Książka "Dobrzy sąsiedzi" widziana z góry, na białej powierzchni w otoczeniu suszonych roślin

Dobrzy sąsiedzi z piekła rodem – o książce Sarah Langan

Jak ograć motyw zbrodni w małym, pozornie idealnym miasteczku, by stworzyć coś, co nie będzie wtórne? Wydawałoby się, że dziś nie jest to już takie proste, bo temat był już wałkowany przez niezliczone kryminały i thrillery… Tymczasem Sarah Langan chyba znalazła na to sposób – a dowodem jest jej zaskakująca powieść Dobrzy sąsiedzi.

Dobrzy sąsiedzi to jedna z tych historii, w których spokojne, niemal senne miasteczko na przedmieściach staje się tłem dla tragedii i zbrodni, a wydarzenia, jakie wstrząsają lokalną społecznością, ujawniają głęboko skrywane wstydliwe sekrety mieszkańców pozornie idealnej dzielnicy. Perfekcyjna fasada pęka (niemal dosłownie), kiedy pewnego letniego dnia podczas sąsiedzkiej imprezy w lokalnym parku otwiera się ziemia – a wielkie zapadlisko staje się nie tylko miejscem tragedii, ale i symbolem rozpadu sąsiedzkich więzi i coraz większego mroku ogarniającego poszczególnych bohaterów. Ziejąca w ziemi i uwalniająca toksyczne opary dziura staje się dodatkowym bohaterem, trochę jakby nadprzyrodzoną istotą, która – wydawać by się mogło – stopniowo zatruwa serca i umysły mieszkańców ulicy Maple Street i po cichu, nieubłaganie prowadzi ich do serii zbrodni.

W budowaniu napięcia doskonale pomaga konstrukcja książki – swoista warstwa metatekstualna, która już na wstępie sugeruje czytelnikowi, że opisane w książce wydarzenia to nie tylko jakaś zwykła zbrodnia, ale zbrodnia-celebrytka, jedna z tych, które całe lata później nadal rozpalają wyobraźnię i prowokują burzliwe dyskusje o tym, co się właściwie wydarzyło. Powieść zaczyna się fragmentem stylizowanym na cytat z publikacji naukowej z roku 2043, a później kolejne rozdziały przetykane są cytatami z wywiadów, artykułów prasowych, opracowań akademickich – które pod różnymi kątami z perspektywy czasu analizują wydarzenia przy Maple Street, niekiedy rzucając na nie nieco więcej światła, niekiedy wręcz przeciwnie, zaciemniając obraz zuchwałymi interpretacjami tego, co się stało.

Ten prosty zabieg osiąga kilka ważnych celów. Z jednej strony podkręca napięcie, zapowiada, że w tym spokojnym miasteczku wkrótce wydarzy się coś strasznego, jeszcze zanim „właściwa” fabuła dotrze do kulminacyjnych wydarzeń. A to od razu wprowadza nas w tryb analityczny – przyglądamy się zachowaniom poszczególnych bohaterów z dużo większą uwagą, wiedząc, że każdy drobny szczegół może tu odegrać rolę w mającej się wydarzyć zbrodni. Z drugiej strony ten formalny zabieg w pewien sposób „uwiarygodnia” nam opisywane wydarzenia i buduje wokół całej sprawy specyficzną otoczkę: czujemy się trochę jak widzowie serialu dokumentalnego true crime albo słuchacze podcastu o niewyjaśnionych prawdziwych morderstwach – tyle tylko, że morderstwo, o którym mowa, „jeszcze” się nie wydarzyło, bo akcja powieści osadzona jest w roku 2027. Nieuważny czytelnik, który nie spojrzy na daty, mógłby się jednak z powodzeniem nabrać na ten zabieg i zaintrygowany pytać internetowej wyszukiwarki, co też takiego wydarzyło się przy Maple Street.

Śledzimy więc akcję niejako dwutorowo – z jednej strony kolejno przyglądamy się perspektywom mieszkańców ulicy i uczestników wydarzeń, poznając ich wstydliwe sekrety i pokręcone motywacje, z drugiej zaś spoglądamy na wszystko z dystansu, śledząc medialną dyskusję i narastającą wokół Maple Street legendę, która żyje własnym życiem, obrasta w teorie spiskowe i nie stroni od ferowania wyroków i zajmowania stron w dawno minionym sąsiedzkim konflikcie. To połączenie buduje bardzo specyficzny, elektryzujący klimat, ale też może zostać odczytane jako swoisty komentarz do niezwykle popularnego w ostatnich latach gatunku true crime, który na tym się właśnie opiera: na rozbieraniu na części tragedii, jaka dotknęła realne osoby, i w pewnym sensie na zamienianiu czyjegoś dramatu w atrakcyjne i angażujące widowisko.

Wszystko zaczyna się od wspomnianego zapadliska… Ale czy na pewno? Szybko orientujemy się, że pierwsze rysy na idealnym wizerunku uroczego przedmieścia pokazały się dużo wcześniej, wraz z pojawieniem się nowych sąsiadów, tak różnych od reszty. Wyzywająco ubrana była laureatka konkursów piękności i wytatuowany były rockman-narkoman wraz z dwójką swoich dzieci mówiących z brooklyńskim akcentem są dla lokalnej społeczności tak egzotyczni, jakby co najmniej przylecieli z kosmosu. Pragnienie Wilde’ów, by przeprowadzką do lepszej dzielnicy podnieść status społeczny rodziny i zapewnić dzieciom łatwiejszy start w przyszłość, okazuje się dość naiwne, ale i staje się początkiem koszmaru, jaki wkrótce ma ich spotkać. Bo Dobrzy sąsiedzi to nie tylko wciągający thriller o zbrodni w małym miasteczku, ale także opowieść o głęboko zakorzenionych uprzedzeniach i kuszących samosądach, a nawet swego rodzaju dekonstrukcja amerykańskiego snu o awansie społecznym i pięknym domu na spokojnych przedmieściach.

Dobrzy sąsiedzi to powieść, która kryje w sobie znacznie więcej, niż można by się po niej spodziewać. Autorka umiejętnie wykorzystuje popularne, czasem nieco zgrane już motywy – jak zbrodnia w spokojnym miasteczku, śmierć dziecka wywołująca kaskadę dramatów czy elementy gatunku true crime – i przetwarza je w tak pomysłowy sposób, że efekt końcowy zadowoli zarówno fanów fikcyjnych thrillerów, jak i kryminalnych historii pisanych przez samo życie. Zdecydowanie polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.