Kadr z filmu Atak paniki, reż. Paweł Maślona, 2017.
Kadr z filmu Atak paniki, reż. Paweł Maślona, 2017.

To wcale nie jest film dla masochistów

Polskie kino ma poważny problem – większość zwiastunów naszych rodzimych produkcji zapowiada zupełnie inne filmy, niż potem dostajemy na ekranie. Tak było też w przypadku pełnometrażowego debiutu Pawła Maślony Atak paniki. Zwiastun zapowiadał coś, czego wcale nie miałabym ochoty oglądać – typową współczesną polską komedię pełną prostackich, wulgarnych i momentami aż obrzydliwych żartów. Ale nie dajcie się zwieść zapowiedziom! Wbrew pozorom Atak paniki to zaskakująco dobry, całkiem zabawny i inteligentnie poprowadzony film. Nie tylko „jak na polskie warunki”.

Nie dajcie się też zwieść komentarzom, jakoby Atak paniki miał być mało subtelną kopią argentyńskich Dzikich historii sprzed 4 lat. Owszem, nie da się zaprzeczyć, że pewne podobieństwa istnieją. W obu przypadkach mamy film złożony z kilku różnych wątków, których bohaterowie w pewnym momencie tracą nad sobą panowanie. Ale na tym mniej więcej nawiązania się kończą, a podczas seansu ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że oglądam coś, co już kiedyś widziałam. Formalnie zresztą oba te filmy też nie są do siebie aż tak podobne, jak mogłoby się wydawać. O ile w Dzikich historiach dostaliśmy kilka zupełnie odrębnych opowieści, w Ataku paniki na pierwszy rzut oka niepowiązane ze sobą wątki zaczynają się z czasem zazębiać – i to bynajmniej nie w naiwny, charakterystyczny na przykład dla komedii romantycznych sposób, kiedy to dziwnym trafem wszyscy bohaterowie przeżywają największe dramaty i uniesienia dokładnie w tym samym czasie. Śledzimy tu między innymi małżeństwo podczas wyjątkowo stresującej podróży samolotem, wesele pewnej ciężarnej dziewczyny, trójkę nastolatków eksperymentujących z narkotykami, spotkanie starych znajomych po latach – a wszystkie te pozornie odrębne wątki mają tak sprytnie rozplanowane, często nieoczywiste punkty wspólne, że nie powiem już ani słowa więcej o fabule, żeby przypadkiem nie zepsuć wam zabawy w odgadywanie, co też właściwie dzieje się na ekranie.

Kadr z filmu Atak paniki, reż. Paweł Maślona, 2017.
Kadr z filmu Atak paniki, reż. Paweł Maślona, 2017.

Trzeba przyznać, że struktura filmu jest bardzo przemyślana, i widać to nie tylko w tym, jak poszczególne wątki się ze sobą przeplatają, ale przede wszystkim w sposobie budowania napięcia. Cały ten obraz jest trochę jak atak paniki – zaczyna się z pozoru niewinnie, choć gdzieś z tyłu głowy czujemy już, że zaraz coś się stanie. A kiedy bohaterowie stopniowo zaczynają tracić kontrolę nad rzeczywistością, napięcie rośnie, nerwy puszczają, by wreszcie ukoronować cały film jednym wielkim wybuchem emocji. W całym tym skrupulatnym planowaniu zabrakło mi tylko jednego – jakiegoś mocnego znaczeniowego akcentu na koniec, podsumowania, myśli przewodniej… Choć jestem też gotowa przyjąć, że przemawia tu przeze mnie jakieś poszukiwanie życiowego sensu, bo tak naprawdę film w zasadzie obroniłby się i taką myślą, że to wszystko kiedyś po prostu wybuchnie i nic, co robimy, nie ma większego znaczenia.

Atak paniki to jeden z tych filmów, podczas których zapominamy, że jesteśmy w kinie. Pochłania bez reszty, zarówno dzięki bardzo dobremu scenariuszowi, jak i świetnej grze aktorskiej. Na ekranie zobaczymy starych wyjadaczy takich jak Dorota Segda i Artur Żmijewski w pełnej krasie ich możliwości, ale nieco młodsi aktorzy, a nawet debiutanci bardzo sprawnie dotrzymują im kroku. A skoro już mowa o debiutach, te są ostatnio dla polskiego kina łaskawe, zwłaszcza w dziedzinie reżyserii. Dopiero co zachwycaliśmy się Cichą nocą Piotra Domalewskiego, a już Paweł Maślona serwuje nam naprawdę dobry, świeży film, inny od wszystkiego, do czego przyzwyczaiło nas rodzime kino. Wygląda na to, że dzieci lat osiemdziesiątych właśnie dojrzały do wejścia na kulturalne salony – i miejmy nadzieję, że energia, którą ze sobą niosą, zwiastuje zmianę na lepsze.

Kadr z filmu Atak paniki, reż. Paweł Maślona, 2017.
Kadr z filmu Atak paniki, reż. Paweł Maślona, 201

Czuję się zobowiązana wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy… Nie umknęły mojej uwadze komentarze osób dotkniętych zaburzeniami lękowymi, w tym lękiem napadowym – a są to głosy dość jednoznacznie obawiające się, że film będzie się z nich nabijać, potraktuje ich problem bez wyczucia albo wręcz przyczyni się do jeszcze większej stygmatyzacji. Jako że film jeszcze nie wszedł do szerokiej dystrybucji, zakładam, że większość tych głosów spowodowanych jest zwiastunem – i w takim razie zupełnie im się nie dziwię, bo zwiastun był fatalny i zapowiadał coś, co i we mnie budziło wewnętrzny sprzeciw. Ale tak jak zwiastun wydaje się nastawiony na zaciągnięcie do kina jak największej ilości często prawdopodobnie przypadkowych widzów, tak i tytuł filmu, choć w pewnym sensie uzasadniony, nie powinien być raczej traktowany dosłownie. Atak paniki absolutnie nie jest filmem o zaburzeniach lękowych. To, czego doświadczają jego bohaterowie, niewiele ma wspólnego z wciąż dość wstydliwym i utrudniającym życie napadowym lękiem. To raczej obraz, który przede wszystkim dużo mówi o relacjach międzyludzkich, a także o tym, jak zwyczajni ludzie zachowują się wrzuceni nagle w stresującą sytuację. W tym sensie jest bardzo uniwersalny i traktuje słowa „atak paniki” raczej w potocznym ich znaczeniu. Jak dla mnie więc w tym przypadku obawy były raczej nieuzasadnione, choć może i trudno im się dziwić, bo wszyscy chyba doskonale wiemy, jak niestworzone rzeczy kino potrafi wyczyniać z tematem zaburzeń psychicznych.

Najlepszą rzeczą, jaką możecie zrobić w przypadku Ataku paniki, jest nie oglądać zwiastunów i po prostu pójść do kina. Nie pożałujecie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.