Zawód: ghostwriter – blaski i cienie pisania dla kogoś i za kogoś

Ghostwriter – człowiek, którego wszyscy czytają, ale nikt o tym nie wie. Tak przynajmniej wygląda definicja ghostwritingu w przypadku osób piszących na zamówienie tych największych: celebrytów, polityków i podejrzanie płodnych pisarzy z list bestsellerów, którzy publikują kilkanaście książek rocznie. Poniższy tekst powstał pod wpływem pewnego znakomitego filmu* – niestety nie zdradzę wam tytułu, bo już samo powiązanie go ze słowem ghostwriting byłoby gigantycznym spoilerem. Dość jednak powiedzieć, że pod wpływem tego seansu poczułam potrzebę szczerego odpowiedzenia sobie na pytanie, jak to jest – kryć się w cieniu za czyimś sukcesem i czyimś nazwiskiem?

Kim jest ghostwriter?

Ghostwriter albo autor-widmo to osoba pisząca tekst na czyjeś zamówienie – ale od pisarzy czy copywriterów, którzy też przecież pisują teksty na zamówienie, odróżnia ją jedna ważna rzecz: ghostwriter z chwilą oddania tekstu „oficjalnie” przestaje być jego autorem. To klient podpisuje się pod zamówionym tekstem swoim nazwiskiem. Określenia „duch” i „widmo” są tu bardzo na miejscu, bo jest w ghostwritingu coś z tajemnicy – mało kto otwarcie się przyznaje do wynajęcia ghostwritera i do tego, że ktoś inny wykonał za niego całą robotę, a i ghostwriter zobowiązuje się za bardzo tym faktem nie chwalić. Jest w tym też coś z niewidzialności – niby jesteś autorem tekstu, ale świat nie ma o tym pojęcia, kiedy ktoś inny przejmuje twoje dzieło jako własne.

To bardzo specyficzna sytuacja – i to nie tylko prawnie (ghostwriting to w końcu bardzo szara strefa), ale także emocjonalnie. Niezależnie od tego, czy twórca się do tego przyznaje, z dziełem zazwyczaj łączy go jakaś więź – nawet jeśli nie „rodzicielskie” uczucia, to chociaż czas i wysiłek włożony w powstanie tekstu. A pozwalanie, by ktoś inny się pod tym tekstem podpisał, w (nie)sprzyjających warunkach i przy subiektywnie niewystarczającej płacy może otwierać drogę frustracji…

Wady i zalety pracy ghostwritera

Bycie ghostwriterem i chowanie się w cieniu ma pewne zalety – zwłaszcza, jeśli kochasz pisać, ale już niekoniecznie jesteś fanem kontaktów z ludźmi. Ma też trochę wad – szczególnie, jeśli jesteś ambitną osobą, a książka odniesie sukces… tyle, że oficjalnie to nie będzie Twój sukces.

Podstawową zaletą jest to, że możesz się skupić wyłącznie na pisaniu i zupełnie nie interesują cię inne aspekty bycia „prawdziwym współczesnym pisarzem”. To nie ty musisz odbyć pielgrzymkę po telewizjach i spotkaniach autorskich, by książka na siebie zarobiła. A w razie bestselleru to nie ty będziesz podpisywać niekończący się sznur książek na targach, gdzie kolejka fanów ciągnie się kilometrami. Gdyby książkę nagrodzono jakimś ważnym literackim wyróżnieniem, to nie pod twoim domem będzie się ustawiał sznur reporterów i to nie ty musisz wygłaszać podziękowania ze sceny. Trochę gorzej, jeśli marzy ci się odbieranie nobla albo innej literackiej nagrody – głupio byłoby oglądać w telewizji, jak zamiast ciebie odbiera ją ktoś inny…

Ghostwriting w pewnym sensie chroni przed porażką – gdyby książka zbierała cięgi od recenzentów, to nie ty musisz się z niej tłumaczyć i się za nią wstydzić. Trochę gorzej, jeśli krytycy będą piać z zachwytu i nigdzie wśród tego piania nie padnie twoje nazwisko. Nie możesz się pochwalić znajomym, że napisałeś bestseller. Nie ma cię nigdzie na okładce, a na dodatek prawdopodobnie umowa ci tego zabrania pod groźbą dotkliwej kary finansowej.

