Kapitan Marvel: (super)bohaterka, na jaką czekałyśmy

Kapitan Marvel wreszcie jest w kinach. Pierwszy film Marvel Cinematic Universe, w którym główną bohaterką jest kobieta (rychło w czas, po 11 latach kręcenia blockbusterów i po 20 produkcjach o facetach), narobił sporo szumu, wzbudził ogromne oczekiwania i równie ogromny opór. Teraz, kiedy już wiemy, jak wypada Kapitan Marvel i co ma nam do powiedzenia o sobie, świecie i kobietach – czas na pierwsze reakcje i przyjrzenie się wyjątkowo gorącej dyskusji, jaka rozgorzała wokół tego filmu już na długo przed premierą.

Ten film się musi (NIE) udać, bo…

Nie ma co ukrywać – od początku Kapitan Marvel wzbudzała mieszane emocje. Część widzów bardzo chciała, żeby ten film się udał, żeby raz na zawsze udowodnił wszystkim, że kobieta może być świetną główną bohaterką superbohaterskiego blockbustera, i żeby zrobił to lepiej niż pod wieloma względami dobra, ale pod równie wieloma bardzo zachowawcza Wonder Woman od DC. I żeby raz na zawsze uciął dyskusje na ten temat. Po drugiej stronie barykady część widzów głosiła, że ten film nie ma prawa się udać, albo zupełnie otwarcie przyznawała, że będzie go bojkotować jako feministyczną propagandę. I czasami głosiła koniec świata (przynajmniej tego superbohaterskiego). Na kilka tygodni przed premierą jedni i drudzy nie mogli już się nawzajem słuchać, a ci widzowie, którzy stali pośrodku i chcieli po prostu dobrze się w kinie bawić – nie mogli już słuchać ani jednych, ani drugich.

"Ja

W tym okresie poruszanie się po internecie było jak chodzenie po polu minowym. Na youtubowych kanałach recenzentów, na stronach ze śmiesznymi obrazkami, w facebookowych dyskusjach i na forach dla kinomaniaków można było przeczytać, że Kapitan Marvel będzie już nawet nie beznadziejnym, ale wprost gównianym filmem:

⭐ bo okropna poprawność polityczna na siłę wpycha kobietę na główną bohaterkę. Przecież wiadomo, że to nie jest jej miejsce. Marsz do kuchni. Albo do łóżka męskiego bohatera.

⭐ bo nowe Ghostbusters też było o kobietach i było do dupy. Jakby te dwa filmy i konteksty ich powstania były w jakikolwiek sposób porównywalne.

⭐ bo obsadzona w głównej roli Brie Larson ma płaski tyłek. Przecież nie od dziś wiadomo, jak kształt tyłka głównego bohatera wpływa na fabułę.

⭐ bo Brie Larson chodzi ubrana w zakrywający wszystko kostium. Przecież nie od dziś wiadomo, że ze złolami najlepiej walczy się nago.

bo Brie Larson nie ma mimiki. „Nie widziałem żadnego jej filmu i nie zamierzam, bo jej nienawidzę, ale w zwiastunie się nie uśmiecha, więc nie umie grać i film będzie ch****y”.

bo Brie Larson nienawidzi białych mężczyzn. Co raczej nie jest prawdą. Chociaż prawdą jest, że na liście supermocy aktorki na pewno nie ma dyplomatycznego ubierania w słowa skądinąd słusznych postulatów o potrzebie zwiększenia reprezentacji poszczególnych grup społecznych wśród krytyków zapraszanych na specjalne pokazy.

⭐ bo „feminazistki” chcą zniszczyć kino superbohaterskie. Przecież wiadomo, że to spisek dziejowy. Na pewno we współpracy z masonami.

⭐ bo wyciągnęli jakąś bohaterkę z komiksowej trzeciej ligi i chcą z niej zrobić gwiazdę. Jakby o Iron Manie albo Strażnikach Galaktyki przed premierą ich filmów słyszał ktokolwiek poza hardkorowymi fanami komiksów.

bo w MCU przecież już są kobiety, po co ich więcej. No tak. Przecież proporcja w społeczeństwie też jest taka, że kobiety stanowią znikomy procent populacji.

⭐ bo teraz już wszystkie filmy zawsze będą tylko o kobietach. Tak, a od czasów Władcy Pierścieni wszystkie filmy są o hobbitach.

