Dlaczego nie oglądam filmów z dubbingiem

Dyskusja o dubbingu jest trochę jak relacja kibiców dwóch zwaśnionych drużyn piłkarskich. Albo dwóch plemion, które od zarania dziejów toczą ze sobą wojny. Zazwyczaj toczy się mniej więcej wewnątrz ram nakreślonych przez zdania: „ale jak w ogóle można oglądać filmy z dubbingiem, przecież to barbarzyństwo” oraz „co, snobie, dubbing ci przeszkadza? myślisz, że jesteś lepszy?”. Jeśli spojrzeć na to logicznie, cała ta dyskusja nie ma sensu – niech każdy ogląda filmy tak, jak chce i jak lubi. Ale w związku z tym, że ewidentnie trudno jest się nam nawzajem porozumieć, postanowiłam jasno wyłożyć sobie i całemu światu, o co mi właściwie chodzi i dlaczego nie oglądam filmów z dubbingiem (zazwyczaj).

Żeby było jasne – to nie jest tak, że z zasady hejtuję dubbing. Choć nie ukrywam, że zdarza mi się z niego czasem żartować. Jak wtedy, gdy przytaczam anegdotkę o pięknym śnie, który szybko zamienił się w koszmar – w którym poznałam najwspanialszego mężczyznę na świecie, normalnie chodzący ideał… a potem się okazało, że on chodzi na filmy Marvela z dubbingiem*. Ale tak naprawdę moje unikanie filmów z dubbingiem wcale nie wynika z irracjonalnego uprzedzenia. Kryje się za nim bardzo konkretny, praktyczny (nawet jeśli dla niektórych rzeczywiście snobistyczny) powód.

Jestem tym typem widza, który chce doświadczać filmu w formie możliwie najbliższej oryginałowi. Taką mam potrzebę. Ambicję. Kaprys. Zwyczajnie to sprawia mi największą przyjemność. Chcę zobaczyć film w takiej formie, w jakiej reżyser wypuścił go na rynek. Chcę posłuchać dialogów w takiej formie, w jakiej napisał je scenarzysta, i doświadczyć aktorskich kreacji takich, jak zostały zagrane przez przez ludzi widocznych na ekranie. Ze wszystkimi niuansami nie tylko widocznymi na ich twarzach, ale i słyszalnymi w ich głosie. Ba, chcę też być częścią międzynarodowej dyskusji (tej poważnej) i (tej mniej poważnej) społeczności wymieniającej się memami – co jest jednak troszkę prostsze, jeśli znasz oryginał i posługujesz się cytatami z niego.

Film to nie tylko fabuła i obraz – w warstwie dźwiękowej kryje się naprawdę wiele i jako widz chcę tego doświadczać tak, jak zaplanował to reżyser. W przypadku polskich filmów sprawa jest prosta – idę do kina i oglądam (choć niektórym z nich z racji fatalnego udźwiękowienia też czasem przydałyby się napisy). W przypadku języków obcych, zarówno tych, które rozumiem doskonale, tych które rozumiem tylko trochę, jak i tych, w których nie rozumiem ani słowa – chodzę do kina na wersję z napisami. Pod warunkiem, że mam taką możliwość, bo nie zawsze dystrybutorzy biorą pod uwagę takiego widza jak ja – zwłaszcza w przypadku filmów Disneya czy ekranizacji książek dla dzieci, wydaje im się, że do kina pójdą same dzieciaki, którym dubbing jest raczej niezbędny. A to może być błędne założenie. Hobbit też powstał na podstawie książeczki dla dzieci, a prawdopodobnie się nie pomylę, jeśli powiem, że to głównie dorośli widzowie nabili kieszenie jego dystrybutorowi.

