Kadr z filmu Aquaman, reż. James Wan, 2018.

Aquaman – od lamera do bohatera

by Mila

Jeszcze niedawno, gdyby ktoś mi powiedział, że Aquaman okaże się najlepszym filmem uniwersum DC, prawdopodobnie powątpiewałabym w jego zdrowie psychiczne… To po prostu nie miało prawa się udać. Aquaman to jeden z tych superbohaterów, których nie da się potraktować zbyt poważnie (a filmowe DC nie za bardzo umie inaczej). Koleś gada z rybami. Ma głupio brzmiącą ksywę. Nosi paskudne, kiczowate kostiumy w zielonych i pomarańczowych kolorach. W komiksach wygląda trochę jak blond Ken od Barbie. Generalnie to taka Mała Syrenka na sterydach. Pamiętacie, jak w Big Bang Theory Raj przebrał się za Aquamana i wyglądał trochę jak morska wersja Lajkonika? Nawet największe nerdy w historii telewizji uważają, że Aquaman to lamer (wiecie, la mer – taki suchy morski żarcik). A tymczasem na przekór wszystkiemu Aquaman okazał się pierwszym od lat filmem DC, na który nie mam powodów narzekać i który prawie ani razu nie wywołuje zażenowania.* Kto by pomyślał.

Kadr z filmu <em>Aquaman</em>, reż. James Wan, 2018.

A tu niespodzianka. Kadr z filmu Aquaman, reż. James Wan, 2018.

Dla tych, którzy niezbyt uważnie śledzą superbohaterski panteon DC – Aquaman, znany również jako Arthur Curry, to syn najzwyczajniejszego na świecie latarnika i cokolwiek niezwyczajnej podwodnej istoty, królowej Atlantydy. Takie pochodzenie sprawia, że Arthur w owianym tajemnicą podwodnym świecie jest równocześnie niegodnym mieszańcem i prawowitym dziedzicem tronu, a na powierzchni urasta do rangi superbohatera – głównie dzięki temu, że może oddychać pod wodą i gadać z rybami, choć ponadludzka siła, szybkość i wytrzymałość też mają tu co nieco do powiedzenia.

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl w związku z Aquamanem – rzecz jasna poza nadludzko męskim Jasonem Momoa** – to wrażenie, że gdzieś już to wszystko widziałam. Bitwy jak z Władcy Pierścieni. Spacery po pustyni jak z Mumii albo Indiany Jonesa. Atlantyda migocząca prawie jak w Avatarze. Mera, która w zasadzie jest trochę bardziej waleczną Małą Syrenką. Sceny miłosne jak z komedii romantycznych. I wreszcie fabuła gdzieś na styku Króla Lwa, Thora i paru sztuk Szekspira. Twórcy czerpią tu z popkultury ochoczo i bez zażenowania, mając przy tym pomysł, jak poszczególne elementy wykorzystać i ze sobą połączyć. Mogłoby się wydawać, że zestawienie tych wszystkich elementów będzie strasznie chaotyczne… Ale w tym szaleństwie jest metoda. I mimo pozornego chaosu to prawdopodobnie jest najbardziej spójny film DC od czasów Nolana.

Kadr z filmu <em>Aquaman</em>, reż. James Wan, 2018.

Arielka 2.0. Amber Heard jak Mera. Kadr z filmu Aquaman, reż. James Wan, 2018.

Ale nie tylko zapożyczenia sprawiają, że film wydaje się dziwnie znajomy. On jest po prostu jak wyciągnięty z przeszłości. Aquaman (gdyby nie ograniczenia techniczne) równie dobrze mógłby powstać z 20 lat temu, kiedy w rozrywkowych produkcjach chodziło głównie o rozmach, upchnięcie jak największej ilości naparzania się po twarzach na ekranie i pozornie niepasujących do filmu piosenek na ścieżce dźwiękowej. W czasach, kiedy nikt specjalnie nie przejmował się szczegółowością scenariusza ani takimi drobnostkami jak psychologia bohatera czy rozwój postaci. A ludzie w kinie i tak bawili się przednio.

