Smokiem i mieczem – wrażenia z finałowego odcinka Gry o Tron

Stało się. Szósty odcinek ósmego sezonu Gry o Tron i tym samym finałowy odcinek całego serialu już za nami. Czy było to godne pożegnanie jednej z najważniejszych produkcji w historii telewizji? Po kilku mocno krytykowanych odcinkach wielu fanów straciło jakąkolwiek nadzieję na uratowanie tego sezonu… i pewnie dla wielu z nich finał okazał się gwoździem do trumny niegdyś rewelacyjnego serialu. Dla mnie jednak ostatecznie stał się największym zaskoczeniem całego sezonu – i to nawet nie ze względu na to, co się w nim działo, tylko dlatego, że po tym, jak porzuciłam wszelką nadzieję, ostatni odcinek okazał się nawet do pewnego stopnia satysfakcjonujący… [Tekst zawiera spoilery].

Nic nowego pod słońcem

O ile zaskoczyło mnie to, że nie znienawidziłam finałowego odcinka, to nie mogę powiedzieć, żeby zaskoczyło mnie to, co się w nim działo… Głównie dlatego, że cała fabuła ósmego sezonu wyciekła na wiele miesięcy przed jego premierą i nie udało mi się uniknąć spoilerów – chociaż prawdą jest też, że aż do ostatniej chwili traktowałam spoilery odnośnie zakończenia jako niedorzeczny żart. Żartu nie było, było za to odhaczanie po kolei wszystkich spoilerowych rozwiązań, które na papierze wyglądały wyjątkowo kuriozalnie… na ekranie jednak były kuriozalne odrobinę mniej – choć być może dlatego, że pierwszy odruch buntu mam już za sobą i mogę na to wszystko spojrzeć z większym dystansem.

Smokiem i mieczem

W tym odcinku tak naprawdę nie działo się zbyt dużo – oczami Tyriona obejrzeliśmy sobie krajobraz po rzezi i w bardzo przejmującej scenie opłakaliśmy razem z nim przysypane gruzami rodzeństwo, byliśmy świadkami śmierci Smoczej Królowej, a potem w połowie odcinka (niekoniecznie gładko – ten gwałtowny przeskok był dezorientujący) przeszliśmy od razu do epilogu i ustanawiania nowego porządku. Tylko tyle i aż tyle.

Zdecydowanie najważniejszym i chyba najbardziej oczekiwanym wydarzeniem odcinka okazała się śmierć Daenerys – tym bardziej nieuchronna, że twórcy do końca próbowali nam jeszcze zakończenie wątku Smoczej Królowej usprawiedliwiać. Z jednej strony dali nam kilka obrazków pokazujących, jak mocno Danka odkleiła się od rzeczywistości i jaki ambitny ma plan na spalenie żywcem… przepraszam: na wyzwolenie reszty kontynentu. I jak bardzo wychodzi z niej natura smoka – kadr z Danką, zza której pleców wystają skrzydła Drogona, był zaiste perfekcyjny. Dostaliśmy też wyraźne podkreślenie tego, jak bardzo Daenerys wierzy w to, że jej wizja świata jest nie tylko jedyną słuszną, ale i wynikającą z monopolu na rozumienie dobra i zła, który sobie najwyraźniej przyznała. Danka w tym odcinku przemawia jak tyranka i jak tyranka wygląda – a gdyby nie obecność smoka, kadry, w których Daenerys zwraca się do swoich wojsk, spokojnie mogłyby się znaleźć w filmie o którymś z dwudziestowiecznych dyktatorów.

Z drugiej strony twórcy dali nam też scenę rozmowy aresztowanego Tyriona, który porzucił już wszelkie złudzenia, z Jonem, który wciąż jeszcze desperacko próbuje usprawiedliwiać przed nami i sobą samym zbrodnicze wybory Daenerys. Wprawdzie była to scena nakręcona i zagrana ładnie, ale jednak dość toporna – a bohaterom przyszło wygłaszać argumenty showrunnerów, którzy chyba w którymś momencie zdali sobie sprawę, że to, jak rozpisali w piątym odcinku „przemianę” Daenerys, jest dalekie od mistrzostwa i może się spotkać z masowym niezrozumieniem. Mamy więc Jona, który empatycznie wskazuje na wszystkie traumy i straty, jakich Danka doświadczyła w Westeros, a także Tyriona, który przypomina nam, że Matka Smoków zawsze była bezwzględna, brutalna i dziwnie rozumiała sprawiedliwość – ale do tej pory przymykaliśmy na to oko, bo jej gniew dość precyzyjnie spadał na złych ludzi, a nie na miasto pełne cywili.