W przypadku zagranicznego kina często nieodzowny staje się więc przekład na język polski. Praca tłumaczy to wspaniała rzecz – pozwala nam doświadczyć dzieł kultury, po które w innym przypadku zwyczajnie nie moglibyśmy sięgnąć ze względu na barierę językową. Nieustannie chylę czoła przed wszystkimi tłumaczami traktującymi swoją pracę poważnie. Ale w przypadku przekładu filmowego i dubbingu, w pewnym sensie mamy do czynienia z dwoma etapami tłumaczenia. W pierwszej kolejności tłumaczymy i lokalizujemy ścieżki dialogowe – i na tym etapie zatrzymuje się wersja filmu z napisami. Ale podczas tworzenia dubbingu ten przetłumaczony tekst jest potem przekładany jeszcze raz – na pracę nowej ekipy, nowych aktorów i wizję nowego reżysera.

Już samo tłumaczenie jest w pewnym sensie tworzeniem nowego dzieła – bo przekład z jednego języka na drugi to nie mechaniczne szukanie odpowiedników poszczególnych słów, ale kreatywna praca, która nieustannie lawiruje pomiędzy wiernością oryginałowi, przełożeniem sensu na zrozumiałe dla lokalnego odbiorcy warunki, zachowaniem formy, melodii języka, czasem rytmu zdań… Coś odbywa się kosztem czegoś, a na końcu powstaje dzieło, które niby jest tym samym, a jednak jest czymś trochę innym i może inaczej rozkładać akcenty czy pomijać jakieś szczegóły.

Weźmy taką hitową piosenkę Let it go po polsku znaną jako Mam tę moc z filmu Kraina Lodu (Frozen), o który niemal pokłóciłam się ze swoim bratem, fanem dubbingu w filmach Disneya, kiedy przyszło nam wybrać, jaką wersję będziemy razem oglądać. Obie piosenki brzmią świetnie i potrafią się wryć w mózg tak, że będziemy je śpiewać przez miesiąc – ale też obie trochę inaczej rozkładają akcenty. W polskiej wersji Elsa poświęca najwięcej uwagi cieszeniu się z tego, że ma moc, że odkryła w sobie siłę i że pokaże wszystkim, na co ją stać. Oryginalna Elsa bardziej podkreśla to, że właśnie wyrywa się z narzuconych ograniczeń i zostawia za sobą lęki, aby móc odkryć w sobie tę moc i siłę, zaakceptować ją w sobie. Punkt dojścia jest dla nich być może podobny, ale oryginalne Frozen na przestrzeni jednej piosenki robi chyba trochę więcej dla budowania postaci – a przynajmniej podkreśla w niej inne elementy.

Dubbing idzie jeszcze dalej niż tłumaczenie – nie tylko przekłada tekst, ale w pewnym sensie tworzy film trochę od nowa. Tutaj niuanse, akcenty i znaczenia mogą zostać rozłożone inaczej nie tylko na etapie pracy tłumacza, ale i potem, kiedy do studia wchodzi reżyser dubbingu z zupełnie nowym zestawem aktorów, którzy po swojemu tworzą role i interpretują postaci. To czasem skutkuje takimi perełkami jak Shrek, którego polski dubbing powszechnie (nie tylko w naszym kraju) uważany jest za lepszy od oryginalnej wersji. Ale to wciąż nie zmienia faktu, że dla kogoś, kto chce się znaleźć możliwie jak najbliżej oryginału, dubbing to już coś podwójnie oddalonego od oryginalnego dzieła – i wiele elementów może w nim wybrzmiewać inaczej niż w wizji pierwotnego reżysera, albo wręcz nie wybrzmieć wcale i zgubić się gdzieś w tłumaczeniu. Tak jak moim zdaniem w polskim dubbingu nie do końca wybrzmiała specyficzna atmosfera budowana w filmach z serii Jak wytresować smoka przez twarde, szkockie akcenty aktorów podkładających głos wikingom. Uwielbiam takie smaczki. A one niestety w dubbingu często znikają.

