Laverne Cox w filmie Disclosure, 2020. Zdjęcie: Ava Benjamin Shorr/Netflix

Hollywood vs reprezentacja: 9 filmów, które wyjaśniają problem

Każdy chce zobaczyć samego siebie odzwierciedlonego w kulturze – potrzeba opowiadania o sobie i utożsamiania się z bohaterami jest tym, co od tysięcy lat motywuje nas do snucia różnego rodzaju historii. Tyle tylko, że nie wszyscy mamy równe szanse zobaczyć inspirujące czy chociaż wiarygodne odzwierciedlenie siebie w kulturze.

Nie wszyscy mają z tym problem – i być może dlatego tak dużym problemem bywa dla niektórych zrozumienie, jak ważna jest właściwa reprezentacja. Kiedy przychodzisz na świat jako biały, heteroseksualny chłopiec, od najmłodszych lat w bajkach, a potem filmach widzisz osoby takie jak ty. I widzisz, jak wiele roztacza się przed tobą różnych możliwości. Ludzie podobni do ciebie są w filmach dzielnymi strażakami, wpływowymi politykami, genialnymi naukowcami, odważnymi szpiegami, zdolnymi sportowcami, dobrymi lekarzami… Latają w kosmos, ratują małe kotki, konstruują skomplikowane plany napadów na bank, walczą na wojnie, zdobywają dziewczyny, bywają dobrzy i źli, odważni i tchórzliwi, słabi i silni, są różnorodni i pokazują ci cały przekrój tego, co znaczy być człowiekiem. Ale nie wszyscy mają ten luksus, by zobaczyć siebie na ekranie w taki sposób.

Kiedy jesteś przedstawicielem marginalizowanej społeczności, większość filmów i programów telewizyjnych nie jest tworzonych z myślą o tobie. Ani nawet przez osoby, które rozumieją, jak naprawdę wygląda twoje życie i czego na co dzień doświadczasz. Rzadko więc zdarza się, że widzisz siebie na ekranie, a jeśli już – to patrzysz na siebie czyimiś oczami, bardzo często przez pryzmat stereotypów, niewiedzy, braku wrażliwości, ignorancji czy po prostu czyichś oczekiwań. Patrzysz na kogoś, kto teoretycznie został stworzony na twoje podobieństwo… i nijak nie dostrzegasz w nim siebie.

Można powiedzieć, że to przecież nie jest ważne, że to tylko film… Ale to byłaby to ogromna naiwność. Nasze przekonania o świecie, sobie samych i innych ludziach kształtują się pod ogromnym wpływem kultury, w której wyrastamy – także tego, co nieustannie widzimy na ekranach kin i telewizorów. Właściwa reprezentacja poszczególnych grup społecznych to nie cel sam w sobie – to środek do celu, jakim jest realna zmiana postrzegania i traktowania danej grupy w społeczeństwie. To coś, co może realnie wpływać na życie ludzi – sprawiając, że czują się widziani, akceptowani (a nie pominięci, izolowani i nieważni), że inni ludzie zaczynają ich dostrzegać i lepiej rozumieć. To też narzędzie, które może kształtować przyszłość dzieci i młodych ludzi – zgodnie ze słowami Marian Wright Edelman o tym, że trudno jest się stać kimś, dla kogo nie mamy żadnego wzorca. Obrazy i przekonania, które nas otaczają i które popularna kultura wtłacza nam do głów, kształtują nasze życie, wybory i zachowania bardziej, niż byśmy tego chcieli… i bardziej niż jesteśmy gotowi to przyznać.