⭐ bo teraz już nie będzie można powiedzieć, że Iron Man jest lepszą postacią, bez bycia oskarżonym o seksizm. Mhm, tak samo, jak nie wypada powiedzieć, że w Strażnikach Galaktyki najfajniejszy był gadający szop, bo to dyskryminacja gatunkowa i zdrada rodzaju ludzkiego.

bo nie można będzie powiedzieć, że film się nie podobał, bez bycia oskarżonym o seksizm. No jeżeli zamierzacie mówić, że nie podobał się tylko dlatego, że główną bohaterką jest kobieta, to tak, macie rację: nie można tak mówić i oczekiwać oklasków za postępowość. Wszelka inna krytyka jest dopuszczalna – na blogu jest już recenzja filmu, która (SZOK I NIEDOWIERZANIE) mówi też o jego minusach.

Jedna za wszystkie, wszystkie za jedną

W takiej atmosferze oczekiwania na ten film nie dało się nazwać spokojnym. Ja sama szłam na premierę cokolwiek zestresowana, cały czas mając gdzieś z tyłu głowy, że jeśli Kapitan Marvel się nie uda, to będzie koronny argument dla wszystkich tych, którzy filmowe dziewczyny w kinie akcji chcą zamknąć na drugim czy trzecim planie. Trochę w myśl tego poczucia ogromnej odpowiedzialności, które zna chyba wiele kobiet – kiedy wchodzisz w środowisko, w którym jesteś w zdecydowanej mniejszości, masz wrażenie, że reprezentujesz nie tylko samą siebie, ale wszystkie kobiety świata. A twoje porażki nie są wyłącznie twoimi porażkami, ale dowodem na to, że wszystkie kobiety się do tej roboty nie nadają.

I tak też trochę patrzy się dzisiaj na kino akcji. Jeśli film o kobiecie jest słaby, to wina tego, że postawił w centrum kobiecą bohaterkę. Nikt raczej nie pamięta, że w tym samym roku na ekrany wchodzi kilka równie słabych filmów o facetach – i nikt ich nie rozpatruje przez pryzmat płci. Słaby film o mężczyźnie to po prostu słaby film i wypadek przy pracy. Słaby film o kobiecie to dowód na to, że kobiety w kinie powinny znać swoje miejsce i nie wyrywać się przed szereg.

W całym tym kontekście Kapitan Marvel zrobiła rzecz najlepszą z możliwych – i w zasadzie niespodziewaną. Wyszła i wprost powiedziała:

Nie muszę wam niczego udowadniać

Kapitan Marvel jest filmem na swoich własnych warunkach. Jasne, to jest film bardzo w stylu marvelowskich origin stories, ze wszystkimi ich zaletami i wadami. I oczywiście, że nie uniknie porównań z innymi filmami stawiającymi w centrum kobietę – zwłaszcza z Wonder Woman (o tym wkrótce na blogu). Ale konstruując tę bohaterkę i filmową narrację wokół niej, Marvel zrobił najlepszą rzecz z możliwych – wyciągnął ją poza ten bezsensowny konflikt. Pokazał ją przede wszystkim jako człowieka, który przy okazji jest kobietą – a nie jako dziewczynę, która ma udowodnić, że jest w stanie robić to wszystko, co mężczyźni, ale biegając na szpilkach. To jest film zupełnie świadomie zrobiony tak, żeby bohaterka nie pędziła jak szalona za udowadnianiem, że w ogóle ma prawo być na pierwszym planie. Ona po prostu zupełnie naturalnie to prawo ma – i nie musi się w tym celu podlizywać tej części widowni, która jej tego prawa chciała odmówić. Nie chce też z tą częścią widowni walczyć. Odmawia grania w tę szaloną grę na cudzych zasadach – i najzwyczajniej w świecie robi swoje. Po swojemu. Nie przeprasza za bycie kobietą, ale też nie próbuje być męskim wyobrażeniem o kobietach. Jest w pierwszej kolejności sobą, jak każdy człowiek niezależnie od płci, i to jest cudowne. I paradoksalnie to właśnie to sprawia, że to jest film (poza tym, że dla wszystkich fanów Marvela) bardzo dla kobiet – bo rzadko kiedy kino rozrywkowe daje nam takie bohaterki, które przede wszystkim są ciekawymi istotami ludzkimi, a dopiero potem kobietami.

– StillMoving.net

Ale przy tym wszystkim Kapitan Marvel to nie tylko pierwszy film MCU z kobietą w roli pierwszoplanowej, ale też pierwsza bohaterka MCU, z którą naprawdę mogę się w pełni utożsamić i która mierzy się (oprócz tego, że ze złolami z kosmosu) z rzeczami, z którymi na co dzień mierzą się miliardy dziewczynek i kobiet na całym świecie. Z podcinaniem skrzydeł. Z wmawianiem nam, gdzie jest nasze miejsce i jak powinnyśmy żyć. Z listą rzeczy, do których rzekomo się nie nadajemy. Z blokowaniem drogi do realizacji naszych pragnień i ambicji. Z oczekiwaniem, że będziemy swoim wyglądem i promiennym uśmiechem umilać dzień obcym typom, którym zachciało się popatrzeć na coś ładnego. Z wpajaniem nam wątpliwości w samą siebie. Z przyklejaniem etykietek dziwadeł, jeśli chcemy żyć po swojemu.

