Zapiski z Rakki – lustro naszej obojętności

Czy potrafisz sobie wyobrazić, że pewnego dnia do twojego domu wpada banda obcych, uzbrojonych facetów, i oświadcza, że musisz poślubić tego tutaj dryblasa o złym spojrzeniu, bo jeśli się nie zgodzisz – zetną głowę twojemu bratu? Czy potrafisz sobie wyobrazić, że wracając wieczorem do domu, mijasz na swojej ulicy wystawione na widok publiczny ukrzyżowane i pozbawione głowy ciało swojego sąsiada? Albo czy potrafisz sobie wyobrazić choćby to, że policyjny patrol może cię aresztować za niewłaściwą długość nogawek spodni, odsłonięte dłonie albo za palenie papierosów? To wszystko brzmi jak sceny z jakiegoś dziwnego filmu… ale w niektórych rejonach świata tak właśnie wygląda codzienność.

Trzymam w rękach książkę, o której chciałabym powiedzieć, że jest piękna – bo rzeczywiście jest wyjątkowo ładnie wydana i bardzo klimatycznie zilustrowana, trochę w stylu powieści graficznych. Ale „piękna” wydaje się bardzo nieodpowiednim słowem w obliczu horroru, przemocy i absurdalności świata, w którym znalazł się bohater Zapisków z Rakki. Książka ta jest zbiorem relacji, jakie Samir (a konkretniej osoba, która ze względów bezpieczeństwa ukrywa się pod tym pseudonimem) zdecydował się potajemnie przekazywać w lapidarnej formie SMS-ów zachodnim dziennikarzom, dokumentując swoją codzienność, a potem ucieczkę z miasta opanowanego przez bojowników tak zwanego Państwa Islamskiego. W pierwszej chwili może złudnie nie wydaje się to aż tak heroicznym czynem… dopóki nie zdamy sobie sprawy, że samo posiadanie telefonu komórkowego jest w oczach islamskich fanatyków z Daisz niewybaczalną zbrodnią – a kontakt z zagraniczną prasą to zdrada karana wyjątkowo brutalną śmiercią.

22-letni Samir spędził większość swojego życia w kraju, który bardzo brutalnie wpadł z deszczu pod rynnę. Podczas próby obalenia jednego reżimu rewolucyjny chaos otworzył drogę rozmaitym innym siłom – między innymi agresywnej organizacji pseudoreligijnych fanatyków wykręcających i naginających zasady wiary tak, by stały się narzędziem opresji, terroru i śmierci. Ludzie, którzy mieli nadzieję na wolność i poprawę swojego losu, znaleźli się w potrzasku – pomiędzy zwalczającymi się nawzajem ugrupowaniami, pod ciężarem nieludzkiego prawa przewidującego kary od batów po ukamienowanie za najdrobniejsze „przestępstwa”, pod groźbą spadających bomb, pomiędzy polami minowymi, które utrudniają ucieczkę. To jest ta część wojny w Syrii, o której wiemy i mówimy mało, bo bardziej nas interesuje zamknięcie granic przed obcymi, którzy przecież z definicji muszą nam zagrażać.

Autor pisze o swoich doświadczeniach oszczędnie i rzeczowo, prostymi słowami. Nie musi ubarwiać swojej relacji. Już same podawane przez niego fakty są wystarczająco przerażające, a rzeczowy sposób relacjonowania paradoksalnie podkreśla wymiar terroru, przemocy i strachu. Trudno zresztą znaleźć epitety, którymi dałoby się opisać rozmiary rzezi i zastraszenia ludności w ogarniętej wojną i fanatycznym szałem Syrii. Ale jednocześnie w słowach Samira pobrzmiewa też rozczarowanie biernością świata, który przygląda się z boku i ewentualną pomoc ludziom uciekającym przed wojną uzależnia od własnych doraźnych politycznych korzyści.