Dlatego też od bardzo dawna słychać głosy nawołujące do zmiany w światowej stolicy kina, do większej inkluzywności i lepszej, bliższej prawdzie reprezentacji poszczególnych grup społecznych na ekranach kin i telewizorów – które dla wielu ludzi są głównym oknem na świat. I dlatego też w tym tekście zebrałam dla was osiem filmów dokumentalnych o reprezentacji kobiet, osób z niepełnosprawnościami, mniejszości etnicznych i seksualnych, które dobitnie pokazują, jakie zmiany są potrzebne w Hollywood – bo przecież Hollywood od lat eksportuje swoje filmy, trendy i wyobrażenia na całą resztę świata, niepostrzeżenie kształtując to, jak postrzegamy siebie i innych.

Miss Representation, reż. Jennifer Siebel Newsom, 2011

To film, który bierze na warsztat uprzedmiotowienie kobiet we współczesnej kulturze – i jego przełożenie na możliwości i ograniczenia, z jakimi kobiety spotykają się w życiu zawodowym i osobistym. Lansowanie nierealnych standardów piękna i wszechobecna seksualizacja kobiecych wizerunków to tylko część problemu. Równie problematyczny jest fakt, że w hollywoodzkich produkcjach kobiece bohaterki nie są traktowane poważnie: rzadko są na pierwszym planie, mają bardzo ograniczony zakres ról i zainteresowań, przeważnie są też płytkie i jednowymiarowe – bo scenarzyści, reżyserzy i producenci (w większości będący mężczyznami), ich nie rozumieją… albo nawet nie próbują ich lepiej zrozumieć, tworząc je przez pryzmat własnych stereotypowych wyobrażeń. Kobiety ozdabiają tło, są nagrodą dla głównego bohatera (i męskiego widza)… Są na pierwszym planie zaledwie w 16% produkcji (mimo że stanowią połowę populacji) – i nawet w tych nielicznych historiach często są chodzącymi stereotypami, które myślą tylko o zdobywaniu miłości i faceta. Nawet te pojedyncze bohaterki, które robią coś ciekawego czy spektakularnego, jak Lara Croft, Elektra czy Kobieta-Kot, zazwyczaj robią to wciśnięte w kusy, obcisły kostium, który ma przemawiać do męskiego widza i jednocześnie odwracać uwagę od tego, że twórcy zapomnieli potraktować swoją bohaterkę jak złożoną istotę ludzką. Na przykładach filmów, seriali, teledysków, a nawet programów informacyjnych dokument pokazuje, jak uprzedmiatawiane są kobiety na wszystkich szczeblach: od małych dziewczynek po kandydatki na prezydenta – i jak to wpływa na życie całych pokoleń kobiet. Swoją perspektywą dzielą się m.in Geena Davis, Jane Fonda, Gloria Steinem, Condoleezza Rice i Rosario Dawson. Dokument do obejrzenia na Netflixie.

Kadr z filmu <em>Miss Representation</em>, 2011.
Prosty, ale wymowny przykład, jak kultura kształtuje rzeczywistość. Kadr z filmu Miss Representation, 2011.

Diffability Hollywood, reż. Adrian Esposito, 2016

Ten nakręcony przez reżysera z autyzmem dokument przygląda się z jednej strony temu, jak osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami są przedstawiane w mainstreamowej kulturze, a z drugiej także temu, jak radzą sobie w branży twórcy, a zwłaszcza aktorzy z niepełnosprawnościami. W Stanach ta grupa to ponad 20% ogólnej populacji (szacuje się, że na świecie ok. 15%) – a tymczasem wśród bohaterów mainstreamowego zachodniego kina stanowią mniej niż 1%. Przez wieki osoby z różnego rodzaju fizycznymi deformacjami traktowano jak rozrywkę dla gawiedzi – obwożono je w cyrkach jako osobliwości, wybryki natury, kogoś nie do końca ludzkiego. Do dziś wpychanie ich w ramy osobliwości jest w kinie powszechne. Osoby z niepełnosprawnościami najczęściej są portretowane jako outsiderzy, trzymający się z dala od społeczeństwa, samotni, odrzuceni, wyrzuceni poza nawias – a to nie pozostaje bez wpływu na rzeczywiste postawy społeczne wobec nich i gotowość do ich akceptacji. Kino najczęściej wmawia nam, że należy się ich bać (na licznych przykładach zdeformowanych albo chorych psychicznie morderców) albo że należy się nad nimi litować, bo są niesamodzielni, nieprzydatni, wiecznie cierpiący i pełni nienawiści do samych siebie czy żalu do wszystkich wokół. W branży pracy dla aktorów z niepełnosprawnościami jest jak na lekarstwo, a i tak zazwyczaj idealne dla nich role przydzielane są pełnosprawnym aktorom, którzy później zgarniają za nie Oscary… mimo że nierzadko posuwają się aż do karykatury. Dokument przygląda się wizerunkom osób z niepełnosprawnościami w zachodnim kinie, ale też pokazuje pozytywne przykłady organizacji, które wspierają takich twórców w branży filmowej. Film w języku angielskim do wypożyczenia w Apple TV.

