Kadr z serialu The OA, 2016.
Kadr z serialu The OA, 2016.

The OA czyli Paulo Coelho wśród seriali

To prawdopodobnie jest ostatnia recenzja OA w całym internecie – wszyscy już pewnie ten serial widzieli i wszyscy już pewnie o nim napisali. Ale po mojej bardzo spóźnionej przygodzie z OA jestem tak skonsternowana, że aż muszę coś napisać. Tekst będzie dość szczegółowy i przeplatany spoilerami, więc jeżeli ktoś jest równie spóźnialski jak ja, jeszcze nie oglądał i nie chce sobie psuć „zabawy”, proponuję jednak nie czytać dalej.

OA to netflixowy serial, który wyróżnia się przede wszystkim tym, że beznadziejnie go reklamowano. Po pierwsze, serial sprzedawany jest jako coś z pogranicza fantastyki naukowej – a akurat z tym gatunkiem ma dość niewiele wspólnego i dużo bardziej przypomina (powiedzmy) psychologiczny dramat niż cokolwiek innego. Jeśli zwiedzeni materiałami marketingowymi albo kawałkiem pierwszego odcinka spodziewaliście się czegoś mocno odwołującego się do technologii, z każdą kolejną minutą będziecie coraz bardziej zdziwieni. Po drugie, wszędzie wokół OA unoszą się skojarzenia z innym serialowym hitem Netflixa, Stranger Thingsa to w żaden sposób tej produkcji nie służy. Stranger Things stawia poprzeczkę tak wysoko i jest utrzymany w tak kompletnie innym klimacie, że jeśli to te porównania skłoniły was do sięgnięcia po OA, możecie się bardzo zdziwić.

Początkowe założenie serialu było całkiem obiecujące. Oto nagle odnajduje się pewna dziewczyna, którą od 7 lat uznawano za zaginioną. Nikt nie wie, co działo się z nią w tym czasie, bo ona nie za bardzo chce o tym rozmawiać ani z rodziną, ani z policją. Ale z pewnością działo się z nią coś niezwykłego – w dniu zaginięcia od lat była niewidoma, a teraz nie dość, że widzi, to jeszcze ma podejrzane blizny na plecach, w tajemniczy sposób przedstawia się jako OA i w rozmowach ze zwykłymi ludźmi nieco od czapy rzuca jakieś uwagi o aniołach i innych wymiarach.

Dziewczyna od zawsze zresztą była dość osobliwa, miała prorocze sny i pół życia spędziła na silnych lekach, które miały stłumić jej zapał do „kontaktowania się” z nieżyjącym biologicznym ojcem. Teraz OA też robi coś osobliwego – gromadzi wokół siebie grupkę największych lokalnych przegrywów i nocami w opuszczonym starym domu opowiada im swoją historię o wielokrotnym doświadczaniu śmierci klinicznej, magicznych uzdrawiających tańcach i eksperymentach szalonego naukowca, który chce udowodnić istnienie życia po śmierci. Ten nietypowy klub dyskusyjny ma rzekomo pomóc w uratowaniu innych osób przetrzymywanych przez naukowca… choć w praktyce służy chyba jednak czemuś innemu.

Wszystko to, co dzieje się wokół OA, i pełna coraz większych osobliwości historia, którą dziewczyna opowiada, w pewnym momencie każe nam zakwestionować to, na co patrzymy. Ten serial nie ma jednej słusznej interpretacji – ma ich prawdopodobnie tyle, ilu jest widzów. I ta nieoczywistość w zasadzie jest zaletą serialu – a przynajmniej można zrozumieć, dlaczego uwiodła tak wielu widzów. Czy dziewczyna rzeczywiście mówi prawdę i ktoś brutalnie na niej eksperymentował? Czy też przemawia przez nią choroba psychiczna i zmyślona opowieść jest jakąś formą autoterapii? A może ktoś próbuje ją wrobić w chorobę psychiczną, by wszystko zatuszować? Może dziewczyna opowiada o przyszłości, która dopiero się wydarzy? Czy jej relacje grupką słuchaczy to opowieść o tym, jak rodzą się kulty, religie i sekty? A może to opowieść o opowiadaniu historii – i celowo jest tak dziurawa i irytująco fragmentaryczna, bo większość ludzi właśnie w taki uproszczony sposób snuje swoje historie?

