Tak podobne, a tak różne – Roma vs Zimna Wojna

W tegorocznym rozdaniu Oscarów stają ze sobą w szranki (i to w aż trzech kategoriach!) dwa filmy tak na pierwszy rzut oka do siebie podobne, że trudno uciec od porównań i nie próbować ich ze sobą zestawiać. Zimna Wojna Pawła Pawlikowskiego i Roma Alfonso Cuarona solidarnie wpadają do worka z napisem „te czarno-białe filmy, którymi wypada się zachwycać”, ale jeśli przyjrzeć im się bliżej, różnią się od siebie dużo bardziej, niż mogłoby się wydawać.

Co je łączy?

Pozornie łączy je bardzo dużo. Oba są czarno-białe. Oba mocno czerpią z osobistych doświadczeń reżyserów – dla Pawlikowskiego inspiracją byłą relacja jego rodziców, u Cuarona to jego własne dzieciństwo i historia niani, z którą do dziś jest blisko. W obu filmach każde ujęcie jest drobiazgowo zaplanowane i niemal każdy kadr nadawałby się na piękny artystyczny plakat. Obie historie rozgrywają się w przeszłości – Zimna wojna zabiera nas do Polski i Europy lat 50. i 60., Roma do stolicy Meksyku z początku lat 70. Oba też nie prowadzą płynnej narracji, a raczej składają się z pojedynczych scen i pewnych „wycinków” rzeczywistości bohaterów. I wreszcie oba filmy opowiadają nie tylko o życiu swoich bohaterów, ale przez pryzmat ich doświadczeń gdzieś w tle nienachalnie portretują też też historię kraju czy regionu.

Uniwersalne historie…?

Teoretycznie też oba filmy opowiadają bardzo uniwersalne historie – choć akurat pod tym względem Zimna wojna radzi sobie chyba jednak lepiej niż Roma. Prawie każdy kiedyś kogoś kochał, więc historia dwojga ludzi, którzy ani nie mogą, bo wiecznie coś ich rozdziela, ani nie bardzo umieją ze sobą być, a jednak ciągle do siebie wracają, trafia do widzów z bardzo różnych środowisk na całym świecie.

Roma też aspiruje do bycia historią uniwersalną – i rzeczywiście, wszędzie na świecie są kobiety, które ze wszystkim muszą sobie radzić zupełnie same, i tacy mężczyźni, którzy nigdy nie dorastają do odpowiedzialności, nieobecni ojcowie i samotne matki. A jednak, choć jest to opowieść bardzo ludzka, rezonuje z widzami inaczej – być może dlatego, że przez większość seansu zamiast skupiać się na tym, co czuje główna bohaterka, jesteśmy zajęci rozszyfrowywaniem znaczenia wszechobecnych symboli, od przelatujących samolotów, przez pogodę, aż po psie kupy. Być może nie bez znaczenia jest tu też tło społeczne i historyczno-kulturowy europocentryzm – o ile większość widzów (przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) ma jakieś pojęcie, kim był wychwalany ludową pieśnią Stalin i z czym wiązał się podział Europy żelazną kurtyną, to już krwawe manifestacje na ulicach Meksyku niewiele powiedzą przeciętnemu widzowi… a to już odziera film z pewnych ważnych kontekstów (i prawdopodobnie kolejnych metafor).

W zasadzie oba filmy opowiadają też historie, które słyszeliśmy już milion razy. Tu niemożliwa miłość, tu zwykła, szara codzienność pracującej dziewczyny z niższych klas społecznych, która gdy tylko posmakuje trochę życia, natychmiast zostaje przez nie sprowadzona do parteru. Historie stare jak świat – tak naprawdę najbardziej istotne i odkrywcze jest to, w jaki sposób reżyserzy opowiadają o swoich bohaterach. I jeśli to nas nie porwie, istnieje ryzyko, że solidnie się wynudzimy.

Co je różni?

Choć teoretycznie są to filmy w formie bardzo do siebie podobne, to tak naprawdę forma też najbardziej je różni. Oba są czarno-białe, ale dla każdego z nich czerń i biel jest czymś zupełnie innym – tak jak w Zimnej wojnie mamy wyraziste kontrasty czerni i bieli, podkreślające, jak różnią się i ścierają ze sobą jej bohaterowie, tak Roma operuje wszystkimi odcieniami szarości, co dodatkowo podkreśla monotonię kolejnych podobnych do siebie dni z życia służącej.