Kiedy to piszę, doświadczam swego rodzaju déjà vu… ledwie kilkanaście dni temu o takim samym rozczarowaniu pisałam w kontekście innej książki i innego kraju pozostawionego samemu sobie w walce z bestialskim najeźdźcą. Książki o posłańcu, który z narażeniem życia opowiadał o rzezi i cierpieniu, ale nikt nie chciał go naprawdę usłyszeć ani zrozumieć – i nikt nie chciał pomóc. Tyle, że wtedy to Polska była tym opuszczonym krajem i to nasi obywatele (nawet jeśli z racji wyznawanej religii wielu z nich było jednak trochę „obcych”, to wciąż byli „nasi”) masowo ginęli – więc obojętność nas oburzała. To, że dzisiaj to my jesteśmy tym obojętnym zachodem, który żyje sobie normalnie i stara się ignorować wieści o piekle na ziemi – już nas tak bardzo nie oburza. A chyba powinno, choćby z racji na tę historyczną analogię.

Nie ma jednego prostego rozwiązania na kryzys migracyjny wywołany między innymi rozprzestrzeniającym się terrorem fanatyków z Państwa Islamskiego. Nie będę udawać, że takie rozwiązanie znam, ani nie będę naiwnie twierdzić, że znała je Angela Merkel, na oścież otwierając granice. Ale odwracanie wzroku też nie jest specjalnie dobrą, honorową ani miłosierną strategią. Problem w tym, że właśnie w odwracaniu wzroku jesteśmy dobrzy, to nam przychodzi najłatwiej. Potrafimy sobie wmówić, że to nas nie dotyczy, że chodzi o obcych, innych, że nie mamy z nimi nic wspólnego, że obcy to zawsze zagrożenie i zło wcielone.

A tymczasem opowieść 22-letniego Syryjczyka jest najlepszym dowodem na to, że nie dzieli nas aż tak wiele, jak chciałby tego nasz strach przed innymi. Że gdzieś tam w chorej, pełnej bezsensownej przemocy rzeczywistości żyją ludzie, którzy mają takie same nadzieje i ambicje jak my – skończyć studia, znaleźć pracę, zakochać się, spokojnie żyć w wolnym kraju. Że ich matki tak samo jak nasze najbardziej boją się krzywdy swoich dzieci. Tylko że tam ta krzywda jest realna i wszechobecna. W każdej chwili możesz być zmuszony do oglądania publicznego ścięcia swojego syna albo ukamienowania córki. W każdej chwili możesz znaleźć ich martwych pod gruzami zawalonego domu. Jeżeli to nie jest argument za tym, żeby porzucić swój dom i uciekać… to nie wiem, jakiego męczeństwa oczekujemy od tych ludzi w imię tego, żebyśmy my tu mieli święty spokój. Kilkadziesiąt lat temu zachód też chciał mieć święty spokój. A dziś z niedowierzaniem zastanawiamy się, jak to możliwe, że na oczach świata wymordowano 11 milionów ludzi… Ciekawe, jak będziemy się czuć, z perspektywy czasu przeglądając się w lustrze własnej obojętności.

Czy Zapiski z Rakki mają szansę cokolwiek w postawie społeczeństwa zmienić? Prawdopodobnie nie. Bo ci, którzy powinni po tę książkę sięgnąć, najpewniej w ogóle tego nie zrobią. A szkoda, bo zdecydowanie przydałoby im się spojrzeć na sytuację okiem zwykłego człowieka, który nagle znalazł się w piekle. Bo przydałoby im się zrozumienie, że problem jest znacznie bardziej złożony, niż im się wydaje, że uwzględnia realną i przerażającą krzywdę tysięcy ludzi. I że zaciekłe albo pozbawione refleksji zamykanie się na cierpienie drugiego człowieka nie jest żadnym rozwiązaniem.

Może i na tę chwilę dobrego rozwiązania nie ma – ale to w żaden sposób nie zwalnia nas z moralnego obowiązku szukania go i podejmowania prób niesienia pomocy. Amen.

Za egzemplarz książki, która sprowokowała te wszystkie refleksje, dziękuję wydawnictwu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.