Jeden z bardziej pozytywnych przykładów –Tom Hanks jako Forrest Gump. Kadr z filmu <em>Diffability Hollywood</em>, 2016.
Jeden z bardziej pozytywnych przykładów –Tom Hanks jako Forrest Gump. Kadr z filmu Diffability Hollywood, 2016.

Celuloidowy schowek (The Celluloid Closet), reż. Rob Epstein, Jeffrey Friedman, 1995.

Wizerunki osób i zachowań homoseksualnych w filmach, choć rzadkie, pojawiają się już u początków kina jako takiego… ale równie stare są powielane na ekranie stereotypy. Ten dokument nakręcony na podstawie książki Vita Russo pod takim samym tytułem przygląda się historii przedstawiania nieheteronormatywności w filmach – i cyklicznie zmieniającym się trendom w tym temacie. Pokazuje, jak na przestrzeni dziesięcioleci kino spychało osoby LGBTQ+ do roli chodzącego żartu, kogoś zagrażającego „normalnym” obywatelom albo kogoś głęboko nieszczęśliwego, kto nie akceptuje swojej „grzesznej” natury, gardzi sobą i ostatecznie kończy martwy, nierzadko ku uciesze widzów. W analizowanych dziesiątkach przykładów hollywoodzkich produkcji nieheteronormatywność traktowana jest jak przekleństwo lub obelga, albo jest przez cenzorów zupełnie wycinana z filmów jako coś niemoralnego. Ale oprócz śledzenia przejawów cenzury i stereotypizacji, dokument przygląda się też filmom, którym udawało się przemycić ukryte znaczenia w subtelnych albo symbolicznych scenach – bo queerowość filmowych postaci często sugerowana była tylko między wierszami, niejako ukrywana w szafie, tak jak robiło to wiele osób w realnym życiu. O swojej perspektywie i odczuciach związanych z ponurym hollywoodzkim obrazem homoseksualizmu opowiadają m.in. pisarze Susie Bright i Armistead Maupin, a o pracy nad filmami o nieheteronormatywnych bohaterach mówią m.in. Whoopie Goldberg, Susan Sarandon i Tom Hanks.

Jaka historia kryje się za tą sceną, wyjaśni wam film Celluloid Closet.
Jaka historia kryje się za tą sceną z Ben Hura, wyjaśni wam film Celluloid Closet.