Ostatecznie więc zbolały Jon wypełnia swoje przeznaczenie i w jakiś sposób ociera się też o przepowiednię o Azorze Ahai, który zaprowadzi na ziemi pokój, uprzednio hartując swój miecz w sercu ukochanej. Miecza wprawdzie nie było, ale był sztylet i serce Danki – w bardzo malowniczej i wybitnie symbolicznej scenerii pokrytej śniegiem (tudzież popiołem, widzowie nie są zgodni) sali tronowej, bo gdzie indziej miałaby się toczyć ostateczna rozgrywka między Targaryenami, jeśli nie w sali tronowej. I to w dodatku niemal żywcem wyjętej z wizji Daenerys z drugiego sezonu.

Śmierć Daenerys dała nam drugą (po płaczącym Tyrionie) chwytającą za serce scenę – i nie był to nawet sam moment zadźgania Danki, ale reakcja Drogona, który niczym zaniepokojony zwierzaczek trąca swą martwą matkę nosem, a potem wpada w rozpacz. By za chwilę, zupełnie nie jak zwierzaczek, tylko jak najinteligentniejsze stworzenie w Westeros, smoczym ogniem stopić nieszczęsny Żelazny Tron – zupełnie, jakby zdawał sobie sprawę, że to właśnie to głupie krzesło jako symbol władzy doprowadziło jego ukochaną mamusię do upadku. W kwestii smoczej inteligencji można oczywiście debatować – z jednej strony serial traktuje smoki raczej jak przerośnięte i śmiercionośne, ale jednak zwierzątka domowe. Z drugiej – w książkach wspomina się, że niektórzy maestrzy uważają smoki za mądrzejsze od człowieka. Jednak niezależnie od tego, czy Drogon rozumie symbolikę Żelaznego Tronu i niszczy go zupełnie świadomie, zapowiadając upadek monarchii, czy zionie ogniem na oślep (zaskakująco skrupulatnie omijając Jona), czy może po prostu działa na zasadzie skojarzenia ostrego sztyletu w sercu Danki z krzesłokształtną kupą ostrych mieczy – była to jedna z moich ulubionych scen w tym odcinku, jeśli nie w całym sezonie.

Jak zostać królem

Królowa nie żyje – niech żyje król! Choć część widzów ewidentnie miała nadzieję, że po śmierci Daenerys na tronie zasiądzie Jon/Aegon, stało się jednak inaczej. Gdyby Varys nie był teraz kupką popiołu, pewnie przewracałby się w grobie – po co on rozsyłał listy o pochodzeniu Jona do wszystkich zainteresowanych? Za co dał się zabić, jeśli nie tylko nie uratował Królewskiej Przystani, ale i nie posadził na tronie swojego faworyta? Z punktu widzenia serialu pochodzenie Jona było w zasadzie potrzebne głównie do tego, by skonfliktować go z Danką – co po spaleniu miasta dałoby się zrobić i bez targaryenskiej krwi w jego żyłach.

Jon oczywiście wcale nie chciał być królem, więc może i dobrze się stało, że za królowobójstwo „ukarano” go zesłaniem do Nocnej Straży… Zwłaszcza, że nikt go tam specjalnie nie pilnuje, co pozwala mu miło spędzać czas z Tormundem i Duchem – a nawet w końcu pogłaskać swojego pieseczka. Nie wiem jak wy, ale ja jestem wyznawczynią spiskowej teorii, że głaskanie Ducha dokręcono na ostatnią chwilę po tym, jak po niedawnym incydencie bez głaskania zaczęliśmy marudzić, że Jon nie ma serca. Północ jest dobrym miejscem i dla wilkorów, i dla Jona – co w zasadzie sprawia, że jego „kara” zamienia się trochę w wybawienie od przeznaczenia, którego wcale nie chciał. Poza tym, otwarte zakończenie pozwala nam snuć rozmaite domysły, co dalej – ja na przykład wyobrażam sobie, że za jakiś czas Jon zostanie przez Wolnych Ludzi ogłoszony Królem za Murem i w tej roli odnajdzie się bez najmniejszego problemu.

