Fot. Frazer Harrison / Getty Images.

Tamte nieprzespane noce albo foch na Oscary

Jeśli w tym roku postanowiliście nie zarywać nocy, czekając na oscarową galę, i zamiast tego woleliście się po prostu porządnie wyspać – to była bardzo dobra decyzja. Jubileuszowa, dziewięćdziesiąta ceremonia rozdania nagród Akademii była bowiem dość daleka od pompy i spektakularnych obchodów, jakie być może niektórzy z nas sobie wyobrażali. Równie daleka była od radykalnej zmiany nastrojów, której część widzów spodziewała się w odpowiedzi na ruchy #MeToo i Time’s Up. Powiedziałabym wręcz, że było nijak, rozczarowująco i raczej nie było to warte wyjątkowo ciężkiego poniedziałku pełnego ziewania, bólu głowy i drastycznie obniżonej produktywności. Zwłaszcza, jeśli sprzed ekranów popędziliście prosto do pracy.

Rozczarowania

Ustalmy to na wstępie – jestem tą osobą w towarzystwie, która niespecjalnie umie przegrywać. Kiedy więc moi faworyci nie zostają docenieni, odbieram to dosyć osobiście. To powiedziawszy, uważam za cokolwiek skandaliczne to, że najlepszą piosenką zostało obwołane Remember me z filmu Coco, a nie absolutnie piękne Mystery of love Sufjana Stevensa. Ok, Remember me jest typowo wręcz oscarową piosenką, ale tak samo typowe były pozostałe trzy uzupełniające stawkę – są zresztą tak do siebie podobne, że gdybym nie wiedziała, której akurat słucham, mogłabym się pomylić. Na tym tle tylko Sufjan Stevens się wyróżniał i to tak bardzo na plus, że jedynym wytłumaczeniem werdyktu Akademii jest to, że jej członkowie zwyczajnie mają serca z kamienia. I wyjątkowo przewidywalny, nudny gust muzyczny.

Dalej jestem też zdania, że Gary Oldman akurat rolą Winstona Churchilla nie zasłużył sobie na Oscara. Nie jestem co prawda tym wyborem zaskoczona, ale i tak trochę smutno, że zwyczajnie lepszy Timothée Chalamet nie został doceniony. Ktoś powinien członkom Akademii przypomnieć, że aktorów nagradza się za konkretną, nominowaną w danym roku rolę – a nie w ramach zadośćuczynienia za pominięcie w poprzednich latach. Jak tak dalej pójdzie, to ten łańcuszek pomijanych świetnych ról i spóźnionych decyzji Akademii nigdy się nie skończy i za 20-30 lat to Chalamet będzie odbierał Oscara za wcale nie najlepszą swoją rolę, blokując drogę komuś, kto rzeczywiście będzie wtedy wart nagrodzenia. Ot, błędne koło. Kategoria męskiej roli pierwszoplanowej robi się powoli nieco kuriozalna…

Timothée został doceniony przynajmniej przez Jamesa Ivory’ego i jego koszulę. Osobliwie, ale zawsze coś. Fot. Jeff Kravitz/FilmMagic

Spodziewałam się co prawda, że moje ukochane Tamte dni, tamte noce mogą nie zdobyć statuetki za najlepszy film… i byłabym nawet gotowa uznać wyższość absolutnie perfekcyjnych Trzech bilbordów za Ebbing, Missouri. Ale to, że po zwycięstwo sięgnął Kształt wody, jest dla mnie o tyle niezrozumiałe, co także dość śmieszne… Owszem, wizja i sposób prowadzenia filmu przez del Toro słusznie zostały docenione, ale to, że facet miał ciekawy pomysł na pomieszanie w tym rybim kociołku rozmaitych rzeczy i gatunków, nie znaczy jeszcze, że wyszło z tego coś wybitnego. Gdyby Kształt wody według del Toro był książką, prawdopodobnie kupiłabym go dla ładnej okładki, a potem przez resztę życia wstydziłabym się przed ludźmi, że mam go na półce – bo poza ładnym opakowaniem niewiele ten film w zasadzie miał mi do zaoferowania.

Guillermo i jego dwa Oscary. Fot. FREDERIC J. BROWN/AFP/Getty Images

Można by uznać, że mam focha na tegoroczną galę dlatego, że moje ukochane Tamte dni, tamte noce doczekały się tylko jednego Oscara za najlepszy adaptowany scenariusz – zresztą przyznanego słusznie, bo kiedy tak słucham audiobooka czytanego przez Armiego Hammera, nie mogę wyjść z podziwu, jak z tak pretensjonalnej i naszpikowanej nastoletnią egzaltacją książki można było zrobić tak dobry i subtelny film. Ale moje zawiedzione statuetkowe nadzieje to nie jest główna (a przynajmniej nie jedyna) przyczyna tego focha… Dużo bardziej drażni mnie to, że bardzo źle znosząc brak snu, zarwałam noc dla czegoś, co mało być efektowne, przyjemne i choć trochę wypełnione emocjami… a okazało się nudne, przewidywalne i zaskakująco mało widowiskowe.

