9 wniosków po obejrzeniu The Office

Naszło mnie ostatnio na nadrabianie amerykańskiej wersji serialu The Office – w związku z czym spędziłam cały miesiąc w towarzystwie ekscentrycznych pracowników regionalnego biura sprzedającej papier firmy Dunder Mifflin, śledząc ich zawodowe i osobiste perypetie na przestrzeni 9 sezonów. Oto 9 najważniejszych wniosków, jakie nasunęły mi się podczas oglądania [tekst zawiera pewne spoilery]:

1. To niesamowite, jak dużo seksistowskich, rasistowskich i w ogóle obraźliwych tekstów da się upchnąć w serialu bez ponoszenia negatywnych konsekwencji, jeśli włożymy je w usta bohaterowi, który jest za nie wyraźnie potępiany na ekranie. Trochę takie zjeść ciastko i mieć ciastko.

2. The Office fenomenalnie wykorzystuje formułę mockumentu, stylizując serial na kręcony w biurze dokument o pracownikach Dunder Mifflin. Podoba mi się też, że serial nie poprzestaje tylko na wstawkach, w których bohaterowie prosto do kamery komentują nawzajem swoje zachowania i rozmaite sytuacje – i że pod koniec motyw filmu w filmie staje się elementem fabuły. Widzimy ekipę, która podąża za bohaterami, pojawiają się informacje o nadchodzącej premierze dokumentu i jej konsekwencjach, bohaterowie stają się sławni – po kilku latach emisji serialu nie tylko pozawala to w ciekawy sposób podsumować drogę, jaką przeszli poszczególni bohaterowie, ale też stanowi swego rodzaju metakomentarz do popularności samego serialu.

Kadr z serialu <em>The Office</em>.
Kadr z serialu The Office.

3. To fascynujące, jak bardzo można się zżyć z bohaterami, z którymi w prawdziwym życiu za nic nie chciałoby się mieć do czynienia. Znaczna część bohaterów The Office to koszmarnie irytujący i trudni w obyciu ludzie – a jednak po przebrnięciu kilku pierwszych odcinków (jeśli nie całego sezonu albo dwóch) stopniowo zaczynamy ich lepiej rozumieć i lubić… by wreszcie zdać sobie sprawę, że przeszliśmy drogę od totalnego cringe’u i irytacji do wzruszonego pochlipywania przy ostatnich odcinkach.

4. Nigdy nie pałałam zbyt dużą sympatią do Steve’a Carella, a jego obecność w obsadzie różnych produkcji działała na mnie raczej odstraszająco… A paradoksalnie to właśnie The Office, gdzie gra koszmarnie irytującego bohatera, któremu z ust nie schodzą chamskie żarty, sprawiło, że jakoś powoli nabrałam do niego sympatii. Nadal jestem w szoku.

Kadr z serialu <em>The Office</em>.
Kadr z serialu The Office.

5. W związku z tym, że oglądałam The Office na Amazon Prime Video, które ma cudowną funkcję pokazywania nazwisk aktorów grających w danej scenie (i innych produkcji, z których są znani – potrzebuję tej funkcji na wszystkich platformach!), szybko zauważyłam, że część bohaterów nosi dokładnie takie same imiona, jak wcielający się w te postaci aktorzy. Angela, Phyllis, Oscar, Clark (znany również jako młody Dwight), Hidetoshi chirurg z Tokio, Creed Bratton, który nosi pełne nazwisko aktora – przypadek? Wśród twórców i obsady nie ma zgody co do tego, czy były to „świadome kreatywne decyzje” czy po prostu lenistwo scenarzystów. Jedno chyba nie wyklucza drugiego.

6. Chociaż na początku wydaje się, że głównym bohaterem jest szef Michael Scott, a właściwie przez cały serial jednym z centralnych wątków jest relacja Pam i Jima, to tak naprawdę głównym protagonistą serialu okazuje się być Dwight Schrute. To on na przestrzeni dziewięciu sezonów przechodzi największą przemianę, to on ostatecznie zdobywa wszystko, czego pragnął, i to jego wątek dostaje najbardziej satysfakcjonujące zamknięcie. Kto by się tego spodziewał po kilku pierwszych odcinkach?

Kadr z serialu <em>The Office</em>.
Kadr z serialu The Office.

7. Być może jestem złym człowiekiem, ale w ostatnich sezonach przez chwilę miałam nadzieję na romans Pam z uroczym dźwiękowcem. Uwielbiam relację Pam i Jima, ale równocześnie mam też takie zboczenie, że lubię sobie wybrać w serialu najbardziej niewłaściwą parę i trzymać za nią kciuki wbrew wszelkiej logice… Często dlatego, że lubię bohaterów nieszczęśliwie zakochanych. Na szczęście akurat w tym przypadku scenarzyści byli mądrzejsi ode mnie i nie zepsuli zakończenia serialu niepotrzebnym rozwodem – bo to mogłaby być jedna z tych niewybaczalnych wpadek na miarę zakończenia Jak poznałem waszą matkę.

8. Poziom absurdów, jaki przez lata odchodzi w biurze Dunder Mifflin, działa trochę jak szczepionka przeciwko czepianiu się dziwnych rozwiązań i ewidentnych dziur fabularnych. Pod koniec serialu niektóre wątki zamykają się w dość dyskusyjny sposób albo są potraktowane tak bardzo skrótowo, że trudno w nie uwierzyć – jak choćby w przypadku Erin i jej nagle odnalezionych rodziców. Ale czy to przeszkadza w odbiorze? Nie, bo na tym etapie jesteśmy już na takie rzeczy w pełni uodpornieni!

9. Oglądając The Office, człowiek zaczyna myśleć, że tak naprawdę w jego pracy nie dzieje się absolutnie nic ciekawego – i właściwie trochę trudno zdecydować, czy to dobrze, czy jednak niekoniecznie!

2 komentarze

  • The Office to według mnie idealnie skrojony serial pod moje poczucie humoru. Nie przemawiają do mnie produkcje, w których co żart odtwarzana jest salwa śmiechu zmuszająca mnie do reakcji. W The Office tutaj tego nie doświadczysz. Super gra aktorska, scenariusz idealnie skrojony pod postaci. Przyznam szczerze, że chętnie sięgam po ten tytuł mimo obejrzenia wszystkich odcinków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.