Black Hollywood, reż. Howard Johnson, 1984

Ten film z lat osiemdziesiątych przygląda się roli czarnoskórych twórców w Hollywood i wyzwaniom, jakie przed nimi stoją – a także sposobom, w jaki Afroamerykanie byli i są pokazywani na ekranie. Przez lata osoby czarnoskóre były w filmach wielkich studiów albo zupełnie pomijane, karykaturalnie grane przez białych z pomalowanymi twarzami, albo umieszczane gdzieś w tle w stereotypowych rolach. Bywały głównie służącymi i niewolnikami, prostytutkami i przestępcami, osobami agresywnymi, niemoralnymi, głupimi i leniwymi – postaciami, które w taki czy inny sposób są poniżone. Do dziś zresztą przyznająca Oscary Akademia Filmowa najchętniej dostrzega i wyróżnia czarnoskórych aktorów i aktorki w rolach osób poniżanych i ofiar dyskryminacji – co z jednej strony może i jakoś edukuje czy uwrażliwia masową widownię, ale z drugiej stanowi pewien zamknięty katalog stereotypowych ról. Black Hollywood przygląda się temu wszystkiemu szczególnie pod kątem biznesowym i organizacyjnym, wychodząc od dość oczywistej, ale trochę pomijanej w świadomości widzów diagnozy: o tym, co widzimy na ekranie, decydują pieniądze, producenci i studia filmowe. A przy tym, że wciąż większość z tych osób decyzyjnych to biali mężczyźni, nie jest zaskakujące, że najłatwiej i najchętniej opowiadają historie o podobnych sobie białych mężczyznach. Dopóki przedstawiciele rozmaitych mniejszości nie zaczną sami przebijać się do szerszej publiczności, będą skazani na oglądanie stereotypowych postaci tworzonych przez pryzmat tego, jak postrzegają ich inni. Większa i bardziej trafna reprezentacja zależy więc od wytrwałości filmowców, ale także od widzów, którzy swoimi portfelami decydują, na jakie filmy chcą chodzić do kina. W tym temacie niedawno powstał również miniserial dokumentalny Black Hollywood: They’ve Gotta Have Us – dostępny w amerykańskiej wersji Netflixa.

Kadr z filmu <em>Black Hollywood</em>, 1984.
Kadr z filmu Black Hollywood, 1984.

Ujawnienie (Disclosure), reż. Sam Feder, 2020

To zupełnie świeży i świetnie zrealizowany dokument przyglądający się temu, w jaki sposób pokazywane są w kulturze i w mediach osoby transpłciowe – i jak to wpływa na postawy społeczne wobec nich, a przez to także na ich życie, doświadczenia i postrzeganie samych siebie. Szacuje się, że 80% ludzi w Stanach nie zna osobiście żadnej transpłciowej osoby (nie ma powodów sądzić, by w Polsce było inaczej) – a to oznacza, że całą swoją wiedzę na ich temat czerpie z telewizji i filmów. W sytuacji, kiedy media bezmyślnie reprodukują (niekiedy wprost niedorzeczne) stereotypowe wizerunki osób trans, walnie przyczynia się to do tego, jak są one potem traktowane na ulicy, w pracy, w relacjach z innymi. A biorąc pod uwagę, że przez lata większość filmów i seriali ustawiała osoby transpłciowe w rolach niemal wyłącznie prostytutek, psychopatycznych morderców, ofiar krwawych przestępstw i oszustów ze wstydliwym sekretem, po ujawnieniu którego wszyscy wokół wymiotują z obrzydzenia… to przekaz nie jest zbyt wesoły i nie sprzyja budowaniu empatii – ani poczucia własnej wartości. Filmowa wiadomość dla transpłciowych widzów jest prosta w swej brutalności: coś z tobą nie tak, nikt cię nie zaakceptuje, nikt cię nie pokocha i najpewniej marnie skończysz. Na przykładach konkretnych filmów i programów telewizyjnych o swoich osobistych doświadczeniach i perspektywie opowiadają transseksualni twórcy kina, m.in. aktorka Laverne Cox, reżyserka Lily Wachowski i aktor Michael D. Cohen. Film do obejrzenia na Netflixie.