Brak zaskoczeń

Poza najważniejszym Oscarem dla Kształtu wody (serio…?), największym i jedynym zaskoczeniem była chyba statuetka za oryginalny scenariusz dla Uciekaj!, a nie dla perfekcyjnego tekstu Trzech bilbordów, w którym prawdopodobnie nawet żaden przecinek nie jest zbędny. Nie mogę powiedzieć, żeby Uciekaj! był złym filmem, żeby brakowało mu napięcia albo żeby (może poza zakończeniem) cokolwiek wydawało się w nim przypadkowe czy naciągane… Ale nawet w tak mocnym zestawieniu, jak tegoroczne, Trzy bilbordy wydawały się bezkonkurencyjne… A tu proszę.

W większości pozostałych kategorii nagrody powędrowały tam, gdzie powinny i gdzie powszechnie je typowano. Frances McDormand, Allison Janney i Sam Rockwell dostali swoje zasłużone statuetki, Oscar za zdjęcia do Blade Runnera 2049 i charakteryzację dla Czasu mroku nikogo chyba nie dziwi… Tak samo nikogo nie dziwi Oscar dla Coco za animację – choć i Twój Vincent,Breadwinner zrobiły na mnie spore wrażenie. Powiem nawet, że na Breadwinnerze przypominającym nieco takie powieści graficzne jak Persepolis czy Arab przyszłości ryczałam bardziej, niż na Coco… ale podejrzewam, że mało kto ten film jednak widział. Trochę szkoda, że Baby Driver nie załapał się na żadną z dźwiękowych i montażowych kategorii, bo to jeden z tych filmów, gdzie te techniczne zabiegi zachwycają nawet laików. Ale Dunkierka też była pod tym względem bardzo mocna i ten wybór chyba nikogo nie dziwi. W filmach nieanglojęzycznych też trudno mówić o zaskoczeniu – Fantastyczna kobieta dopiero co dostała w analogicznej kategorii Złotego Globa. Pełną listę zwycięzców znajdziecie tutaj, a tymczasem przyjrzyjmy się samej gali, bo jej przebieg był jeszcze bardziej pozbawiony wyrazu niż grono laureatów było pozbawione niespodzianek…

Gdyby Twój Vincent wygrał z Coco, mielibyśmy okazję w pełnej krasie podziwiać vincentową suknię Doroty Kobieli. Źródło: Twitter – @LovingVincent

Gala bez emocji

Nazwijmy to po imieniu, tegoroczna gala była po prostu nudna. Wiele osób zastanawiało się, jak rozdanie Oscarów będzie wyglądało w erze „po Weinsteinie” – spodziewano się mocnych komentarzy albo jakiejś magicznej zmiany formuły… a tymczasem gala była niemal taka sama, jak większość poprzednich – tylko dużo bardziej pozbawiona wyrazu i emocji. Temat Weinsteina zamknięto jednym (niezbyt zabawnym) żartem na samym początku – i to dobrze, bo takich typów należałoby raz na zawsze zepchnąć w mroki historii i potraktować co najwyżej jako przestrogę dla świata. Stop making awful people famous.

Ale jeśli w tamtym roku pojawiło się choć trochę wyrazistych żartów prowadzącego i mniej lub bardziej płomiennych przemówień na tematy ważne dla nagradzanych twórców – to podczas tegorocznej gali więcej było słów zachowawczych, płaskich, niezapadających w pamięć. Jeśli spodziewaliście się politycznych komentarzy, ostrych żartów Kimmela albo wielkiego wybuchu girl power, będziecie zawiedzeni. Kilka wstawek o silnych kobietach oczywiście ze strony prowadzącego i wręczających nagrody padło – ale mam wrażenie, że w takiej formie padały i „przed Weinsteinem”. Silne kobiety były w tym przemyśle od zawsze, teraz mieliśmy tylko trochę więcej okazji do powtarzania w kółko zdań typu „Pierwsza kobieta nominowana za zdjęcia”. Niezmiernie się cieszę z rzeczywiście historycznych nominacji dla Grety Gerwig (piąta w całej 90-letniej historii Oscarów nominacja dla kobiety za reżyserię) i Rachel Morrison (pierwsza W OGÓLE nominacja dla kobiety za zdjęcia), niech inspirują kolejne dziewczyny do działania… Ale chyba jeszcze nie do końca wymyśliliśmy, jak ograć ten temat, żeby dobitnie pokazać absurdalność sytuacji i jej prawdziwy powód: niezliczone szklane sufity, z którymi kobiety w tej branży się zderzają.