Animacje z dubbingiem to jedno. Ale jeszcze dalej trzymam się od dubbingowanych filmów aktorskich. Bo w przypadku filmów live action, które coraz częściej trafiają do kin i na platformy streamingowe z dubbingiem, oryginalna rola aktorska zostaje już nie tyle podmieniona na inną, co zniekształcona – i to czasem w taki sposób, że dźwięk rozjeżdża się z ruchami ust aktora tak jak, nie przymierzając, w reklamie niemieckiego proszku do prania. Ale nawet kiedy dźwięk i obraz się za bardzo nie rozjeżdżają (co często osiąga się kosztem zgodności dialogów z oryginałem), to wciąż dubbing przysłania mi ważną część aktorskiego występu człowieka, którego widzę na ekranie. Głos, sposób mówienia, akcent i cała reszta dźwiękowych niuansów w ogromnym stopniu budują rolę i postać. Kiedy idę do kina na Avengersów z Robertem Downeyem Juniorem, to chcę usłyszeć, jak on zagrał Iron Mana – a nie jak zrobił to Mariusz Bonaszewski. Z całym szacunkiem dla pana Mariusza – to jednak nie jest to samo.

Trudno byłoby mi oceniać grę aktorów widocznych na ekranie, kiedy część ich pracy zostaje zastąpiona obcym głosem. Trudno też oceniać oryginalny film, kiedy polska ekipa wnosi do niego swoje własne interpretacje, maniery i subtelności. To nie musi oznaczać, że dubbing ten film psuje – po prostu tworzy coś trochę innego. Swojego. A to nie jest to, czego szukam w kinie. Dlatego zawsze, jeśli mam do wyboru wersję z napisami, wybiorę napisy. One są dla mnie optymalne – pozwalają doświadczyć filmu możliwie najbliżej oryginału. Dubbing jest z mojego punktu widzenia najmniej korzystny – już nawet nieszczęsny wynalazek bloku wschodniego, jakim jest telewizyjny lektor, znajduje się na mojej liście wyżej, bo spod niego przynajmniej przebija się oryginalna ścieżka dźwiękowa, co pozwala na porównania z tłumaczeniem czy zauważenie pewnych manier aktorów.

Zdaję sobie sprawę, że piszę to wszystko z uprzywilejowanej pozycji człowieka, którego od najmłodszych lat rodzice sumiennie posyłali na prywatne lekcje angielskiego… dzięki czemu konsumowanie większości mainstreamowej kultury jest dla mnie raczej bezwysiłkowe i nie muszę się stuprocentowo skupiać na czytaniu napisów, co potrafi być męczące czy rozpraszające. Wiem, że potrafi, bo z tego powodu ciągle odkładam na później nadrobienie niemieckojęzycznego Dark. Ale moja postawa wobec dubbingu nadal utrzymuje się także w stosunku do filmów w językach, których zupełnie nie znam, albo w których bardzo daleko mi do biegłości. Z napisami oglądam japońskie anime, francuskie komedie i izraelskie seriale. I z napisami obejrzę w końcu Dark, kiedy już przyjdzie na to właściwy moment. Owszem, czytanie napisów czasem wymaga większego skupienia – ale bez mrugnięcia okiem jestem w stanie zapłacić tę cenę w zamian za zachowanie atmosfery i autentyczności świata przedstawionego. A język, jakim mówią bohaterowie, i to, w jaki sposób to robią, jest dla mnie ogromną częścią klimatu całego filmu.

Czy to wszystko oznacza, że uważam dubbing za zło wcielone? Oczywiście, że nie. Ta forma ma swoje niezaprzeczalne zalety, zwłaszcza w kontekście ułatwiania dostępu do filmu osobom, które w przeciwnym przypadku mogłyby mieć problem z jego odbiorem – na przykład dzieciom, osobom starszym czy dyslektykom. Dobrze, że taka forma istnieje, bo każda forma zwiększająca dostępność do kultury jest dobra. Co nie znaczy, że ja muszę z niej korzystać.

