Fauda, czyli jak się tropi terrorystów

Zamierzałam dzisiaj napisać świeży i oryginalny tekst o pewnym świetnym serialu. Ale cały czas cisną mi się na usta (czy może pod palce) ciągle te same słowa, które powtórzyło już wcześniej mnóstwo ludzi, łącznie nawet ze Szczepanem Twardochem: Izraelczycy robią naprawdę dobre seriale.

Jeśli podobał wam się amerykański Homeland (a dalej uważam, że to jeden z lepszych seriali, jakie w życiu widziałam), to izraelska Fauda też powinna przypaść wam do gustu. Zwłaszcza, że ma wszystkie zalety serialu o terrorystach i służbach specjalnych, a pozbawiona jest wad Homeland – nieuniknionej nutki amerykańskiego patosu i przede wszystkim koszmarnie irytującej Carrie Matthison.

Fauda (z arabskiego: chaos) wciąga nas w sam środek izraelsko-palestyńskiego konfliktu i pozwala poznać kulisy pracy elitarnej izraelskiej jednostki szkolonej do przeprowadzania tajnych operacji po palestyńskiej stronie. Udaje jej się przy tym uniknąć nie tylko moralizatorstwa, ale także zbytniego sympatyzowania z którąkolwiek ze stron. W tym podzielonym świecie na styku kultur i religii Fauda stara się możliwie obiektywnie kreślić portrety ludzi po obu stronach barykady.

Kadr z serialu "Fauda", 2015.
Kadr z serialu Fauda, 2015.

Nie ma tu sztywnego podziału na złych wyznawców islamu i sprawiedliwych żydowskich bohaterów. Świat nie jest czarno-biały i nie ma tu czarno-białych postaci. Nawet największy szaleniec ma kogoś, o kogo dba i kogo kocha. I nawet najodważniejszy żołnierz czasem zamiast pokoju niesie ból i terror. Fauda obok ideologicznych, politycznych i osobistych rozgrywek portretuje po prostu ludzi – z ich mrocznymi sekretami, namiętnościami, ambicjami i błędami, których będą żałować do końca życia.

Nikt tu nie próbuje usprawiedliwiać przemocy ani terroru, ale serial robi pewien krok w kierunku zrozumienia jego mechanizmów. Nie tylko zaglądamy do siatki islamskich terrorystów i sprawdzamy, jak wygląda przygotowywanie samobójczych zamachów, nie tylko podglądamy, jak walcząc z terroryzmem trzeba nauczyć się myśleć i działać jak terroryści – ale też przyglądamy się spirali ataków i odwetów, wzajemnie nakręcanej przemocy i coraz bardziej radykalnym działaniom po obu stronach. Wojna toczy się tu na wielu wymiarach, bywa zarówno kwestią stabilności całego regionu, jak i prywatną zemstą poszczególnych pionków w tej skomplikowanej rozgrywce.

Kadr z serialu "Fauda", 2015.
Kadr z serialu Fauda, 2015.

Chciałabym powiedzieć, że największą siłą Faudy jest autentyzm – jeden z jej twórców był szkolony w podobnej jednostce, drugi przez lata przyglądał się konfliktowi jako dziennikarz i analityk – ale w tym serialu tyle rzeczy jest dobrych, że trudno wybrać tę najlepszą. Trudno się też od niego oderwać, trzyma w napięciu, zaskakuje, myli tropy, a widz sam czasem nie wie, komu ma zaufać.

Od głównego bohatera, Dorona, który wraca do jednostki, by zakończyć swoją ostatnią sprawę, po epizodyczne role wdów po szahidach – pełno w Faudzie świetnie napisanych, pełnokrwistych postaci. Miłym zaskoczeniem jest też to, że w tak męskim, konserwatywnym środowisku pojawiają się też wyraziste i na swój sposób silne role kobiece. Dla mnie dodatkową zaletą jest też to, że wszyscy bohaterowie mówią w swoich ojczystych językach, po hebrajsku i po arabsku – myślę też, że spory szacunek należy się tej części ekipy, która tak płynnie i przekonująco gra w obu językach na raz, że ich bohaterom nietrudno wyprowadzić w pole nie tylko inne postaci, ale także widzów.

Kadr z serialu "Fauda", 2015.
Kadr z serialu Fauda, 2015.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko powtórzyć po raz kolejny: Izraelczycy robią świetne seriale. A pamiętając o tym, że w tym przypadku wziął ich pod swoje skrzydła Netflix, spokojnie można założyć, że drugi sezon Faudy będzie trzymał poziom. To właśnie na Netflixie możecie szukać Faudy – tylko uważajcie, bo jeśli raz was porwie, to już nie wypuści. A wam nawet nie przyjdzie do głowy uciekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.