasiści powinni nakręcać dyskusję o Czarnej Panterze. Pogadajmy dla odmiany o filmie, a nie o ludzkiej głupocie.

PS2 Gdybyście mieli niedosyt Chadwicka Bosemana, to w nominacjach do Oscarów (konkretnie nominacja za piosenkę) znajdziecie film Marshall z jego udziałem – całkiem zresztą ciekawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.