Choć ghostwriterzy znajdują sposoby, by kolejnym klientom udokumentować swoje doświadczenie i listę publikacji, jakie mają na koncie, to jednak gdyby kiedyś przyszło ci do głowy opublikować coś pod własnym nazwiskiem, dalej będziesz przez branżę i czytelników traktowany jak debiutant. Pisanie dla kogoś trochę odbiera też wolność twórczą – czasem przyjdzie ci pisać rzeczy, które ci się nie podobają albo z którymi się nie zgadzasz. Co prawda możesz odmówić i szukać nowego klienta, ale rachunki przecież same się nie zapłacą.

A skoro już mówimy o pieniądzach… w większości przypadków otrzymujesz zapłatę za wykonaną pracę, a nie procent od sprzedaży. A to znaczy, że nie musisz się martwić tym, czy ktokolwiek tę książkę kupi. Trochę gorzej, jeśli książka potem zarobi grube miliony… ale nie oszukujmy się, nie ma żadnych dowodów na to, żeby J.K. Rowling miała ochotę zatrudniać ghostwriterów. Zwłaszcza z Polski.

Ile zarabia ghostwriter?

To zależy, dla kogo pisze i jak dobrą ma umowę. Jeśli ma szczęście i spisuje wspomnienia Hillary Clinton, to jak oszacował w 2001 roku „New York Times”, może przytulić nawet pół miliona dolarów za książkę. Jeśli ma dużo mniej szczęścia i pisze dla kogoś zdecydowanie mniej znanego, jego zarobki też będą zdecydowanie mniej imponujące… Zazwyczaj jednak stawki wahają od kilku do kilkudziesięciu tysięcy za książkę w zależności od gatunku, umiejętności ghostwritera i zasobności portfela zleceniodawcy.

Zdarza się, że początkujący pisarze mają dużo większe szanse na zarobek, oddając swój głos komuś innemu, niż snując się od wydawnictwa do wydawnictwa z własnym tekstem i nikłą nadzieją na publikację. Przemysł wydawniczy też musi na siebie zarobić – a niemal zawsze bardziej opłaca się zainwestować w sparowanie celebryty z ghostwriterem, niż podjąć finansowe ryzyko wydania nieznanego debiutanta, choćby i zdawał się mieć talent.

Kto zamawia książki u ghostwritera?

Każdy, kogo najdzie ochota i komu pozwala na to liczba zer na koncie. Celebryci, aktorzy, muzycy, sportowcy, politycy – to ta górna półka klientów, która zazwyczaj dobrze płaci. Gwiazdy internetu – zwłaszcza te, którym znacznie lepiej idzie mówienie niż pisanie, a jakieś wydawnictwo przychodzi do nich z książkowym dealem. Ludzie, którzy mają ciekawe pomysły, ale fatalny styl i zero cierpliwości do dłubania w tekście. Wydawnictwa, które potrzebują książki „na już”, a efektywniej jest rozdzielić pracę pomiędzy 5 ghostwriterów niż popędzać jednego biednego autora. Firmy, które potrzebują branżowej książki albo bloga. Wreszcie autorzy, którzy już zaistnieli, ale potrafią przyznać, że ktoś ma znacznie lepszy styl od nich – i widzą w tym więcej sprzedanych egzemplarzy. Wszyscy ludzie, którym potrzebne są teksty, ale kompletnie nie mają czasu ani ochoty ich samodzielnie pisać.

Czy ghostwriter pisze tylko książki?

