Kadr z serialu Ultraviolet, 2017.
Kadr z serialu Ultraviolet, 2017.

Ultraviolet – rozkosznie nieudany serial

Dziś mała powtórka z rozrywki – opowiem wam o Ultraviolecie, polskim serialu kryminalnym z 2017 roku, który zaskoczył mnie podwójnie. Po raz pierwszy, kiedy okazało się, że mimo ciekawego pomysłu i genialnej wprost obsady kompletnie się nie udał… A po raz drugi, kiedy mimo dość marnego wykonania naprawdę świetnie się go oglądało.

Ultraviolet opowiada o grupie samozwańczych internetowych detektywów-amatorów rozwiązujących kryminalne zagadki, z którymi nie poradziła sobie policja – przy użyciu wyszukiwarki, social mediów i odrobiny hakowania (swoją drogą, każdy posterunek policji powinien dzisiaj mieć researchera od social mediów!). Dostajemy więc klasyczny motyw Sherlocka Holmesa, ograny w sposób, który prawdopodobnie miał być nowatorski i ekscytujący dla współczesnego widza… a wyszło, jak wyszło.

Na papierze Ultraviolet wygląda obiecująco, zwłaszcza za sprawą zaangażowanej w ten projekt obsady. Główna rola Oli Serafin, najnowszego nabytku grupy internetowych detektywów, przypadła utalentowanej Marcie Nieradkiewicz. Jej głównym kontaktem po stronie policji jest aspirant Michał Holender grany przez Sebastiana Fabijańskiego. Na drugim planie zobaczymy Agatę Kuleszę w roli matki głównej bohaterki, Bartka Topę jako wiecznie wkurzonego inspektora policji, Michała Żurawskiego jako jednego z detektywów-amatorów. A w poszczególnych odcinkach przewijają się kolejne duże nazwiska, od Mateusza Damięckiego po Annę Dereszowską.

Kadr z serialu <em>Ultraviolet</em>, 2017.
Kadr z serialu Ultraviolet, 2017.

Ale nawet taka ekipa nie dokona cudów, jeśli nie za bardzo ma co grać… A podstawowym problemem Ultravioletu są beznadziejnie sztuczne dialogi. Marta Nieradkiewicz robi, co może, w roli dość postrzelonej i porywczej cwaniary z problemami, nawet jeśli to nie jest postać, która naturalnie by do niej pasowała – ale kiedy scenarzyści wkładają jej w usta sztywne, kanciaste zdania, których zwyczajni ludzie raczej nie wypowiadają, trudno oczekiwać fajerwerków… zwłaszcza, jeśli w wielu scenach partnerują jej początkujący aktorzy, którzy naturalnym talentem ani obyciem z kamerą jeszcze nie grzeszą. Taki na przykład Viet Anh Do w roli nastoletniego hakera Piasta Kołodzieja jest chłopakiem przeuroczym i przesympatycznym, ale gra tak, jakby odczytywał swoje kwestie z kartki. Trochę mu się nie dziwię, bo dialogi są po prostu nieskładne – ale wszystko to razem na ekranie nie robi zbyt dobrego wrażenia.

Pewnym pocieszeniem w kwestii beznadziejnych dialogów mogłoby być to, że tradycyjnie, jak to w polskiej produkcji, udźwiękowienie po prostu leży i kwiczy, więc przez połowę czasu i tak nie wiemy, co mówią do nas bohaterowie… Ale kiedy o większości tropów i pomysłów naszych internetowych śledczych dowiadujemy się z dialogów, to mimo wszystko może jednak chcielibyśmy wiedzieć, o czym w nich mowa. Jeśli oglądacie Ultraviolet na Netflixie, polecam włączyć sobie napisy.

Niedostatki dźwięku rekompensują nam całkiem niezłe urbanistyczne zdjęcia. Akcja serialu w większości toczy się w Łodzi, a jej rozległe, opuszczone magazyny i długie, pogrążone w mroku ulice prezentują się na ekranie bardzo klimatycznie. Choć, również tradycyjnie, w końcu to polska produkcja, część kadrów dominuje bardzo niezręcznie umiejscowiony i nachalny product placement. Zresztą mało subtelne zachwalanie produktów odbywa się tu nie tylko obrazem… w jednym z odcinków dorabiająca jako kierowca czegoś na kształt Ubera Ola Serafin wprost słyszy od pasażera: pojemny ma pani ten bagażnik – i nie, ta uwaga w żaden sposób nie jest istotna dla fabuły. Ale dla działu marketingowego Opla już na pewno.