Wróćmy jednak do „najważniejszego” króla – bo tu dzieją się rzeczy zaiste dziwne. Po śmierci Daenerys przez pewien czas władzę w Królewskiej Przystani sprawuje armia pod wodzą Szarego Robaka – ale jak długi to jest czas, trudno powiedzieć, chyba, że ktoś potrafi odczytywać daty z długości brody przebywającego w niewoli Jona Snowa. Przeskok od odlatującego z ciałem Danki Drogona do negocjacji lordów Westeros z Szarym Robakiem jest tak nagły i niespodziewany, że przez dłuższą chwilę człowiek zastanawia się, na co właściwie patrzy. Czy to jakiś proces Tyriona i Jona? Czy rozmowy w sprawie przekazania więźniów? Czy armia Północy właśnie stoi pod bramą Królewskiej Przystani? Jeszcze zanim zdążymy znaleźć odpowiedzi na te pytania, pojawia się ważniejsze: jakim cudem zakuty w kajdany i cokolwiek jednak skompromitowany swoimi decyzjami Tyrion nagle z więźnia staje się pomysłodawcą wolnej elekcji?

Nie będę udawać – ta część odcinka jest cokolwiek kuriozalna. Szary Robak chyba nie do końca wie, co chce osiągnąć – utrzymać władzę w Królewskiej Przystani, czy olać wszystko i wyjechać w ciepłe kraje. Edmure Tully robi z siebie idiotę tylko po to, żeby Sansa miała okazję go zgasić. Samwell Tarly próbuje wszystkich namówić na ekspresowy kurs wprowadzania demokracji, ale jak przystało na nerda, zostaje wyśmiany przez kolegów. Ostatecznie pada na wolną elekcję i królem Sześciu (już) Królestw zostaje Bran Stark – w pierwszej decyzji oddając Północ we władanie zdeterminowanej walczyć o swoje Sansie. Nepotyzm? Idiotyzm? Fanserwis? Uwielbiam Sansę jako Królową Północy, ale politycznie i strategicznie cała ta sytuacja chyba nie do końca została przemyślana.

Na ogłoszenie Brana królem można zareagować w zasadzie na cztery sposoby. Po pierwsze, zgodnie z duchem tego sezonu, możemy uznać, że twórcy po prostu chcieli nas zaskoczyć – zrobili ankietę, kogo najmniej spodziewamy się na tronie, wyszło im, że Brana, to właśnie Brana zrobili królem. Cyniczne i złośliwe, ale w sumie wcale nie jest to wykluczone. Po drugie, możemy się śmiać, że aby zostać królem Westeros wystarczy nic nie robić i być kompletnie bezużytecznym przez trzy sezony, a na końcu i tak cię wybiorą. I jeszcze wypominać, że dopiero co nie chciał być lordem, a teraz królewskim tytułem jednak nie pogardzi. Po trzecie, możemy uwierzyć Tyrionowi, że Bran z racji ciągłego bycia „w kontakcie” ze wszystkimi poprzednimi władcami najlepiej rokuje pod względem doświadczenia i mądrości. I że ma o sobie do opowiedzenia najlepszą historię – Chłopiec, Który (spadł z wieży i) Przeżył, poszedł (został zaniesiony) za Mur i został Trójoką Wroną… Nie wiem, co ma opowiadanie historii do rządzenia państwem, ale myślę, że Sansa, Arya i Tyrion też mają całkiem sporo anegdotek w zanadrzu i też można by każdego z nich marektingowo sprzedać jako króla z ciekawą historią. Wreszcie po czwarte, możemy zatrzymać się nad wypowiedzianym przez Brana zdaniem, które sugeruje, że on od dawna doskonale wiedział, że go wybiorą na króla – i zastanawiać się, czy aby na pewno jego intencje są czyste… czy może sam cały ten bajzel z Daenerys i Jonem ukartował, albo przynajmniej nie zapobiegł masakrze niewinnych ludzi, bo spalenie Królewskiej Przystani było mu na rękę.