Myślę, że to, czy zachwycimy się tym serialem, zależy od tego, jak mocno uwierzymy w którąś z interpretacji. Logika i podejście typu „szkiełko i oko” kompletnie się tutaj nie sprawdzają, bo pod tym względem OA w wielu momentach po prostu leży i kwiczy. To jest coś, co albo przyjmiesz na wiarę, albo nie przyjmiesz tego w ogóle. Ewentualnie docenisz techniczne zabiegi, odmawiając jednak udziału w tej zabawie w serialową sektę. I chyba właśnie do tego podejścia jest mi najbliżej.

Przy tym, jak wiele wątków jest tu wprowadzonych, a potem nagle uciętych, serial zdaje się krzyczeć „nie zadawaj pytań!”. Samo to nie byłoby jeszcze takie złe, ale produkcje typu „nie zadawaj pytań!” dzielą się na dwa rodzaje. W jednych przyjęta konwencja sprawia, że pytania są po prostu niepotrzebne – twórcy najważniejsze rzeczy kreślą jedynie na zasadzie przeczucia czy rzucenia jakiejś sugestii i to w zupełności wystarczy. Ani oni, ani my specjalnie nie zajmujemy się szczegółami. Nie musimy zadawać pytań, bo najbardziej interesujące jest to, co dzieje się z bohaterami tu i teraz, ich owiana tajemnicą przeszłość tworzy tylko klimat, ewentualnie delikatnie nakierowuje nas na jakąś interpretację. Taki zabieg nie jest łatwy, ale kiedy się udaje, dostajemy naprawdę dobre filmy i seriale.

Problem w tym, że OA należy moim zdaniem do drugiej grupy… a tutaj o pozytywny wynik jest jeszcze trudniej, bo już samo założenie mu przeczy. W tych produkcjach twórcy chcieliby osiągnąć efekt taki jak w poprzedniej grupie, ale zamiast spuścić na przeszłość czy genezę świata przedstawionego tajemniczą zasłonę milczenia, z upodobaniem w niej grzebią i rozbierają ją na części pierwsze. Sami stawiają pytania lub wręcz nas do tego prowokują, otwierając cały szereg furtek i nie stroniąc od błędów logiczno-fabularnych. A potem wmawiają nam, że odpowiedzi są zupełnie nieistotne, bo ich wielkie dzieło należy przyjmować na wiarę, a wszystkie nieścisłości ma wyjaśnić, czy też raczej przysłonić „konwencja” albo „głębokie tło psychologiczne”. Cudzysłów jest tutaj zamierzony, bo najczęściej są to natchnione próby powiedzenia czegoś tak niesamowicie głębokiego, że paradoksalnie wychodzi z tego jeden wielki bełkotliwy banał, który wygląda jak nowa powieść Paulo Coelho. I taki los spotkał też OA.

Rozumiem, co twórcy chcieli osiągnąć, ale chyba nie do końca im się udało – otwieranie rozmaitych dróg interpretacji to bardzo ambitny i godny pochwały zamiar, ale to jeszcze nie znaczy, że można po macoszemu traktować sztucznie rozdmuchaną fabułę i na każdym kroku zostawiać w niej jakieś przypadkowe dziury. Widać, że scenariuszowi poświęcono sporo pracy, bo w wielu momentach ma się wrażenie, że każde wypowiedziane przez bohaterów słowo coś znaczy w kontekście całej fabuły… Ale tuż obok tych świetnych momentów są też niewytłumaczalne dziury i bezsensowne przeskoki fabularne. Na przykład takie: jakim cudem koleś wypuszczony po latach z niewoli, przytłoczony nadmiarem bodźców i zachowujący się, jakby miał właśnie jakiś psychotyczny atak, jest w stanie w takich warunkach uwieść atrakcyjną i pewną siebie kobietę (czy w ogóle kogokolwiek)?

