3 sceny, które podrywają mnie z fotela

Czasem zdarza się, że jakaś scena w filmie czy serialu porusza nas do tego stopnia, że mamy ochotę zerwać się z fotela i klaskać. Krzyczeć z radości. Albo zwracać uwagę wszystkich na ten jeden mały moment. Trochę jak w tym memie z Leonardo DiCaprio wskazującym palcem na telewizor. Najczęściej zdarza się to, kiedy rozpoznajemy na ekranie cząstkę siebie, coś dla nas ważnego, co bardzo rzadko mamy okazję oglądać w kulturze – albo kiedy jakaś postać nagle wyraża dokładnie to, co myślimy czy czujemy. Dziś chcę się z wami podzielić trzema takimi scenami, które niezawodnie podrywają mnie z fotela. I tak się jakoś składa, że wszystkie trzy sceny dotyczą kobiecych bohaterek. [Tekst zawiera spoiler do filmu Kapitan Marvel].

Ptaki Nocy: łatwiej się walczy ze związanymi włosami

Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) to nie był wybitny film, choć przyznaję, że bardzo przyjemnie i satysfakcjonująco się go oglądało. Ale największy entuzjazm wywołała we mnie scena z gumką do włosów.

Kadr z filmu <em>Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)</em>, reż. Cathy Yan, 2020.
Kadr z filmu Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn), reż. Cathy Yan, 2020.

W końcu ktoś chociaż trochę odniósł się do tego, że sposób pokazywania kobiecych bohaterek w filmach akcji na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat bywa… absurdalny. Niewygodne, ale obowiązkowo seksowne kostiumy, bieganie i bicie się na obcasach, rozpuszczone włosy, które nadal nienagannie się układają po bitwie albo biegu… Serio, ja mam problem z tym, żeby zjeść obiad albo umyć zęby, kiedy rozpuszczone długie włosy lecą mi na twarz, a co dopiero nawalać się ze złolami na śmierć i życie. Ta prosta scena, w której jedna bohaterka w samym środku nawalanki podaje drugiej gumkę do włosów, żeby łatwiej jej się walczyło, to przebłysk geniuszu.

House of Cards: a ty żałujesz, że masz dzieci?

Decyzje reprodukcyjne kobiet są pod nieustannym ostrzałem i niezależnie od tego, co wybierasz, i tak masz szansę usłyszeć jakieś pytania w stylu: ale jak to nie chcesz mieć dzieci? czemu masz tylko jedno? to kiedy drugie, przecież musi mieć rodzeństwo? dlaczego aż czwórka, czy ty nie słyszałaś o antykoncepcji? Cokolwiek wybierzesz, zawsze ktoś się przyczepi, ale jeśli w ogóle nie masz dzieci, jesteś pod specjalnym obstrzałem. Te wścibskie przytyki przewijają się też przez filmy i seriale – ale nigdy wcześniej nie widziałam, żeby ktoś tak pięknie odbił piłeczkę i uciął dyskusję jak Claire Underwood w serialu House of Cards.

Zapytana przez inną kobietę o to, czy żałuje, że nigdy nie mieli z Frankiem dzieci, zamiast się tłumaczyć, odparła po prostu „a czy ty żałujesz, że masz dzieci?” – i tym prostym odwróceniem sytuacji obnażyła absurd włażenia z butami w cudze decyzje reprodukcyjne. Oglądałam ten odcinek kilka razy i za każdym razem musiałam zatrzymać go w tym momencie, żeby przetworzyć to, jak fantastyczna i satysfakcjonująca była to scena.

Przy okazji, jeśli interesuje was temat bezdzietnych kobiet w kulturze, to przypominam, że napisałam fajny tekst na ten temat.

Kapitan Marvel: nie muszę ci niczego udowadniać

Kapitan Marvel w całości jest filmem, podczas którego mam ochotę klaskać i krzyczeć z radości, ale jest jedna scena, która wyzwala we mnie szczególne emocje – i ktokolwiek siedział obok mnie w kinie podczas seansów tego filmu, na pewno zauważył, jak podczas niej niemal zrywam się z fotela i wykonuję rękami gesty zwycięstwa. A może nawet usłyszał, jak wyrywają mi się z ust oznaki zachwytu pomieszanego ze wzruszeniem. To ten moment, kiedy dawny mentor prowokuje Kapitan Marvel, by odrzuciła swoje nowo odkryte moce i zdolności, i udowodniła mu, że potrafi go pokonać, grając na jego zasadach. Najpierw kontrolował ją i tłumił jej potencjał, a teraz, kiedy zerwała więzy ograniczeń, Yon-Rogg w żałosnym podrygu protekcjonalności próbuje wcisnąć ją z powrotem w znane sobie ramy… Ale Kapitan Marvel odpowiada po prostu: ja niczego nie muszę ci udowadniać. A potem jeszcze w niezwykle symbolicznym geście podaje mu rękę.

Mina Jude’a Law: patriarchat próbujący ogarnąć, co się właściwie dzieje

Ta scena to moja definicja feminizmu: uznanie, że gra do tej pory nie była uczciwa, wyrwanie się poza jej ramy, odkrycie siebie, swojej siły, ustanowienie własnych zasad – nie po to, żeby kogokolwiek zwalczać czy się mścić, ale żeby budować lepszy świat i być przy tym w pełni sobą. Nie mogę spokojnie usiedzieć na tej scenie – bo nigdy wcześniej nie poczułam się tak bardzo reprezentowana na ekranie. Nigdy wcześniej nikt tak wprost nie pokazał mi na ekranie tego, co czuję. Że nie muszę nikomu niczego udowadniać. Że nie jestem na tej planecie po to, żeby spełniać cudze wyobrażenia. Że mogę być po prostu sobą – i fakt, że wystaję poza ramy, w które ktoś próbował mnie wcisnąć, nie odbiera mi prawa do bycia tutaj. Dojście do tego punktu w życiu zajęło mi sporo czasu i wymagało niemałego wysiłku – za nic więc nie dam sobie już tego odebrać. I ta przepyszna scena jest dla mnie doskonałą ilustracją tego, gdzie jestem.

Takie sceny, które naprawdę podrywają nas z fotela, zdarzają się nieczęsto… Ale kiedy już się zdarzą, nie sposób pomylić tego uczucia z czymkolwiek innym. Dajcie znać w komentarzach, które filmowe czy serialowe sceny wywołują w was takie emocje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.