O ile też w obu przypadkach w reżyserii i operatorce znać rękę perfekcjonistów, to już w samych założeniach te filmy wyraźnie się od siebie różnią. Gdybym miała porównać Zimną wojnęRomę do literatury, byłyby jak w punkt napisana, bardzo obrazowa, ale i bardzo przejrzysta proza – i po brzegi wypełniona symbolami poezja, która najzwyczajniejszą kałużę potrafi zamienić w egzystencjalny dramat.

Nigdy nie byłam specjalnie dobra w interpretowaniu poezji, nietrudno więc zgadnąć, że całym serduszkiem jestem jednak #TeamZimnaWojna. To oczywiście nie jest film bez wad. Jeśli na początkowym etapie nie kupimy wielkiej miłości pomiędzy Zuzą i Wiktorem – a ja na przykład trochę jej nie kupiłam – przez resztę filmu patrzymy na ludzi podejmujących bardzo nielogiczne decyzje i strasznie szamocących się z życiem. Ale trzeba przyznać, że to, w jaki sposób się z nim szamocą i w jakich sceneriach to robią, potrafi przyćmić braki, nawet jeśli na początku nie poczuliśmy tej iskry. Tu już same kadry w połączeniu z muzyką bywają tak piękne, że można uronić przy nich łzę.

Romą jest inaczej – ten film z kolei teoretycznie nie ma wad. Żadnych. I prawdopodobnie to jest jego największym problemem. Po niekończącej się fali zachwytów i onieśmielających epitetów z góry wchodzimy do kina z nastawieniem, że oto przed nami arcydzieło (Cuaron chyba zresztą też tak trochę wchodził na plan). Wchodzimy z nastawieniem, że należy się strzec, bo jeśli owo arcydzieło nas nie porwie, to albo będzie dowodem naszej ignorancji i braku obycia, albo (w najlepszym wypadku) buntu przeciwko przyjętej konwencji, z którą kompletnie nam nie po drodze.

Kadr z filmu <em>Roma</em>, reż. Alfonso Cuaron, 2018.
Kadr z filmu Roma, reż. Alfonso Cuaron, 2018.

A nie oszukujmy się – może nam być z nią nie po drodze. Film, w którym przez ponad dwie godziny dzieją się może ze dwie rzeczy i który przemawia do nas głównie wizualnymi symbolami, w dodatku utrzymanymi niekiedy w prawie jednolitych odcieniach szarości, wystawia na solidną próbę cierpliwość współczesnego widza. Moją zdecydowanie wystawił. Zimna wojna też dużo mówi do nas obrazem – ale przy okazji układa fabułę z tego, co najistotniejsze, kondensuje najmocniejsze momenty, wygodnie zostawiając w domyśle całą szarą codzienność, której aż nadto mamy we własnym życiu, by jeszcze chodzić oglądać ją do kina. Zimna wojna zdaje się być bardziej przyjazna zwykłemu widzowi, przystępna i bardziej atrakcyjna medialnie, nawet jak na film na wskroś artystyczny. Za to Roma, mimo nieustającego zachwytu krytyków, część widzów może po drodze zgubić gdzieś pomiędzy niesamowicie długimi ujęciami, w których niewiele się dzieje, i analizą banalnej codzienności, od której spora część z nas wolałaby raczej uciec. Na przykład do kina.

Jeśli więc zdarzy nam się odbić od technicznie doskonałej Romy, a wierzę, że niejednemu widzowi się to przytrafi, wychodząc z kina możemy natrafić na iście gombrowiczowski dylemat: powtarzać za wszystkimi wokół, że Słowacki wielkim poetą był, a Cuaron wielkim reżyserem… czy może jednak w przypływie odwagi pytać, jak zachwyca, kiedy nie zachwyca.

Na pocieszenie pamiętajmy, że z arcydziełami zazwyczaj tak jest. Wszyscy niby je znamy i niby się nimi zachwycamy… a w praktyce mało kto jest w stanie przez nie przebrnąć do końca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.