Laverne Cox w filmie Disclosure, 2020. Zdjęcie: Ava Benjamin Shorr/Netflix

The Slanted Screen, reż. Jeff Adachi, 2006

To dokument, którzy przygląda się obecności i wizerunkom Azjatów w amerykańskiej kulturze – konkretnie przez pryzmat mężczyzn azjatyckiego pochodzenia. W Hollywood role dla Azjatów zdarzają się bardzo rzadko. Choć w początkach historii kina jednym z bardzo popularnych filmowych amantów był pochodzący z Japonii Sessue Hayakawa, któremu dane było grać liczne i bardzo różnorodne role – w późniejszych latach nastąpił odwrót. Przez dziesięciolecia przewijające się gdzieś w tle postaci Azjatów były karykaturami samych siebie, często zresztą grane były przez ucharakteryzowanych białych aktorów. Role dla aktorów azjatyckiego pochodzenia ograniczały się do złowieszczych czarnych charakterów, gangsterów, służących czy kelnerów ledwo mówiących po angielsku – i najczęściej były to postaci jednowymiarowe i kompletnie aseksualne. Wraz z fenomenalną karierą Bruce’a Lee doszedł do tego jeszcze stereotyp karateki – mocno wpływając także na to, jak Azjaci i Amerykanie azjatyckiego pochodzenia postrzegani byli w codziennym życiu. Dokument przygląda się historii obecności azjatyckiego mężczyzny w Hollywood, punktując wzloty i upadki – i kończąc nutką nadziei, że wraz z przebudzeniem młodych twórców azjatyckiego pochodzenia zmieni się sposób pokazywania tej grupy w zachodniej kulturze. Film w języku angielskim można wypożyczyć na Vimeo.

Wcale, ale to wcale niekarykaturalny obraz Azjaty. Kadr z filmu <em>The Slanted Screen</em>, 2006.
Wcale, ale to wcale niekarykaturalny obraz Azjaty. Kadr z filmu The Slanted Screen, 2006.

Indianie na ekranie (Reel Injun), reż. Neil Diamond, 2009

Dokument nakręcony przez Neila Diamonda, filmowca z Kanady pochodzącego z plemienia Kri. Powstał trochę pod wpływem refleksji nad tym, że dorastając, Diamond chętnie oglądał filmy o kowbojach i Indianach… i identyfikował się zawsze z kowbojami, nigdy z bohaterami, którzy teoretycznie mieli być „tacy jak on”, a jednak w niczym go nie przypominali. Dokument zestawia ze sobą zbrodnię ludobójstwa i spychanie ludzi do rezerwatów z ogromną fascynacją rdzennymi Amerykanami i swego rodzaju (stereotypową i krzywdzącą, ale jednak) gloryfikacją postaci Indianina w starych westernach. Szlachetny dzikus, stoicko opanowany, dzielny, silny, niepokonany w walce, a jednak skazany na porażkę i stojący po stronie przegranych… Taki obraz rdzennych mieszkańców Ameryki zdominował kulturę popularną, strojąc aktorów (nierzadko umalowanych białych) w pióropusze i ujednolicając bogatą, różnorodną kulturę wielu plemion do stereotypowej postaci ze starych filmów. Dokument przygląda się temu, jak ten obraz odstaje od rzeczywistości, jak jest postrzegany przez rdzennych mieszkańców Ameryki, ale także jak zmienia się, gdy do głosu dochodzą filmowcy, którzy osobiście znają temat i traktują go poważnie. Swoją perspektywą dzielą się m.in. rdzenni aktorzy Chris Eyre i Adam Beach, a także Jim Jarmusch i Clint Eastwood.

Kadr z filmu <em>Reel Injun</em>, 2009.
Kadr z filmu Reel Injun, 2009.