Teraz też się przednio bawią i widać, że twórcy równie dobrze bawili się na planie – spójrzcie na Jasona surfującego na wielkim koniku morskim i spróbujcie nie podzielać jego radochy. Największą zaletą Aquamana jest to, że ten film dokładnie wie, czym chce być, konsekwentnie do tego dąży – i się tego nie wstydzi. Cały problem Aquamana polegał na tym, że w powszechnej świadomości to jest jednak trochę kiczowaty bohater. Twórcy mieli tu w zasadzie dwie opcje: desperacko udawać, że tak nie jest… Albo wycisnąć z tego kiczu wszystko, co się da, i po prostu się nim bawić. Na swoje i nasze szczęście wybrali drugą opcję.

Kadr z filmu <em>Aquaman</em>, reż. James Wan, 2018.

Avatar wersja podwodna. Kadr z filmu Aquaman, reż. James Wan, 2018.

To ma być film czysto rozrywkowy, ładny i przyjemny – i spełnia swoje zadanie. W przeciwieństwie do paru poprzednich filmów DC, które albo nie wiedzą, czym mają być, albo chcą być wszystkim naraz i niewiele z tego wychodzi… A tu wszystko jest proste – ma być fajnie. Jasne, światu niby grozi zagłada, ale nikt tu nie wprowadza atmosfery większej niż życie. Nikt nie próbuje łączyć cmentarnego klimatu Gotham z czymś, co chyba miało być poczuciem humoru, zanim do roli Batmana zatrudniono Bena Afflecka. Kiedy Aquaman ma być zabawny, jest zabawny, a nie żenujący. Kiedy ma być uroczy, jest uroczy, a nie śmieszny. A kiedy armia ma stanąć do walki, dosiadając koników morskich i rekinów, to nie ma czasu się zastanawiać, czy to nie jest przypadkiem absurdalny pomysł, bo dostajemy dobrze nakręcone sceny bitewne.

Kadr z filmu <em>Aquaman</em>, reż. James Wan, 2018.

Kadr z filmu Aquaman, reż. James Wan, 2018.

Na pewno sporą zaletą jest też Jason Momoa w tytułowej roli. Ktoś, kto podjął tę odważną decyzję, musiał mieć niezłego nosa. Jason w końcu nijak nie przypomina pierwowzoru z komiksów – od karnacji, przez wyraz twarzy, po dzikość w oczach jest tak daleki od oryginału, jak to tylko możliwe. Ale to dobrze. Bo dzięki temu twórcy mogą sobie pozwolić na więcej swobody w kreowaniu Atlantydy. Blond laluś pokroju Legolasa mógłby zamienić ten film w drugą Małą Syrenkę. Tylko trochę bardziej żenującą. Zresztą, to chyba jeden z tych przypadków, kiedy aktor dostaje rolę dopasowaną do siebie jak dobrze skrojona rękawiczka. Można się zastanawiać, ile jest w tym aktorstwa, a ile po prostu bycia Jasonem w kostiumie… ale spójrzcie na Iron Mana i powiedzcie, że takie dopasowanie osobowości się nie sprawdza. DC nie ma aż takiego szczęścia do castingów jak Marvel, dzięki czemu obecnie ichne uniwersum ciągną do przodu sztywny-jakby-kij-połknął Batman i kompletnie pozbawiony charyzmy Superman… Wyrazisty i magnetyczny Jason Momoa w roli Aquamana jest więc bardzo mile widzianą odmianą. I może ta orzeźwiająca morska bryza trochę rozrusza całe uniwersum. Kto by pomyślał, że najbardziej kiczowaty bohater może kiedyś mieć szansę stać się tym najfajniejszym w całej paczce!

Kadr z filmu <em>Aquaman</em>, reż. James Wan, 2018.

Nawet Jason jest zdziwiony! Kadr z filmu Aquaman, reż. James Wan, 2018.

________________________

* Wonder Woman mogła być pierwsza, ale trzeci akt filmu trochę kulał i cokolwiek przesadzono z wątkiem miłosnym.

** Mam takie podejrzenie, że Jason Momoa jest z innej planety. To musi być wspaniała planeta. No spójrzcie na niego!

Przeczytaj także:

Skomentuj

Ta strona wykorzystuje pliki COOKIES zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Dowiedz się więcej.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close