Nie będę udawać – nie jestem fanką króla Brana i dalej uważam, że osadzenie go na tronie miałoby największy sens wtedy, gdyby na końcu odcinka błysnął błękitnym okiem Nocnego Króla… Ale jest jak jest. Może to nie jest król, jakiego chcieliśmy… ale kto wie, czy to nie jest król, na jakiego zasłużyliśmy swoim marudzeniem na przewidywalne rozwiązania wątków.

Nowy wspaniały świat

Wraz z panowaniem Brana rozpoczyna się w Westeros okres wolnej elekcji. Co oznacza, że Daenerys w zasadzie dopięła swego i w pewnym sensie zniszczyła dotychczasową machinę władzy… chociaż chyba nie do końca o to jej chodziło. I tak naprawdę nie wiadomo, czy rzeczywiście ją zniszczyła… Kto jak kto, ale my w Polsce możemy kolegom z Westeros opowiedzieć co nieco o tym, dokąd może prowadzić wolna elekcja – i nie jest wcale powiedziane, że ta ustrojowa zmiana wyjdzie Sześciu Królestwom na dobre.

Równocześnie dla (większości) pozostałych przy życiu postaci otwiera się też nowy (czasem nowy-stary) etap w życiu. Jon wraca za Mur i chcę wierzyć, że wiedzie wolne i szczęśliwe życie w towarzystwie Tormunda i Ducha. Którego dużo głaszcze. Tyrion znów zostaje Królewskim Namiestnikiem i przewodzi cokolwiek dziwacznej radzie – skompletowanej chyba tylko po to, by widz znał twarze ludzi, którzy siedzą przy stole. Ser Davos jako Starszy nad Okrętami (i Gramatyką) ma może jakiś sens, ale czy wynegocjowanie sobie wielkiego zamku i bogactwa przez Bronna to wystarczające CV, by sprawować pieczę nad państwowymi finansami? Sansa wygrywa swoją własną grę o tron i samodzielność – i zostaje Królową Północy z ciekawie zaprojektowaną koroną i piękną suknią w liście czardrzewa, co w zasadzie jest spełnieniem moich grotronowych marzeń.

Arya nagle zostaje Krzysztofem Kolumbem Westeros, co z jednej strony niby odpowiada jej niepokornemu duchowi, ale z drugiej – chyba nikt z nas nie wpadłby na takie zakończenie jej wątku. Szary Robak oddaje ostatni hołd swojej ukochanej i płynie na jej rodzinną wyspę Naath, zamieszkaną przez bezbronnych pacyfistów – i prawdopodobnie tak jak obiecał Missandei, razem z Nieskalanymi będzie bronił jej rodaków. Samwell zostaje królewskim maestrem – co z jednej strony bardzo mu pasuje, ale z drugiej każe stawiać pytania o to, co się stało z Goździk i dziećmi, skoro maestrowie chyba nieszczególnie mogą mieć żony. Wreszcie Podrick zostaje pasowany na rycerza, a ser Brienne dowodzi Królewską Gwardią i wykonuje poruszający gest wobec swojego zmarłego ukochanego, wypełniając jego stronę w księdze byłych dowódców najszlachetniejszymi czynami Lannistera i ubierając w ładne słowa jego wierność królowej Cersei, by Jaime mógł zostać zapamiętany przez potomnych pozytywnie, a nie jako kochanek własnej siostry.

Ten ostateczny epilog i otwarte zakończenie, rzeczywiście dosyć słodko-gorzkie, jak zapowiadali twórcy, trochę podnosi mi ocenę tego odcinka i w jakiś sposób mnie satysfakcjonuje – nawet jeśli droga otwierająca się przed niektórymi bohaterami na pierwszy rzut oka wydaje mi się dziwna. Wygląda jednak na to, że do Westeros przyszła wiosna (zaskakująco szybko, jak na to, że miała panować najdłuższa zima, jaką ktokolwiek pamięta) – a wraz z wiosną promyk nadziei na to, że może po całym tym piekle i niezliczonych zgonach w Westeros zapanują nieco lepsze czasy.