Kontroluj się, kobieto, bo jeszcze wstaniesz z kolan! Kadr z filmu Kapitan Marvel, reż. Anna Boden i Ryan Fleck, 2019.

To jest pierwsza bohaterka, która nie tylko znajduje w sobie wystarczająco dużo siły, żeby to wszystko przetrwać i mimo kłód rzucanych po nogi „dorównać” mężczyznom – ale też miażdży cały koncept bezsensownej walki płci i wychodzi ponad to. Odkrywa i realizuje swój cały potencjał. Odrzuca ograniczenia, którymi otoczenie chce ją spętać i wykorzystać do własnych celów. Nie chce pognębić mężczyzn, którzy próbowali ją kontrolować – tylko odmawia gry na ich zasadach, ale jednocześnie (już bardziej dobitnie nie dało się tego na ekranie pokazać!) wprost wyciąga do nich rękę. I przy tym wszystkim nie przestaje być ciepłą i pełną współczucia osobą. To jest taka superbohaterka, na którą zawsze czekałam, i taka metafora feminizmu, pod którą się podpisuję.

Ale po co to wszystko, przecież już jest Czarna Wdowa

Kiedy mówię o tym, że Carol Danvers jest tak naprawdę pierwszą kobietą w MCU, z którą mogę się w pełni utożsamiać, pierwszą, która funkcjonuje w taki sposób, który w pełni do mnie przemawia, i przede wszystkim pierwszą, która przekazuje takie rzeczy, które są dla mnie cholernie ważne – zawsze znajdzie się ktoś, kto da mi znać, że wybrzydzam, bo przecież Czarna Wdowa też jest kobietą, wygląda kobieco i nawet superskutecznie kopie wszystkim dookoła tyłki, więc po co mi jeszcze ktoś inny. Być może rzeczywiście wybrzydzam, ale jakoś sam fakt, że ktoś jest seksowną kobietą, nie jest ani konieczny, ani tym bardziej wystarczający, żebym mogła się z taką bohaterką utożsamiać…

Nikt nie twierdzi, że w MCU w ogóle nie ma kobiet. Nie będę też zaprzeczać, że Marvel od pewnego czasu całkiem nieźle te postaci pisze – są dziewczyny mądre, piękne, silne, skuteczne, zabójcze, zabawne… Problem w tym, że aż do teraz MCU trzymało je zawsze na drugim, trzecim czy nawet czwartym planie. Pełniły rolę wspomagającą wobec „prawdziwych herosów” i głównych bohaterów. I nawet jeśli przy pomocy kilku celnych zdań czy scen udawało się sprawnie zarysować ich charakter (a to Marvel robi świetnie ze swoimi postaciami z tylnych szeregów), to czas ekranowy, jaki dostają, i rola, jaką zazwyczaj pełnią w filmie, rzadko pozwalały na wgłębianie się w ich psychikę czy motywy – bo zgodnie z tym, kto był pierwszoplanowym bohaterem, naturalne było to, że skupiamy się przede wszystkim na psychice i motywach faceta.

Poza tym, bądźmy szczerzy – te bohaterki, które do tej pory najczęściej pojawiały się w MCU, nie do końca są łatwe do utożsamiania się z nimi. Spora część z nich albo wydaje się nieosiągalna (żadna z nas nie będzie po pięćdziesiątce wyglądać tak, jak ciocia May), albo jest w pewnym sensie dodatkiem do głównego bohatera – sprawnie napisanym i czasem charyzmatycznym, ale wciąż dodatkiem. Moja miłość do Pepper Potts nie jest tak naprawdę miłością do Pepper Potts – tylko wyrazem myśli, że fajnie byłoby być dziewczyną Tony’ego Starka. Moja miłość do Czarnej Wdowy jest skażona z jednej strony uaktywnianiem kompleksów (nigdy nie będę mieć takiego tyłka!), a z drugiej tym, że przeseksualizowany wygląd i styl bycia tej bohaterki nie jest czymś, z czym umiem i chcę się identyfikować.