Dzięki paru głośnym filmom takie są zazwyczaj pierwsze skojarzenia z pracą ghostwritera. Ale umowa z autorem-widmo może obejmować wszystko: prowadzenie bloga, pisanie przemówień, tworzenie tekstów piosenek czy scenariuszy filmowych… Wszędzie tam, gdzie ktoś inny podpisuje się pod twoim utworem literackim, w grę wchodzi ghostwriting.

Czy ghostwriting jest legalny?

Nie do końca. Polskie prawo nie przewiduje możliwości przekazania komuś swoich osobistych praw autorskich (w tym prawa do bycia wymienianym jako autor dzieła) – a podpisanie się pod cudzym tekstem traktowane jest jako kradzież i plagiat. Ghostwriting jest kwestią prawnie dość kontrowersyjną w wielu krajach. Co jednak nie przeszkadza różnym firmom (zwłaszcza na zachodzie), specjalizować się w parowaniu zleceniodawców z ghostwriterami…

Kwestia legalności ghostwritingu czy jej braku nie jest jednoznaczna, być może również dlatego, że ghostwriterowi w końcu nikt tekstu nie kradnie – on go sprzedaje. I nietrudno sobie wyobrazić osoby broniące stanowiska, że prawo nie nadąża za potrzebami rynku… Wiele zależy też od tego, jak potraktuje się ghostwritera i na ile publicznie uzna się to, że miał „jakiś” wkład w publikację. Wymienić go jako współautora? To zdecydowanie ghostwriterskie niebo – nie dość, że zarobisz, to jeszcze oficjalnie skapnie ci choć odrobina prestiżu, a na dodatek w zasadzie chyba rażąco nie łamiesz prawa. Jesteś wymieniony jako jeden z autorów? Jesteś. A to, że osoba, która ci tylko podyktowała, o czym masz książkę napisać, ma dużo większe nazwisko na okładce, to już drobny szczegół i kwestia marketingu.

Na drugim biegunie jest kompletne udawanie, że nigdy żadnego ghostwritera nie było – i że ten celebryta, który w mowie ledwo składa dwa zrozumiałe zdania, jest w stanie machnąć całkiem przyjemną i poczytną książkę. I tu prawnicy mają już dużo więcej do powiedzenia. Kulawe kompromisy pomiędzy niebem i nieistnieniem uwzględniają też takie zabiegi, jak ukrywanie ghostwritera w funkcji głównego redaktora albo osoby odpowiedzialnej za research.

Czy ghostwriting jest moralnie zły?

W końcu w wielu przypadkach jest nielegalny. I trochę jakby przypomina oszustwo. Ghostwriting rzeczywiście jest zajęciem wątpliwym etycznie i nie ma zgody co do tego, jak go traktować. W idealnym świecie książki pisaliby tylko ludzie, którzy potrafią to robić. A ci, którzy nie potrafią, a bardzo chcą mieć książkę, umieliby się przynajmniej zdobyć na szczerość i uznać wkład osoby, która wykonuje czarną robotę. Problem w tym, że nie żyjemy w idealnym świecie…

Czy jest coś, co na gruncie moralnym albo chociaż estetycznym usprawiedliwia ghostwriting? Może i jest. Jak by na to nie patrzeć, w rzeczywistości, w której prawie każdy chce mieć własną książkę na półce w księgarni, ghostwriterzy bywają czasem ratunkiem dla branży i dla czytelnika. Trochę głupio jest wycinać lasy dla publikowania czyjejś nieskładnej paplaniny… i głupio częstować nią czytelnika. Skoro już wycinamy lasy, może niech przynajmniej drukowane teksty mają jakiś sens i styl… Może z dwojga złego lepiej w tę stronę?

____________________________

* Jeśli zgadliście, o jaki film chodzi, gratuluję – ale też sugeruję nie dzielić się jego tytułem w komentarzach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.