The Bronze Screen: 100 Years of the Latino Image in Hollywood Cinema, reż. Alberto Domínguez, Susan Racho, Nancy De Los Santos, 2002

Ten film dokumentuje 100 lat obecności Latynosów w Hollywood – i rzuca nieco światła na dość burzliwy i niestabilny związek amerykańskiego kina z latynoamerykańską społecznością. W zależności od okoliczności, nastrojów społecznych i od tego, czy Hollywood akurat desperacko potrzebuje pieniędzy z latynoskich portfeli, jego stosunek do tej grupy waha się między gloryfikacją i ignorowaniem, między fetyszyzowaniem temperamentnych piękności i spychaniem Latynosów do roli głupców lub agresywnych przestępców. Latynoamerykańscy twórcy i aktorzy sięgali w Hollywood po sławę i najwyższe zaszczyty, ale jednocześnie wielu z nich zachęcano do zmiany nazwisk na mniej „etniczne”, a wizerunki tej grupy na ekranie wciśnięte są w dość wąski zakres stereotypów. Gorący latynoscy kochankowie płci obojga i równie gorące głowy łatwo wybuchające gniewem czy wręcz agresją. Prostytutki, bandyci i gangsterzy, obywatele półświatka, w którym zawsze ktoś ćpa albo handluje narkotykami – co podtrzymuje nie tylko stereotypy, ale i wyobrażenia młodych Latynosów o tym, jakie mają możliwości. Dokument przygląda się tym stereotypom, ale też śledzi osiągnięcia filmowców latynoskiego pochodzenia i pokazuje, jak narodziny niezależnego latynoskiego kina wniosły do amerykańskiej, a przez eksport i do światowej kultury świeże spojrzenie i wrażliwość na nowe tematy. Wyraźnie podkreśla też, że jeśli mniejszości chcą być w kinie widziane i pokazywane w prawdziwy sposób, same muszą o to zabiegać i pokazywać widzom prawdę o sobie w jak najlepszych filmach. Dokument w języku angielskim do obejrzenia na Vimeo.

Kadr z filmu <em>The Bronze Screen: 100 Years of the Latino Image in Hollywood Cinema</em>, 2002.
Kadr z filmu The Bronze Screen: 100 Years of the Latino Image in Hollywood Cinema, 2002.

Komedia romantyczna (Romantic comedy), reż. Elizabeth Sankey, 2019

To dokument, który nie wychodzi wprost od tematu reprezentacji – ale ma na jej temat sporo do powiedzenia, przy okazji pokazując, jak kino wpływa na wyobrażenia widzów o świecie. Film bierze na warsztat bardzo specyficzny gatunek kina. Analizuje mainstreamowe komedie romantyczne, które przez lata kształtowały wyobrażenia zachodniego widza o miłości… i szybko dochodzi do wniosku, że Hollywood i zachodnie kino w ogóle w kółko opowiada historie miłosne o dokładnie tych samych ludziach: heteroseksualnych, białych, z klasy średniej, w wąskim przedziale wiekowym, pełnosprawnych, szczupłych i pięknych zgodnie z dość wąskimi kanonami urody. Osoby, które odstają od tego wzorca, rzadko są głównymi bohaterami opowieści – a jeśli już występują na pierwszym planie, film dokładnie mówi nam, co muszą zrobić, żeby zdobyć miłość… zmienić się. Problemem są też portrety kobiet w tego rodzaju filmach – najczęściej ich jedyną ambicją jest znalezienie faceta, zazwyczaj muszą być przez niego ratowane z opresji, a nawet jeśli teoretycznie robią jakąś karierę, nieustannie widzimy, jak ponoszą w niej porażki. W końcu kto to widział, żeby mieć jednocześnie i karierę, i miłość. Na przykładach najsłynniejszych i tych mniej znanych filmów o miłości dokument pokazuje, jak tradycyjne komedie romantyczne wykrzywiają obraz kobiet, pokazując je z perspektywy męskich oczekiwań, stereotypizują postaci przyjaciela-geja i pulchnej koleżanki, i tworzą szkodliwe przekonania o tym, kto jest godzien miłości (biali, piękni, szczupli, dostatnie żyjący heterycy), a kto nie doczeka szczęśliwego zakończenia (prawie wszyscy pozostali).

Kadr z filmu <em>Romantic Comedy</em>, 2019.
Kadr z filmu Romantic Comedy, 2019.