Kadr z serialu <em>Ultraviolet</em>, 2017.
Taka tam, reklama Opla. Kadr z serialu Ultraviolet, 2017.

A skoro już zahaczamy o fabułę… chciałabym powiedzieć, że jakaś jest. Ale tak naprawdę zamiast tego jest zarys fabuły, zbiór luźnych i często jeszcze dość naiwnie powiązanych ze sobą bohaterów i wydarzeń. Trochę wygląda to tak, jakby ktoś miał świetny pomysł na serial, tylko przez przypadek pominął etap pracy nad scenariuszem, by od razu rzucić się na plan i kręcić. Sama idea grupy detektywów-amatorów działających w oparciu o niezliczoną ilość informacji, jakie każdy z nas zostawia o sobie w sieci, jest atrakcyjna i ma spory potencjał. Sprawy rozwiązywane w poszczególnych odcinkach też zapowiadają się ciekawie – odcinek z sektą czy z ginącymi w tajemniczych okolicznościach użytkownikami gry miejskiej mogły się rozwinąć w coś naprawdę fajnego. Widać też, że twórcy poruszają albo przynajmniej próbują gdzieś na marginesie zasygnalizować bardzo współczesne i aktualne problemy, jak stosunek społeczeństwa do uchodźców, emigracja ekonomiczna czy pedofilia w kościele. Problem w tym, że chociaż pomysły są świetne, ich realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Na kilometr widać, kto zabił, już w pierwszej sekundzie, gdy dana osoba pojawia się na ekranie. Potem co najwyżej obserwujemy, jak ekipa, zostając 10 kroków za nami, odkrywa dowody na winę mordercy. A przychodzi to bohaterom z niesamowitą łatwością.

Gdyby rozwiązywanie spraw kryminalnych było tak proste, jak jest w Ultraviolecie, wszyscy byśmy to robili, a statystyki skuteczności policji dawno przebiłyby sufit. Nasi bohaterowie trochę poklikają w sieci, trochę pogadają na wideoczatach i bum, sprawa rozwiązana! Tuż obok dialogów największym problemem Ultravioletu jest to, że serial wymaga zdecydowanie zbyt dużego zawieszenia niewiary – i na dodatek na każdym kroku nam to utrudnia. W realnym świecie policjant grany przez Fabijańskiego dawno wyleciałby z roboty za dopuszczanie ludzi z ulicy do poważnych ingerencji w kolejne śledztwa. Wiecie, Sherlock Holmes ma przynajmniej reputację i plecy w brytyjskim rządzie… Ola Serafin i jej kumple wzięli się znikąd, a jakimś cudem podnoszą ewidentnie nieudolnej łódzkiej policji wyniki wykrywalności przestępstw o jakieś 3000 procent.

Kadr z serialu <em>Ultraviolet</em>, 2017.
Kadr z serialu Ultraviolet, 2017.

Ale mimo wszystkich tych wad jest w tym serialu coś, co sprawia, że ogląda się go znakomicie. Po pierwszym odcinku byłam przekonana, że domęczę go do końca tylko po to, żeby zrównać go z ziemią… Ale chwilę później nałogowo pochłaniałam już kolejne odcinki i kibicowałam bohaterom. Ba, nawet parę razy złapałam się na tym, że gapię się w ekran w napięciu! Nie mam pojęcia, skąd wzięła się ta fascynacja… Czy w którymś momencie bohaterka Marty Nieradkiewicz zaczęła mnie jednak do siebie przekonywać? Czy tak wciągnęło mnie czekanie na to, czy między Olą Serafin i aspirantem Holendrem COŚ się w końcu wydarzy? Czy jestem ciekawa kolejnych spraw, w które wmiesza się nasza bohaterka? Trudno powiedzieć, co o tym decyduje, ale jakkolwiek Ultraviolet nie byłby źle zrobiony, jego oglądanie było dla mnie czystą przyjemnością.

Jeśli więc macie ochotę na coś kompletnie bezwysiłkowego i na chwilę zapomnienia o tym, jak bardzo wyrafinowany i wymagający macie gust na co dzień – nadrobienie Ultravioletu może być całkiem dobrym pomysłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.