Tymczasem Kapitan Marvel funkcjonuje jako postać zupełnie samodzielna. Nie jest niczyją miłością. Nie musi wyglądać jak spełnienie męskich fantazji. Nie musi się wiecznie uśmiechać ani kusząco rozchylać warg, nawet wtedy, kiedy z kimś walczy na śmierć i życie. Nie definiuje się w odniesieniu do nikogo ani przez pryzmat niczyich oczekiwań, a wręcz na przestrzeni filmu wyłamuje się z ram, które otoczenie chce jej narzucić. Carol Danvers wymyka się tym kategoriom kobiecych bohaterek, które zazwyczaj oglądamy w tego typu kinie – i może dlatego część widzów nie do końca wie, co z nią zrobić. Nie jest ani obiektem seksualnym, ani „nagrodą”, do zdobycia której dążą inni bohaterowie, ani tą supermiłą dziewczyną, która się do wszystkich uśmiecha i zawsze jest potulna. Nie jest ani sierotką, którą trzeba ratować, ani złą heterą, ani kierowaną przez emocje histeryczką, nie jest nawet – wbrew oczekiwaniom niektórych – chodzącą bezkompromisową feministyczną propagandą. Wymyka się praktycznie wszystkim stereotypom na temat kobiet, jakie funkcjonują w kinie rozrywkowym. Jak na bohaterkę o niemal nieskończonych supermocach jest cudownie zwyczajna i mierzy się z rzeczami, których prawie każda kobieta w taki czy inny sposób w swoim życiu doświadczyła – i może dlatego tak dobrze rezonuje wśród żeńskiej części widowni.

Kadr z film Kapitan Marvel, reż. Anna Boden i Ryan Fleck, 2019.
Kadr z filmu Kapitan Marvel, reż. Anna Boden i Ryan Fleck, 2019.

Od kilku lat Marvel rzeczywiście zmierza w lepszą stronę, a jego nowe bohaterki stają się (nawet przy wszystkich swoich zdolnościach albo zielonym kolorze skóry) coraz bardziej ludzkie. Ale nic nie poradzę na to, że dopiero Carol Danvers wywołuje we mnie poczucie przynależności, tę myśl, że ona mnie tak dobrze ROZUMIE. To jest tak niespodziewane i niesamowite uczucie, że wracając z premiery nie mogłam się zdecydować, czy się ze szczęścia rozpłakać, roześmiać czy krzyczeć. To, w jaki sposób ona jest sobą, pozwala mi poczuć się dobrze ze sobą – i nie zamierzam za to przepraszać.

Przełomowa, ważna, potrzebna

Jeśli wziąć to wszystko pod uwagę, Kapitan Marvel jest filmem podwójnie ważnym i potrzebnym. Nie tylko jest kolejnym krokiem ku większej reprezentacji wśród filmowych herosów Marvela – który od jakiegoś czasu zaczyna dbać o to, żeby poszczególne grupy jego fanów miały swój „własny” zakątek uniwersum, w którym będą się czuły jak w domu i który będzie opowiadał o ich specyficznych problemach. Ale jest też filmem ważnym społecznie – i fantastycznym pozytywnym przekazem dla małych dziewczynek, które bardzo potrzebują więcej takich wzorców w popkulturze. Co mi tam, to jest film ważny potrójnie – bo jeszcze na dodatek otwiera drogę do wielkich blockbusterów nowym bohaterkom, nie tylko w ramach MCU (o dziewczynach, które chcę zobaczyć na wielkim ekranie, już wkrótce na blogu), ale też w ramach innego sposobu definiowania ich: na ich własnych zasadach i bez konieczności tłumaczenia się z tego, że w ogóle na to zasługują.

Tekst powstał w ramach cyklu Tydzień z Kapitan Marvel (11–17 marca 2019).

O Kapitan Marvel piszę jeszcze tutaj:

Kim jest Kapitan Marvel i jak zmieni MCU

Wyżej, dalej, szybciej… a jakby tak samo – recenzja Kapitan Marvel

Pojedynek bohaterek: Kapitan Marvel vs Wonder Woman

Kapitan Marvel i jej rola w Avengers: Endgame

Od Pepper Potts do Kapitan Marvel – kobiety w MCU

Purrfect flerken – o co chodzi z kotem Kapitan Marvel?

Dziewczyny na ekrany – bohaterki Marvela, które chcę zobaczyć w MCU

2 komentarze

  • Bardzo dobry tekst! Wiele mi rozjaśnił i jeszcze bardziej zachęcił, by obejrzeć „Kapitan Marvel”.
    Jutro idę do kina i mam nadzieję, że film będzie dobry (pomimo mojego dosyć ambiwalentnego stosunku do tej produkcji). Jednak coś czuję, że nie przebije się do mojego serca, tak jak zrobiła to Wonder Woman (która gości w nim odkąd byłam małą dziewczynką ^^)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.