Jimmy Kimmel, który w tamtym roku całkiem nie najgorzej poradził sobie w roli gospodarza, teraz nie był specjalnie zabawny i nie błyszczał… Powtórzenie manewru ze „zwykłymi ludźmi” na Oscarach najbardziej ubawiło chyba jego samego. Może w przyszłym roku jednak czas na zmianę prowadzącego? Przyznam, że kusi mnie, żeby zobaczyć w tej roli Kumala Nanjiani albo jakąś wyrazistą babkę. Kimmel po raz trzeci raczej nie będzie dobrym wyborem. Zwłaszcza, że najbardziej energicznym punktem całej gali były podziękowania Frances McDormand – i to wiele mówi o sposobie prowadzenia tegorocznej imprezy.

Frances odbiera swoją nagrodę. Fot. Kevin Winter/Getty Images

Zresztą większość osób pojawiających się na scenie, czy to w roli wręczających czy laureatów jednak dość ostrożnie dobierała słowa… Trudno powiedzieć, czy pod drzwiami stali prawnicy Trumpa albo Weinsteina, czy może liberalne elity same sobie i swojemu wyczuciu tego, co wypada, nie ufają na tyle, żeby rozładować atmosferę jakimś celnym żartem… A może po zeszłorocznej wpadce z kopertą celem tej gali było tylko dotrwać do końca bez żadnych ekscesów? Jeśli tak, to chyba się udało, ale jakim kosztem? Mam wrażenie, że za kilka godzin kompletnie niczego już nie będę z tej gali pamiętać – w zasadzie już teraz poza jednym żartem z Kształtu wody i umawiania się z rybami nie pamiętam ani słowa wypowiedzianego przez Kimmela.

Canal+ i społeczne manifesty

Czy spodziewałam się jakichś płomiennych feministycznych albo politycznych wystąpień ze strony odbierających nagrodę? Chyba nie, a na pewno nie liczyłam na nie tak bardzo jak towarzystwo w polskim studio Canal+. Jasne, wyrazista mowa oscarowa zwycięzcy zawsze dodaje całej gali kolorytu… Ale w przeciwieństwie do komentatorów w studio, nie przyszłoby mi do głowy w kategoriach zarzutu rozpatrywać tego, że ta czy inna osoba „nawet nie spróbowała” ze sceny agitować na ten czy inny temat… Allison Janney wyszła, podziękowała za docenienie jej pracy, podziękowała ludziom, którzy ją wspierali… i oh my God nie walnęła żadnego feministycznego manifestu – no doprawdy skandal, trzeba jej to wytknąć! I ach, nie zapominajmy, że Gary Oldman powinien wziąć od kogoś lekcje retoryki przed odbieraniem kolejnego Oscara!

Świetna rola, kobieta z klasą, a Canal+ i tak znajdzie coś, do czego można się przyczepić. Fot. Kevin Winter/Getty Images

Kiedy ostatnio sprawdzałam, Oscary były uhonorowaniem osiągnięć w dziedzinie kinematografii, a nie konkursem krasomówczym – ale co ja tam wiem. Od błyszczenia elokwencją powinien być prowadzący, a nie ludzie w emocjach odbierający nagrodę. Poza tym, co niby mądrego i może jeszcze feministycznego miałby powiedzieć taki Oldman, sam przed laty oskarżony przez byłą żonę o stosowanie przemocy? Jak dla mnie, należałoby się raczej w pierwszej kolejności pochylić nad tym, kogo, na jakiej podstawie i dlaczego tak wybiórczo banujemy z listy osób celebrowanych podczas Oscarów – nie żeby nagrodzony w tym roku za krótkometrażową animację Kobe Bryant miał na koncie oskarżenie o przemoc seksualną… – ale oczywiście „ona jest złą feministką” zawsze brzmi lepiej i jest pilniejsze do wypowiedzenia głośno niż „ten koleś ma szemraną przeszłość i w sumie nie wiadomo, czy wypada go oklaskiwać”.

Nie przepadam za oscarowym studiem prowadzonym przez Canal+, bo po poziomie komentarzy naprawdę niewiele można się spodziewać, a i zaspany tłumacz bardziej mi utrudnia odbiór niż w nim pomaga… Polskie studio skusiło mnie w tym roku tylko dlatego, że zaproszono jedną z moich ulubionych blogerek. Ale jeden Zwierz Popkulturalny wiosny nie czyni i obawiam się, że w przyszłym roku musieliby tam posadzić samego li tylko Zwierza, żeby dało się to oglądać bez poczucia żenady.

Koniec końców nie mogę więc powiedzieć, żeby to była najbardziej udana noc w roku… Jeśli tak dalej pójdzie, Akademia powinna przestać się dziwić, że ciągle spada im oglądalność gali. Naprawdę chyba czas na jakąś zmianę formuły i to niekoniecznie w odpowiedzi na taką czy inną akcję społeczną – sam format już się chyba trochę przejadł. Jeśli to nadal ma być najważniejsza filmowa noc w całym roku, warto by jej chyba przywrócić nieco glamouru i zastanowić się nad rozrywkowymi elementami. Ale co ja tam wiem – ja tylko nie śpię, żeby oglądać tę galę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.