Albo: jakim cudem szalony naukowiec wwozi sobie na Kubę i wywozi z niej ludzi bez paszportu? Ok, te dwa pytania może i stracą rację bytu, jeśli przyjmiemy, że cała historia OA jest jednym wielkim kłamstwem i konfabulacją… Ale kolejne to już czystej wody beznadziejne scenopisarstwo: jakim cudem rodzice, którzy właśnie oddają syna do poprawczaka, nie zauważyli, że on jednak tam nie dotarł, dalej kręci się po okolicy i chodzi do szkoły? A może zauważyli i nagle nie mają z tym problemu? Jakim cudem OA wydrapała sobie precyzyjne symbole w takim miejscu pomiędzy łopatkami, w które nawet szczupłym kobietom trudno jest się podrapać, a co dopiero mówić o samodzielnym rysowaniu tam czegokolwiek?

Jeżeli fabularne dziury były celowe, to niestety w większości nie widzę ich celu. I tutaj OA zaczyna działać jak sekta – tłumi pytania w zarodku, sugerując, że jeśli masz jakieś wątpliwości, to jesteś małej wiary i nie dostrzegasz wyjątkowej głębi anielskiego zamysłu. To nie wina serialu i marnego scenariusza, tylko twoja i twojego czepialstwa. Przepraszam bardzo, ale nie tędy droga. Uproszczenia są w porządku. Alegorie i metafory są w porządku. Oniryczny klimat jest w porządku. Ale tylko pod warunkiem, że trzymamy się go konsekwentnie i zaplanujemy całą historię tak, by widz nie musiał się czepiać i zadawać idiotycznych pytań. Zrobienie opowieści odbieranej „na wiarę” jest paradoksalnie dużo trudniejsze niż zaplanowanie szczegółowej intrygi kryminalnej. To, że pewnych rzeczy nie pokazujemy i nie wyjaśniamy, nie znaczy, że ich nie ma i że nie powinniśmy mieć ich dobrze przemyślanych. Nie możemy sobie pozwolić, żeby głupie błędy wyrywały widza z zawieszenia niewiary i sceptycyzmu. Jeśli fabuła ma nie mieć znaczenia, bo ważniejsze są procesy myślowe i emocjonalne bohaterów, to też jeszcze nie znaczy, że możemy fabułę potraktować po łebkach… zwłaszcza, jeśli zgłębianie tła emocjonalnego i myślowego bohaterów też wybitnie nam nie wychodzi.

A niestety OA w zasadzie ma gdzieś większość swoich bohaterów. Nawet o głównej postaci wiemy w zasadzie tylko tyle, żeby balansować na granicy wiary w jej słowa i kwestionowania jej poczytalności. Pierwszy odcinek sugerował wprawdzie, że poznamy nieco bliżej 5 bohaterów, którym OA opowiada swoją historię… Ale nic bardziej mylnego. Wszystkie te postaci są okropnie papierowe i służą w zasadzie tylko za rekwizyty i publiczność. Nie mamy pojęcia, dlaczego zgodziły się w środku nocy przyjść do opuszczonego domu i słuchać dziewczyny gadającej jak potłuczona, ani dlaczego nikt z nich nie wyszedł, kiedy zaczęła opowiadać niestworzone historie… Pomijając może to, że wszyscy są trochę wyrzutkami społeczeństwa i nie mają nic lepszego w życiu do roboty, nie dostajemy ani pół słowa wyjaśnienia, skąd bierze się ich wiara w dziewczynę, która ewidentnie wygląda na szaloną. Nawet tajemniczy Homer, o którym OA co chwilę wspomina i którego rzekomo tak bardzo kocha, nie ma żadnej głębi, pełni rolę w zasadzie kolejnej zapchajdziury, która ma tylko podkreślić „wyjątkowość” głównej bohaterki.

