Kadr z filmu The Circle: Krąg, reż. James Ponsodlt, 2017.
Kadr z filmu The Circle: Krąg, reż. James Ponsodlt, 2017.

The Circle – albo jak koncertowo zniszczyć dobry temat

Jeśli regularnie śledzicie mojego bloga, być może zauważyliście, że mam słabość do antyutopii. A jeśli do niepokojących wizji rzeczywistości dorzucicie trochę rozważań o zaawansowanej technologii – macie już nie tylko moje zaciekawienie, ale i pełną uwagę. Kiedy więc dawno temu zobaczyłam zwiastun filmu The Circle: Krąg z Emmą Watson i Tomem Hanksem, od razu wiedziałam, że muszę to obejrzeć. Później co prawda mój entuzjazm nieco osłabł pod wpływem negatywnych recenzji… ale stało się. Obejrzałam… i stanowczo (choć z bólem serca) podpisuję się pod całą krytyką tego filmu.

Wszystko kręci się tu wokół kwestii prywatności w świecie naszpikowanym technologią, która nieustannie zbiera o nas masę rozmaitych informacji. Młoda dziewczyna o imieniu Mae (Emma Watson) dostaje wymarzoną pracę w wielkiej, prestiżowej firmie Circle (Krąg) trochę przypominającej mieszankę Google i Apple’a, ale bardziej zaawansowanej technologicznie. Na czele firmy stoi charyzmatyczny i wyraźnie wzorowany na Jobsie Eamon Bailey (Tom Hanks) – wizjoner, który porywa za sobą tłumy wyznawców i rozanielonych pracowników przekonanych o tym, że zmieniają świat i kształtują przyszłość. Co w zasadzie jest prawdą, pytanie tylko, czy te zmiany nie wyjdą nam wszystkim bokiem.

Kiedy Mae trafia do Kręgu, dzieją się trzy rzeczy. Po pierwsze, przychodzi jej się zmierzyć ze społeczną presją dzielenia się swoim życiem w sieci. Wiecie, zjedzenie kanapki nie ma żadnego sensu, jeśli nie wrzucicie jej foteczki do internetu. Po drugie, my jako widzowie odkrywamy, jak bardzo sekciarską naturę ma Krąg (i pewnie niejedna prawdziwa korporacja na tym świecie) – i jak błyskawicznie łapie swoich pracowników w sieć obietnic wyjątkowości i wielkich osiągnięć przeplatanych zawoalowanymi groźbami wykluczenia z tej fantastycznej i prestiżowej społeczności. Po trzecie, trafiamy w sam środek wielkiego skoku technologicznego… i wielkiego skoku na prywatność internautów. Firma nie tylko wypuszcza właśnie rewolucyjne maleńkie kamerki, które spokojnie nadawałaby się na szpiegowski gadżet dla Jamesa Bonda, ale też eksperymentuje z czymś zwanym pełną transparentnością – zachęcając odważnych pionierów do podłączenia się do sieci na stałe i dzielenia się z internautami każdą sekundą swojego życia, każdym mailem, rozmową, widokiem, wszystkim. Ot, chodzący reality show bez przerw na reklamy.

Kadr z filmu <em>The Circle: Krąg</em>, reż. James Ponsodlt, 2017.
Kadr z filmu The Circle: Krąg, reż. James Ponsodlt, 2017.

Nasza bohaterka oczywiście dostaje się w sam środek tego eksperymentu, nie mówiąc już o tym, że jest wizją transparentności zwyczajnie oczarowana i podekscytowana. Ewidentnie nie jest chyba aż tak mądra, jak mogłoby się wydawać, albo przynajmniej nie miała okazji obejrzeć paru kluczowych odcinków Czarnego Lustra. W każdym razie, dzięki jej naiwności dostajemy próbkę tego, czym może skończyć się nieustanna inwigilacja i gromadzenie wrażliwych danych przez chciwe i łase na informacje firmy, których nikt nie kontroluje.

Do tego momentu wszystko brzmi świetnie – temat jest nie tylko bardzo aktualny, ale też wart przemyślenia. Technologia rozwija się dziś w takim tempie, że nie nadąża za nią ani prawo, ani etyka, ani świadomość zagrożeń w społeczeństwie. Jesteśmy trochę jak Mae i reszta pracowników Kręgu – tak zajarani kolejnymi fantastycznymi gadżetami i aplikacjami, że zapominamy się zastanowić nad wszystkimi konsekwencjami ich masowego użytku.