Czy to wszystko oznacza, że nigdy nie oglądam niczego z dubbingiem? Też nie. Ale prawdą jest, że zdarza mi się to rzadko i zazwyczaj robię to na zasadzie porównania oryginału z polską wersją (choć zdarzają się i takie rzadkie przypadki, gdy to porównanie wypada na korzyść polskiej wersji i potem zostaję już przy niej – mam tak z Rickiem i Mortym). W pierwszej kolejności sięgam jednak po oryginał z napisami – bo to jest dla mnie najpełniejsza forma doświadczania filmu czy serialu.

Czy wreszcie przeszkadza mi to, że ludzie chodzą do kina na filmy z dubbingiem? Oczywiście, że nie. Ale jest niemal pewne, że nie spotkamy się na jednym seansie.

Być może taka postawa rzeczywiście jest przez niektórych odbierana jako snobistyczna… Ale hej, ja tu piszę o kulturze. Ja ją rozbieram na części. Większym snobem już chyba nie będę.


*Co nie znaczy, że ten wyimaginowany mężczyzna jest złym człowiekiem czy coś, koszmar miał raczej naturę praktyczną – bo po co z kimś być, jak nie można z nim pójść do kina na Marvela. Z napisami oczywiście.

3 komentarze

  • W zasadzie zgadzam się ze wszystkimi tezami, które tu stawiasz. Jest jeden wyjątek: Bartosz Wierzbięta! Ten gość potrafi napisać dubbing do czegokolwiek w taki sposób, że prawie na pewno wersja zdubbingowana będzie lepsza od oryginału 😉

    Oczywiście warto znać oryginał, ale jeszcze nie napotkałem filmu z dubbingiem autorstwa p. Bartosza, który brzmiałby lepiej w oryginale niż po polsku.

  • Wypowiem się z perspektywy osoby, dla której ważna jest dostępność, o której wspominasz, bo ważna być musi. Jestem osobą niewidomą od urodzenia. Znam język angielski na tyle, że mogę chodzić do kina na filmy z napisami, ale oczywiście, nikt mi tych napisów nie przeczyta, bo wystarczyły mi komentarze ludzi na fotelach za mną, czy przede mną, kiedy ktoś opisywał mi rozgrywającą się właśnie scenę, te przy czytaniu napisów były i za pewne były by nadal jeszcze gorsze. W moim przypadku z angielskim jest tak, że akcenty, a raczej różne ich typy, różne dialekty czy coś podobnego zaburza mi odbiór filmu, a z kolei lektor sprawia, że nie rozróżniam postaci tak bardzo, jak mogę to zrobić w przypadku dubbingu. Napisy może mi np. na netflix przeczytać synteza mowy, ale jest to takie czytanie, że przy dłuższym spotkaniu z taką treścią zwyczajnie usypiam, bo oczywiście syntezatory w dzisiejszych czasach mówią już mniej, jak roboty, a bardziej jak ludzie, ale to wciąż sztuczny głos. Niemniej jednak zgadzam się z tym, o czym mówisz w kwestii tłumaczeń. Ot i takie jest zdanie człowieka postrzegającego kino w nieco inny sposób. 🙂

  • Ja się nie zgadzam powinien być dubbing W polskiej telewizji i w kinie lub polskie napisy lektor do filmów przyszedł do nas z Rosji tylko już nawet oni odchodzą od lektora i dubbing rosyjski robią do wielu filmów. To naprawdę głupie żeby lektor męski głos czytał wszystkie dialogi męskie i kobiety po drugie jaki film z dubingiem pamiętam najbardziej rob roy miał dubbing polski na canal + kto widział to wie był super. Po drugie większość filmów z lektorem na ogólnych stacji w telewizji w Polsce ma niekiedy a raczej większość ocenzurowane dialogi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.