Czarny charakter w osobie szalonego naukowca też nie powala głębią ani motywacją. Dostajemy jakieś jedno zdanie o tym, co uruchomiło jego zainteresowanie doświadczeniami śmierci klinicznej – ale jak przeszedł od zdrowej naukowej ciekawości do trzymania ludzi w klatkach w piwnicy? Mamy po prostu założyć, że jest psychopatą – „bo tak”? Jeśli przyjąć, że ta postać nie jest wytworem wyobraźni bohaterki, to jest po prostu płaska, beznadziejnie napisana i nawet Jason Isaacs obsadzony w tej roli jej nie uratował.

Mam wrażenie, że ten serial to jeden wielki zmarnowany potencjał. Widać, że włożono w niego sporo pracy, bo technicznie prezentuje się naprawdę świetnie. Ok, może efekty specjalne trochę leżą, ale OA ma ciekawe zdjęcia, świadomie gra kolorem (te fiolety!), nawet w scenariuszu są momenty dopieszczone do ostatniej kropki – dlatego tym bardziej dziwi, jak powierzchownie potraktowana jest większość bohaterów i jak bardzo twórcy nie mają ochoty stworzyć spójnej fabuły i świata przedstawionego. Jakby liczyło się dla nich tylko to, żeby parę razy wywołać u widza reakcję „wow, ona wspominała o tym trzy odcinki wcześniej, a teraz to się dzieje!”. Człowieku, Marvel zapowiada w swoich filmach szczegóły kolejnych produkcji na kilka lat do przodu, ale i tak na nikim nie robiłoby to wrażenia, gdyby brakowało mu pełnokrwistych bohaterów i spójnej wizji.

OA jest jedną wielką niespójnością i niedojrzałym pisaniem – przypomina trochę wypociny egzaltowanej nastolatki, która owszem, ma parę ciekawych czy głębokich rzeczy do powiedzenia, ale opakowuje to w tak niedopracowane tło, że cała jej mądrość zaczyna brzmieć jak banały Paulo Coelho. Wiem, bo sama tak pisałam, będąc w liceum – bardzo egocentrycznie, pomijając perspektywę kogokolwiek poza własnym alter ego i nie zaprzątając sobie głowy budowaniem świata przedstawionego. Miałam w głowie ze trzy mądre zdania nastawione na efekt wow u czytelnika, ale wszystko, co pomiędzy nimi, było tylko zapchajdziurą i nieumiejętnie wykorzystaną przestrzenią.

Rozumiem, dlaczego OA kupuje wielu ludzi swoją warstwą symboliczno-znaczeniową, i rozumiem, że pod tym względem rzeczywiście może się wydawać genialny… Ale ja od produkcji okrzykniętych genialnymi wymagam nieco więcej. Wymagam, żeby były dziełami kompletnymi. Dopracowanymi od początku do końca. A już na pewno pozbawionymi rażących błędów i zaniedbań.

Gdyby OA miał mnie kupić, to tylko w tej interpretacji, gdzie cała ta anielska historia jest wytworem wyobraźni straumatyzowanej dziewczyny – ale to i tak nie rozwiązałoby wszystkich problemów, jakie mam z tym serialem. I nie byłoby zbyt oryginalne, bo ileż w kółko można męczyć ten sam motyw, w dodatku nieumiejętnie manipulując emocjami widza…

Obejrzałam OA do końca, ale chyba tylko dlatego, że cały czas czekałam, czy wreszcie stanie się tam cokolwiek sensownego. A od połowy także dlatego, by sprawdzić, jakie jeszcze głupie pytania będę sobie musiała zadawać podczas seansu. Zabawy było przy tym całkiem sporo – wątpię, żeby taki był główny cel twórców, ale przynajmniej tyle im się udało osiągnąć. A jeśli próbowali przy okazji powiedzieć coś bardzo mądrego, odkrywczego i inspirującego… to proponowałabym przestać brać lekcje pisarstwa od Paulo Coelho.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.