The Crown, czyli przemalować królową

Królowa Elżbieta nie ma w życiu lekko – i to nie tylko dlatego, że korona, którą włożono jej na głowę 63 lata temu, waży dobrze ponad dwa kilo. Im dłużej się człowiek przygląda jej życiu, tym mniej chce mu się wżeniać w rodzinę królewską… Niedawno dumałam nad tym, czytając biografię napisaną przez Marka Rybarczyka, a już znów mam okazję podumać – tym razem za sprawą brytyjskiego serialu The Crown.

Serial niby jest dokładnie taki, jak większość produkcji o brytyjskich wyższych sferach… ułożony, taktowny, pełen ładnie ubranych ludzi starannie akcentujących każde słowo. Ale równocześnie jest zadziwiający. Choćby dlatego, że w pierwszym odruchu miałam ochotę okrzyknąć go najgorzej obsadzonym serialem biograficznym w historii… nikt tam nie jest ani odrobinę podobny do postaci, którą gra. Wystarczyło jednak kilka pierwszych odcinków, żebym wahnęła się kompletnie w drugą stronę – i chciała krzyczeć, że to najlepiej obsadzony serial od bardzo dawna. Zaiste, zadziwiające.

Coś w tym jednak jest. Choć naprawdę mało który bohater jest podobny do swojego pierwowzoru, niemal wszyscy aktorzy wchodzą w swoje role jak dłoń królowej Elżbiety w dobrze dopasowaną jedwabną rękawiczkę. Claire Foy pięknie opanowała charakterystyczny sposób mówienia królowej, o jej dość niezdarnym machaniu do poddanych nie wspominając. Matt Smith jako książę Filip swoją nieco plastusiową twarzą perfekcyjnie oddaje kpinę, rozbawienie, złość, frustrację i całą masę innych emocji targających ambitnym i rozrywkowym facetem, który całe życie musi chodzić nie dość, że jak w zegarku, to jeszcze zgodnie z etykietą dwa kroki za swoją żoną.

Kadr z serialu "The Crown", 2016.
Kadr z serialu The Crown, 2016.

Jared Harris jako król Jerzy VI początkowo budził moje obawy, bo wciąż mam przed oczami niezapomniany występ Colina Firtha w Jak zostać królem… ale te wątpliwości szybko wyparowały. Jest w nim coś dostojnego, królewskie poczucie obowiązku, które (chyba dość skutecznie) próbuje zaszczepić w swojej córce. Winston Churchill grany przez Johna Lithgowa jest nieco może zmanierowany, ale za to szybko zjednuje sobie sympatię. Vanessa Kirby jako charyzmatyczna księżniczka Małgorzata z łatwością czaruje i uwodzi mężczyzn, prasę i widzów serialu.

Ile jest prawdy w historii opowiadanej przez The Crown, to wie chyba tylko sama królowa Elżbieta. Z jednej strony serial zdaje się być bardzo wierny faktom podawanym przez kolejnych biografów. Ale z drugiej, kiedy tylko wkraczamy w prywatność bohaterów, momentalnie staje się fantazją. Piękną, porywającą, do pewnego stopnia może i prawdopodobną, ale jednak fantazją. I nie chodzi tylko o to, że raczej nigdy nie dowiemy się, czy i jakimi słowami zrozpaczona królowa wyznawała miłość swojemu niepokornemu małżonkowi. Wyraźnie widać, że oprócz dokumentowania rzeczywistości główną misją serialu jest przemalowanie portretu królowej Elżbiety z kogoś, kto niemal jak robot od sześćdziesięciu lat niestrudzenie stoi na posterunku, na kogoś bardziej ludzkiego – córkę, żonę, siostrę i przede wszystkim młodą, chowaną pod kloszem dziewczynę, na której barki dość niespodziewanie spada trudny do udźwignięcia ciężar.

A młoda królowa rzeczywiście nie ma lekko. Poznajemy ją w dniu upragnionego ślubu z Filipem, jeszcze szczęśliwą, jeszcze stosunkowo beztroską. Ale to zmienia się bardzo szybko, wraz ze śmiercią Jerzego VI i przejęciem obowiązków, do których młoda Elżbieta kompletnie nie jest przygotowana. Dość powiedzieć, że o koniach i psach corgi wie zdecydowanie więcej niż o funkcjonowaniu państwa, którego ma być głową, czy o świecie, z którego największymi przywódcami przyjdzie jej gawędzić przy kolacji. A jakby braków w edukacji było jeszcze mało, dodatkowych problemów nastręcza konflikt interesów pomiędzy życiem prywatnym i racją stanu.

Kadr z serialu "The Crown", 2016.
Churchill, specjalista od racji stanu. Kadr z serialu The Crown, 2016.

The Crown wpuszcza nas w sam środek sprzeczek małżeńskich, złamanych obietnic, przyjaźni niosących pocieszenie, lęków, nadziei i bolesnych rozczarowań – i jest przy tym zadziwiająco taktowny i delikatny. Nikt w tym serialu nie pokazuje zbyt wiele ciała, o uprawianiu seksu nie wspominając. Romanse księcia Filipa i inne przykre sekrety bardziej przeczuwamy niż wiemy o nich na pewno. Niby więc podglądamy, ale z szacunkiem i lekko przygięci w ukłonie przed obiema twarzami królowej – tą majestatyczną i tą ludzką, tak zagubioną i tak silną zarazem.

Pierwsze odcinki The Crown nie porywają od razu… To nie Downton Abbey, tu nikt na wstępie nie umiera po harcach w łóżku. Królowa i cały serial potrzebują kilku odcinków, żeby porządnie się rozkręcić, ale kiedy już im się to uda, trudno się oderwać od ekranu i coraz bardziej skomplikowanych relacji pomiędzy bohaterami. A wszak to dopiero pierwszy sezon, przed nami jeszcze tyle barwnych postaci i pikantnych skandali… Może za parę lat doczekamy starcia Elżbiety z Margaret Thatcher? I młodzieńczych wybryków księcia Karola? Elżbieta II nie ma przecież lekko i to, co do tej pory pokazał nam The Crown, to tylko wierzchołek góry lodowej, o którą wielokrotnie będzie się rozbijać jej królewska cierpliwość.

_____________

PS Władzom miasta Krakowa polecam zwłaszcza odcinek z zabójczym smogiem – żebyście się kiedyś państwo przypadkiem nie zdziwili, jeśli po czterech dniach nieustannej mgły doprawionej pyłem znacznie zwiększy się frekwencja krakowian w kostnicach. Londyn rozwiązywał takie problemy sześćdziesiąt lat temu, może warto wreszcie wziąć z niego przykład.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.