Powtarzające się schematy

Po obejrzeniu kilku dokumentów na temat reprezentacji bardzo szybko zaczyna się dostrzegać pewnie punkty wspólne. Okazuje się, że w początkach kina sytuacja pod pewnymi względami była o wiele lepsza niż w późniejszych dekadach. Azjata mógł być jednym z głównych amantów niemego kina, w zupełnie naturalny sposób można było pokazać na ekranie dwóch tańczących ze sobą mężczyzn, rdzenni Amerykanie kręcili dobre filmy sami o sobie, postaci kobiece bywały różnorodne i pełnokrwiste, a branża filmowa była otwarta na twórców z rozmaitych środowisk i na bardzo różnorodne historie. Ale gdzieś po drodze nastąpił zwrot – przemysł filmowy zdominowany został przez białych mężczyzn i to ich (siłą rzeczy ograniczona do ich własnego spojrzenia) perspektywa zdominowała historię kina. Różnorodnych i wielowymiarowych ról dla mężczyzn zrobiło się mnóstwo, ale wszyscy inni bohaterowie wpadli w koleiny stereotypów – być może dlatego, że scenarzystom trudno było zrozumieć ich specyficzne doświadczenia… a czasem nawet w ogóle zrozumieć, że bycie białym heteroseksualnym mężczyzną nie jest uniwersalnym doświadczeniem całej ludzkości – i że spora część populacji doświadcza świata pod pewnymi względami zupełnie inaczej.

Ta dominacja miała miejsce i na ekranie, i po drugiej stronie kamery – Hollywood stało się zamkniętym kółkiem wzajemnej adoracji, do którego wciąż trudno jest się dziś przebić kobietom i rozmaitym mniejszościom. Do dziś uprzedzenia o tym, że filmy o mniejszościach i kobietach (albo kręcone przez nie) na siebie nie zarobią i nikt nie będzie chciał ich oglądać, wciąż są silne w głowach tych, którzy decydują o finansowaniu produkcji. To przekonanie trzyma się mocno, nawet jeśli w ostatnich latach pojawiały się przykłady głośnych produkcji, które dobitnie mu przeczą. I dlatego wciąż znakomita większość filmów każe nam patrzeć na świat wyłącznie oczami białego heteroseksualnego mężczyzny, ze wszystkimi tego konsekwencjami – takimi jak ignorowanie specyficznych doświadczeń całej reszty populacji czy notoryczne karykatury mniejszościowych bohaterów.

A tymczasem jak na dłoni widać, że najlepsze, najbardziej prawdziwe i poruszające filmy o mniejszościach robią… przedstawiciele mniejszości. Prawdopodobnie dlatego, że (co za niespodzianka!) najlepiej wiedzą, jak naprawdę wygląda ich życie, i patrzą na siebie jak na wielowymiarowe istoty ludzkie – a nie zbiór stereotypów. Tam, gdzie tacy twórcy są dopuszczani do głosu, opowieści stają się bogatsze i pełniejsze – i przemawiają do szerokiego spektrum widowni.

Wiele się w ostatnich latach w Hollywood zmienia, ale i wciąż wiele pozostaje jeszcze do zrobienia. Otwieranie się na nowych twórców i ich nowe perspektywy może wyjść kinu tylko na dobre – bo to oznacza więcej nowych, poruszających historii z pełnokrwistymi bohaterami, którzy nie wpadają w ramy ogranych stereotypów, tylko porywają nas swoją prawdziwością i odsłaniają swoje człowieczeństwo.

Ostatecznie – jak usłyszymy niemal w każdym z powyższych dokumentów – ani kobietom, ani mniejszościom nie chodzi o to, by pokazywać je na ekranie zawsze w roli osób kryształowo dobrych, potężnych i nieskazitelnych. Chodzi o to, by pokazywać je prawdziwie, kompleksowo, w rozmaitych odcieniach i niuansach – takimi ludźmi, jakimi są naprawdę.


*Dane statystyczne podaję za powyższymi filmami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.