Venom – kiepski film o dwóch świetnych koleżkach

Po tym, jakie baty Venom zebrał od recenzentów na całym świecie, szłam na film o jednym z głównych przeciwników Spider-Mana z niezbyt wygórowanymi oczekiwaniami. Po seansie nadal twierdzę, że najlepszą rzeczą w całym Venomie jest scena po napisach – chociaż to chyba dlatego, że nie mogę się doczekać szalonej animacji eksplorującej Spider-Verse z Milesem Moralesem na pierwszym planie. Ale to wszystko wcale jeszcze nie znaczy, że Venoma należy całkiem spisać na straty!

Jeśli nie jesteście na bieżąco z listą przeciwników Spider-Mana, krótka ściąga: Venom to inteligentna, pasożytnicza forma życia z kosmosu, która na ziemię trafia dzięki poczynaniom dość psychopatycznego naukowca Carltona Drake’a (Riz Ahmed). Kiedy dziennikarz Eddie Brock (Tom Hardy) trafia na trop tajemniczych śmierci w laboratorium Drake’a, na skutek wyjątkowo nieprzemyślanych decyzji sam staje się żywicielem Venoma i musi poradzić sobie nie tylko z przejmującym kontrolę nad jego ciałem kosmitą, ale i ścigającymi go pachołkami Carltona Drake’a.

Kadr z filmu <em>Venom</em>, reż. Ruben Fleischer, 2018.
Kadr z filmu Venom, reż. Ruben Fleischer, 2018.

Venom zbiera zaskakująco sprzeczne opinie – recenzenci często nie zostawiają na nim suchej nitki… podczas gdy publiczność wali masowo do kin i bawi się na filmie naprawdę dobrze. To nie ten przypadek, kiedy film jest tak legendarnie zły, że aż z miejsca staje się kultowy… Bo Venom wcale jakoś drastycznie nie odstaje poziomem od przeciętnego blockbustera z niższej półki… Okazuje się jednak, że mimo masy miażdżących recenzji bawiłam się na Venomie naprawdę zaskakująco dobrze.

To zdecydowanie nie jest film bez wad. Inaczej – to jest film, który wad ma całkiem sporo. Scenariusz jest… Wiecie co, chciałabym czasem obejrzeć jakiś film, w którym dla odmiany scenariusz nie leży i nie kwiczy jak człowiek, który właśnie zdał sobie sprawę, że za chwilę zostanie brutalnie zamordowany przez kosmicznego pasożyta… Tym razem jednak znowu nie było mi to dane. Jeśli nie liczyć dialogów pomiędzy Eddiem Brockiem i zamieszkującym jego ciało symbiontem z kosmosu, niemal wszystkie wypowiedzi bohaterów są żenujące. Zwroty akcji są na zmianę przewidywalne na kilometr albo następują w filmie „bo tak” i są przykładem naprawdę leniwego scenopisarstwa – chociaż muszę przyznać, że przynajmniej jeden z najgorszych udało się usprawiedliwić nawet nie takim najgorszym żartem.

Kadr z filmu <em>Venom</em>, reż. Ruben Fleischer, 2018.
Riz Ahmed jako nijaki czarny charakter. Kadr z filmu Venom, reż. Ruben Fleischer, 2018.

Postaci i obsada też w większości nie bardzo ratują film… Czarny charakter jest koszmarnie nieprzekonujący, nie czuć w nim ani charyzmy, ani władzy, ani nawet szaleństwa – po prostu jest i robi złe rzeczy. Być może to jego obojętność na zło miała być dla widza wstrząsająca… ale nie jest. Tak samo, jak wątek romantyczny nie jest w żaden sposób poruszający. Ani ciekawy. Ani w ogóle jakiś. Chwała scenarzystom, że główną jego osią jest zerwanie – bo między Hardym i wcielającą się w rolę byłej narzeczonej Eddiego Michelle Williams w ogóle nie ma chemii. Ani odrobiny.

Kadr z filmu <em>Venom</em>, reż. Ruben Fleischer, 2018.
Kiepsko udawana miłość. Kadr z filmu Venom, reż. Ruben Fleischer, 2018.

Właściwie jedyną dobrą – ale za to naprawdę dobrą! – rzeczą w całym filmie jest rozwijająca się relacja pomiędzy Eddiem Brockiem i Venomem. Wygląda na to, że Tom Hardy najlepszą chemię ma po prostu sam ze sobą, bo to także on (rzecz jasna po cyfrowej obróbce) podkłada głos pod Venoma. Widać, że ktoś (po tym, jak wygląda reszta filmu, stawiam raczej na Hardy’ego niż na reżysera) miał całkiem dobry pomysł na ten duet i ogranie motywu walki dwóch postaci o kontrolę nad jednym współdzielonym ciałem. Relacja Eddiego z symbiontem jest dynamiczna, ciekawa i przede wszystkim wyrazista, a do tego wnosi do filmu całkiem sporo humoru, bez którego Venom byłby strasznie płaską i marnie napisaną nawalanką z kosmitami.

Kadr z filmu <em>Venom</em>, reż. Ruben Fleischer, 2018.
Taka tam, sprzeczka między kumplami. Kadr z filmu Venom, reż. Ruben Fleischer, 2018.

Trochę szkoda, że nie poświęcono temu wątkowi więcej czasu, bo gdyby cały film był utrzymany w takim tonie i co chwilę rozśmieszał nas potyczkami dwóch zamieszkujących jedno ciało osobowości o zupełnie innych celach, wszyscy bawilibyśmy się na nim zbyt dobrze, by na cokolwiek narzekać. Ale choć mam niedosyt scen między Eddiem i Venomem, to jest ich akurat tyle, by dało się przymknąć oko na wszystkie głupoty i niedociągnięcia – i po prostu dać się ponieść. Co też polecam zrobić, bo jeśli przyjdzie wam do głowy brać ten film na serio, możecie mieć problem z tym, by wytrwać do końca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.