Czy cisną mi się na usta irytujące i czepialskie pytania do tego odcinka? Oczywiście. Skąd Daenerys ma aż tylu żołnierzy? Wyglądają, jakby przybywało ich po każdej walce. Kto projektował Królewską Przystań, że ma akustykę lepszą niż najlepsze opery? Dlaczego Szary Robak nie zabił Jona, skoro mordował jeńców wojennych za mniejsze przewinienia niż królowobójstwo? Skąd nagle w Aryi duch żeglarza i odkrywcy? Czemu tak bardzo nie wykorzystano w tym sezonie Yary Greyjoy? Jaką mamy właściwie porę roku? Czemu znowu w kadrze są zupełnie współczesne pojemniki na napoje? Dokąd poleciał Drogon i dlaczego twórcy są wredni i nie chcą nam tego zdradzić? To nie był idealny odcinek, a zdecydowanie nieidealny był jego środek – i do bardzo wielu rzeczy można się tutaj przyczepić, jeśli tylko ma się na to ochotę.

Słodko-gorzki koniec dnia

Czy to był dobry sezon? Zdecydowanie nie był to sezon, na jaki zasługiwaliśmy – a zwłaszcza nie taki, na jaki w naszych własnych głowach wydawało nam się, że zasługujemy. Tak epicki (choć niepozbawiony problemów) serial zdaniem widzów zasługiwał na równie epickie zakończenie, solidnie napisane, przesycone emocjami, coś, co wbije nas w fotel, wyciśnie z nas łzy, sprawi, że zabraknie nam słów – ale też, że ostatecznie poczujemy się usatysfakcjonowani.

O ósmym sezonie Gry o Tron można powiedzieć wiele, ale chyba nie to, że spełnił oczekiwania widzów… Miewał momenty, kiedy wbijał w fotel, miewał i takie, kiedy płakaliśmy nad bohaterami albo razem z nimi, miewał i takie, gdy robiło nam się ciepło na serduszku – ale jednocześnie w bardzo wielu miejscach było czuć, że opowieść ugina się pod ciężarem własnej epickości, gdy na siłę próbuje się wcisnąć materiał na kilka dodatkowych soczystych sezonów w zaledwie sześć odcinków. Trzeba to powiedzieć jasno – niektóre elementy ósmego sezonu po prostu mocno rozminęły się z logiką… ale było też bardzo dużo takich, które mocno zgrzytają, jednak głównie dlatego, że nie poświęcono im wystarczająco dużo miejsca, by mogły odpowiednio wybrzmieć, zostać przekonująco umotywowane i pokazać raczej drogę bohatera, niż tylko punkt A i punkt B. Myślę, że większość rozwiązań, wobec których jako widzowie się instynktownie buntujemy, spokojnie dałoby się obronić, gdyby twórcy serialu mieli czas, pieniądze i przede wszystkim chęci, żeby bardziej umiejętnie je podbudować – zamiast zostawiać widza z wielkimi dziurami w scenariuszu.

Największym problemem finału Gry o Tron jest to, że nadszedł zbyt szybko w stosunku do tego, ile historii wciąż pozostało jeszcze w tym świecie do opowiedzenia, wyjaśnienia i domknięcia. W ramach ograniczonego czasu i budżetu serial zrobił tyle, ile mógł i jak mógł – choć nie da się ukryć, że czasami wychodziło mu to kuriozalnie. Tak czy inaczej – to już koniec. Pewna epoka w historii telewizji właśnie się zakończyła. I nawet, jeśli finał nas nie zachwycił – nie da się ukryć, że po drodze Gra o Tron zawładnęła naszą wyobraźnią i zafascynowała nas tak mocno, że teraz gotowi jesteśmy godzinami o niej debatować i wykłócać się o najlepsze naszym zdaniem rozwiązania. A to jest spore osiągnięcie tego serialu – i kto wie, czy jeszcze kiedyś doświadczymy w telewizji podobnego fenomenu na taką skalę.

Co czuję na myśl o końcu Gry o Tron? Trochę nostalgię, trochę żal… a trochę ulgę, że ukochany serial nie złamie mi już więcej serca i niczym mnie nie rozczaruje. Może to i lepiej. W końcu wszyscy muszą umrzeć. Nawet seriale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.