Problem w tym, że temat, który jest świetnym polem do dyskusji, w Kręgu został zrealizowany… cóż, w sposób pozostawiający sporo do życzenia. Na pierwszy plan wybija się drętwe aktorstwo Emmy Watson – uwielbiam Emmę i w niektórych filmach tę sztywność widać mniej, ale niestety Krąg do nich nie należy. Nie jest w roli Mae specjalnie przekonująca i tak naprawdę momentami trudno stwierdzić, czy technologiczna sekta ją wciągnęła, czy dziewczyna tylko udaje… i raczej wątpię, żeby to była zasługa wskazówek w scenariuszu. Jej trudna do zinterpretowania mimika skutkuje przeważnie konsternacją widza, gdy bohaterka podejmuje takie czy inne decyzje – bo nie wiadomo właściwie, skąd one się biorą i z czego wynikają.

Kadr z filmu <em>The Circle: Krąg</em>, reż. James Ponsodlt, 2017.
Kadr z filmu The Circle: Krąg, reż. James Ponsodlt, 2017.

Ale nie Emma jest tu wszystkiemu winna. Cały film sprawia wrażenie, jakby nie do końca mógł się zdecydować, co chce widzowi powiedzieć. Myślę, że twórcy nie odrobili lekcji i powinni byli bardzo skrupulatnie obejrzeć sobie kilka odcinków Czarnego Lustra – i zobaczyć, jak najpierw zafascynować widza możliwościami nowej technologii, a dopiero potem stopniowo budzić w nim wątpliwości i przerażenie konsekwencjami. Pozwolić, żeby w pewnym sensie sam przekonywał się i wyrabiał sobie zdanie o tym, czym grozi nadmierne zawierzanie technicznym nowinkom.

Krąg niestety tego nie robi. Z jednej strony niby chce pokazywać możliwości i dobrodziejstwa wszechobecnych kamer i transparentności, ale z góry już od pierwszych minut czujemy, że to firma i technologia będą tu czarnym charakterem. Patrzymy na ludzi zajaranych skomplikowanymi programami, ale oni sami ani ich entuzjazm nie są dla nas specjalnie wiarygodni. Od początku mamy negatywny stosunek do wszystkiego, co się na ekranie dzieje. Łopatologicznie kładzie nam się do głowy, że rozwój technologii zmierza w jakimś chorym kierunku, a ludzie, którzy się tym ekscytują, muszą być idiotami… i taki wydźwięk unosi się nawet nad scenami, które nas samych teoretycznie powinny jeszcze ekscytować.

Tak się nie robi dobrych antyutopii! Nie jest to też specjalnie dobra metoda wychowawcza. Jeśli chcemy ludzi czegokolwiek nauczyć albo na cokolwiek uwrażliwić, nie ma sensu tłuc ich po głowie przekazem „technologia jest zła!!!”, bo zwyczajnie przestaną słuchać. Nie mówiąc już o tym, że technologia sama w sobie zła nie jest – największym problemem jesteśmy my sami i to, w jaki sposób z niej korzystamy. Technologia jest jak, nie przymierzając, nóż – możesz nim ukroić kawałek chleba dla bezdomnego albo zamordować sąsiada. Jeśli wybierzesz tę drugą opcję, to raczej nie będzie wina noża.

Jeśli zastanawiacie się nad obejrzeniem The Circle – chyba nie ma sensu. Niewiele ciekawego wnosi, ucina dyskusję, zamiast do niej pobudzać, nie porywa ani aktorstwem, ani scenariuszem… Jest masa ciekawszych i mądrzejszych produkcji o konsekwencjach błyskawicznego rozwoju technologicznego, które możecie w tym czasie obejrzeć. Na przykład Czarne Lustro.

2 komentarze

  • Kilka dni temu oglądałam ten film i powiem nie spodobał mi się :/ z bólem wraz z siostrą udało mi sie go oglądnąć do końca :/ dobrze że nie poszłam na ten film do kina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.