Kadr z filmu "Chaplin", reż. Richard Attenborough, 1992.

Chaplin: If you just smile

Mówi się, że ci, którzy najbardziej nas rozśmieszają, są tak naprawdę najsmutniejszymi ludźmi, jakich znamy. Ta przykra prawda kryje się wszędzie – w zmaganiach Andersona, przeuroczego twórcy Świata według Ludwiczka z ojcem alkoholikiem, nadwagą i depresją, w doniesieniach o depresji Jima Carreya… Nawet gdzieś pod melonikiem legendy – Charliego Chaplina.

Nie jestem specjalistką ani od filmów Chaplina, ani od jego biografii. O filmie Chaplin krążą jednak tak pochlebne opinie, że nawet jako laik czuję pewien niedosyt. Spodziewałam się czegoś więcej, a poza fenomenalną kreacją Roberta Downeya Juniora dostałam właściwie tylko niezbędne minimum – garść faktów, trochę emocji. I smutek gratis.

Nie chcę powiedzieć, że Chaplin jest filmem złym. Bo i też jest zupełnie odwrotnie. Tyle tylko, że obraz nie dorasta do legendy, o której podjął się opowiadać. I niestety nawet Downey Jr., który praktycznie JEST tu Chaplinem, sam nie zrobi z filmu arcydzieła. W doborowym towarzystwie Hopkinsa, Geraldine Chaplin, która zagrała własną babcię, czy kilku innych głośnych nazwisk, też mu się ta sztuka nie uda. Nadal czegoś tutaj brakuje.

Trochę trudno mi w ogóle ten film oceniać. W mojej pamięci zapisał się bowiem nie jako biografia, nie jako aktorski popis Roberta, właściwie nawet nie jako dzieło filmowe… W mojej pamięci Chaplin jest głównie emocją. Smutkiem. Obrazem smutku i nieszczęścia umiejętnie ukrywanego pod czarnym wąsikiem i szerokim uśmiechem. Nie podkreślam tego smutku dlatego, że jest go w Chaplinie mnóstwo, że przytłacza i atakuje z każdej strony, bo to też nieprawda. Owszem, smutek czai się gdzieś w ogromnych oczach Charliego-Roberta, ale jest przy tym dyskretny, subtelny, nienachalny. Odrobinę nawet tonie gdzieś wśród wartkiej akcji, śmiechu i tańczących bułeczek. A jednak to właśnie on najwyraźniej zapisał mi się w pamięci.

Łatwo jest się przy okazji tego filmu pokusić o stwierdzenie, że Charlie Chaplin nie był szczęśliwym człowiekiem. Problemy psychiczne jego matki, dzieciństwo w przytułkach, burzliwe romanse z nastolatkami, trudne małżeństwa i rozwody, oskarżenia o komunizm, w końcu wygnanie ze Stanów… – gdzie tutaj miejsce na szczęście? Gdzie tutaj miejsce na uśmiech? W ciągu całego filmu Charlie uśmiecha się głównie wtedy, kiedy gra. Poza sceną czy planem filmowym zaledwie kilka razy przyłapujemy „prawdziwego” Charliego na uśmiechu – i to też zazwyczaj w sytuacjach związanych z kinem, tyle że od drugiej strony, kiedy sam jest widzem.

Ale… czy to naprawdę możliwe, żeby Chaplin całe życie był nieszczęśliwy? Robił to, co kochał, był w tym dobry, genialny wręcz, uwielbiany… Czy to nie niosło ze sobą szczęścia? Choć odrobinę? Film Richarda Attenborough niewiele mi w tej kwestii wyjaśnia. Trochę jakby pomijał kwestię szczęścia… Smutek zaznacza wyraźnie, subtelnie, ale jednak wyraźnie, a gdzie szczęście? Nie widzę go. Może go tylko nie dostrzegam, dotknięta tym smutkiem, przewrażliwiona… Ale go nie widzę.

Zastanawiam się, czego w Chaplinie widział więcej Downey Junior – smutku czy uśmiechu? Nagrana przez niego przy okazji Chaplina wersja Smile wydaje mi się chyba najbardziej smutną ze wszystkich, odrobinę depresyjną może nawet, choć to dość mocne określenie. Może to tylko ja, może patrzę i na Chaplina i na tę piosenkę przez jakieś smutne okulary…. Ale pozbyć się tego smutku nie mogę. Sami oceńcie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.