Sprawa dla blogera: pseudonim czy własne nazwisko?

Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam każdego tekstu zaczynać słowami: w dzisiejszym programie Sprawa dla blogera… – i obowiązkowo dorzucać swoje zdjęcie w charakterystycznej pozie z nienaturalnie wyciągniętym na bok nogami. Czasem naprawdę ciekawi mnie, jak liczba czytelników tego bloga zmieniłaby się, gdybym do tego jeszcze podpisywała się pod tekstami swoim pełnym nazwiskiem, z uwzględnieniem drugiego imienia po mamie. Które u osób zaglądających w moich dokumentach do rubryki „imię matki” wywołuje nieśmiertelne pytanie: ale to córka TEJ pani z telewizji?

Nie, nie tej. Ale o ile nie nazywasz się Hitler, to zbieżność nazwisk z kimś rozpoznawalnym raczej ci w przestrzeni publicznej nie zaszkodzi. Swego czasu pewien prawie nikomu nieznany i zupełnie niespokrewniony z ministrem sprawiedliwości członek PiS-u właśnie w ten sposób dostał się do sejmu. Moja mama też by się pewnie z miejsca dostała i pewnie nawet nie musiałaby się specjalnie głowić nad wyborczym programem. Ludzki umysł lubi chodzić na skróty i lubi wybierać to, co znane i bezpieczne. Nawet jeśli chodzi tylko o słowa i etykietki przyczepione do ludzi, o których niczego tak naprawdę nie wiemy.

Znane nazwisko w przestrzeni publicznej otwiera wiele drzwi i przyciąga uwagę. Ale też często otwiera usta złośliwcom, którzy cały twój sukces przypisują temu nazwisku i „znajomościom”. Nie da się ukryć, że również w blogosferze posiadanie znanego ojca raczej w zdobyciu rozgłosu nie przeszkadza. Ale chociaż głośne nazwisko czy rodzinne powiązania mogą na początku dać twojej marce potężnego pozytywnego kopa, to mimo wszystko ogromnym i chyba dosyć krzywdzącym uproszczeniem są złośliwe sugestie, jakoby niektórzy poza nazwiskiem tatusia nie mieli światu kompletnie nic do zaoferowania. Zwłaszcza jeśli od dłuższego czasu sami całkiem nieźle pracują na własny wizerunek.

A takie zawistne głosy ciągle z którejś strony padają i może dlatego niektórzy decydują się odciąć od sławnej rodziny i budować coś na własny rachunek. Znacie Nicolasa Coppolę? Oczywiście, że znacie, ale nie pod takim nazwiskiem. Nicolas Cage, bo o nim mowa, miał ambicję osiągnięcia czegoś samodzielnie, bez (nadmiernego) korzystania ze sławy swojego wuja Francisa. I chyba mu się udało – dzisiaj wszyscy kojarzymy go raczej z jego własnym stylem aktorstwa jednej miny niż ze słynnym klanem filmowców.

Dzisiaj wszyscy jesteśmy markami.

Decyzja o tym, czy tworzyć coś pod pseudonimem, czy jednak pozostać pod własnym nazwiskiem, nie jest wcale taka łatwa. Oczywiście ja mówię to z perspektywy kogoś, kto „plecy” miał co najwyżej w podstawówce i to nie dzięki pani z telewizji, a z tytułu bycia nauczycielskim dzieckiem. I póki co bardzo dalekie są mi refleksje niektórych pisarzy, że sława jest męcząca, jeśli masz ją wypisaną nawet na skrzynce pocztowej.

Ale myśl o pseudonimie towarzyszyła mi już w naiwnych dziecięcych marzeniach o pisarskiej karierze. I gdzieś tam cały czas się czai – może nawet zauważyliście, że przez moment eksperymentowałam tu z panieńskim nazwiskiem prababci. Może to niepopularne wśród blogerów, ale niespecjalnie lubię błysk fleszy… więc zabezpieczenie w postaci alter ego, które w razie czego można by wypchnąć na afisze, daje mi chyba jakiś komfort psychiczny. Może też daje mi komfort i swobodę pisania, pozwala udawać, że to wcale nie mi ten czy tamten czytelnik dogryzł? Może daje mi złudzenie, że wcale tak bardzo nie obnażam swojej prywatności, nawet jeśli na Instagramie widzicie, co mam na półkach w sypialni i dokąd chodzę na piwo kremowe?

Ale wybór odpowiedniego pseudonimu to też nie jest łatwa sprawa. Trzeba się w nim jakoś odnaleźć, posługiwać nim z lekkością, a nie z nieustannym zdziwieniem i poczuciem obcości, o jakim mówią niektóre świeżo upieczone mężatki po zmianie nazwiska. Pseudonim może coś ważnego wyrażać, a może po prostu ładnie brzmieć. Może być jednym słowem, a może imitować imię i nazwisko. Co wybrać, w którą stronę pójść?

Jak widać na załączonym obrazku, niektórzy i w połowie kariery zmieniają zdanie w kwestii pseudonimu…

Mogłoby się wydawać, że po 5 latach prowadzenia bloga będę mieć to już jakoś uporządkowane… I w pewnym sensie tak jest – skrócona wersja imienia gdzieś tam już we mnie wrosła i pasuje jak dobrze dobrana rękawiczka. Ale czy występowanie pod tą samą nazwą co sieć supermarketów nie obniża mi prestiżu? Czy nie byłoby profesjonalniej dorzucić jakieś nazwisko? Adele i Rihanna jakoś sobie radzą z samym imieniem, ale takie krótkie miano na płycie wygląda lepiej niż na grzbiecie wymarzonej książki… Czy oddzielanie „oficjalnej” pracy od tego, co robię na blogu, w ogóle ma sens, skoro to cały czas prawie jedna branża? Czy ludzie piszący pod pseudonimem w którymś momencie w końcu przestają sobie zadawać takie pytania i mnożyć problemy pierwszego świata?

Nie wątpię, że jakiś spec od wizerunku szybko by mi te problemy rozwiązał, kalkulując opłacalność, klikalność i inne „ości”. Ale cały czas chodzi chyba o to, żeby zostać sobą i czuć się dobrze z tym, co robisz. Z Milą czuję się świetnie. Nie wiem, jak bym się czuła ze Sprawą dla blogera, ale muszę przyznać, że brzmi to całkiem chwytliwie. A czy wy na pewno dobrze czujecie się ze swoimi blogowymi personami? Pomyślcie o tym, jeśli sami zastanawiacie się, jak podpisywać swoje teksty. I przede wszystkim – podpisujcie je! Domyślnie ustawiony „admin” może i jest popularnym słowem, ale to nie to samo, co pani z telewizji – i wizerunku wam raczej nie zbuduje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.