Śmierć nadejdzie jutro – wrażenia z 2 odcinka 8 sezonu Gry o Tron

Drugi odcinek ósmego i finałowego sezonu Gry o Tron już za nami – i choć wciąż jeszcze nie doszło do zapowiadanej wielkiej bitwy, a cały odcinek w zasadzie składał się z rozmów pomiędzy bohaterami, to działo się w nim tyle i w tak dobrym stylu, że Rycerz Siedmiu Królestw z automatu ląduje wysoko wśród moich ulubionych epizodów. Przyjrzyjmy mu się bliżej!

Gra o Tron przyzwyczaiła nas do podróży po Westeros, Essos i otaczających je morzach – a tymczasem drugi odcinek rozgrywa się właściwie w całości w jednej lokacji. Towarzyszymy naszym bohaterom w Winterfell w przeddzień wielkiej bitwy z siłami Nocnego Króla. Mogłoby się wydawać, że nie ma potrzeby „marnować” na to całego odcinka… ale to nieprawda. Drugi epizod nie ma nic wspólnego z marnowaniem czasu ekranowego, za to pięknie i niekiedy wzruszająco domyka nam niektóre wątki, a inne podbudowuje do takiego momentu, by w przyszłym odcinku móc już sobie pozwolić na bardziej radykalne zwroty akcji (i prawdopodobnie na sporą ilość zgonów).

That’s what I’m Tolkien about

Jeśli wydaje wam się, że gdzieś już widzieliście niektóre sceny, macie rację – twórcy wprost mówią o tym, że inspiracją dla nadchodzącej bitwy o Winterfell, a także dla atmosfery, która panuje w zamku dzień przed bitwą, była druga część Władcy Pierścieni, a konkretnie bitwa o Helmowy Jar. Mamy tu więc chwytające za serce sceny, kiedy niczym Aragorn i Eowina, ser Davos i Goździk z jednej strony podnoszą na duchu mężczyzn, którym pierwszy raz w życiu przyjdzie złapać za broń, a z drugiej próbują zaopiekować się tymi słabszymi, którym podczas bitwy przyjdzie schronić się w kryptach. Szczególnie poruszająca jest tu scena z małą dziewczynką, która za sprawą widocznych na twarzy blizn na pewno kojarzy się Davosowi z małą waleczną Shireen – i choć ona chce walczyć, rycerzowi i Goździk udaje się ją przekonać, by udała się do krypt „bronić” zebranych tam kobiet, dzieci i starców. Małej Shireen nie udało się Davosowi uchronić przed okrutnym losem, ale mam nadzieję, że po bitwie spotka jeszcze tę dziewczynkę całą i zdrową, i że to przyniesie mu pewne ukojenie.

Cały ten odcinek jest przesycony atmosferą jak z Helmowego Jaru – towarzyszymy bohaterom, którzy przygotowują się do starcia z siłami ciemności, spędzamy z nimi pełne napięcia godziny, które mogą się okazać ich ostatnimi. Jeśli sama bitwa też ma być inspirowana Władcą Pierścieni, jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała – i czy tam też w kluczowym momencie pojawi się ktoś, kto uratuje dzień (może Melisandre cała na czerwono?), czy jednak sprawy potoczą się źle i niedobitki żywych będą musiały uciekać przed upiorną armią nieumarłych.

Jest jeszcze jedno scena, która mocno kojarzy mi się z Władcą Pierścieni, ale tym razem z Powrotem Króla – i jest to moment, w którym Podrick zaczyna śpiewać. Od razu miałam przed oczami Pippina śpiewającego rozdzierającą piosenkę na dworze Denethora. Do piosenki zresztą jeszcze za chwilę wrócimy.

Poza nawiązaniami do Władcy Pierścieni, drugi odcinek wyraźnie odnosi się też do poprzednich sezonów samej Gry o Tron – wielu bohaterów wspomina drogę, którą przeszli od początku serialu, ale padają też dosłowne cytaty. Tyrion cytuje samego siebie, opowiadając o tym, jak zawsze wyobrażał sobie własną śmierć. A Bran jak zwykle wyjeżdża z cokolwiek niestosownym cytatem, przypominając słowa, które Jaime wypowiedział, zrzucając go z wieży.

(Ostatnie) pożegnania

Wbrew narzekaniom niektórych, że w Rycerzu Siedmiu Królestw mało się dzieje, taka cisza przed burzą jest serialowi bardzo potrzebna. Pierwszy odcinek rozstawił nam pionki na planszy i pokazał, jak daleką drogę przebyli bohaterowie przez siedem sezonów. Drugi zapewnia nam pewnego rodzaju domknięcie i wielu bohaterom pozwala się porządnie pożegnać – w razie, gdyby mieli nie przeżyć odcinka trzeciego. Większość ważnych postaci przebywających w Winterfell ma w tym epizodzie swój moment, zabrakło chyba tylko Varysa i smoków.

Mamy więc Szarego Robaka i Missandei, którzy snują plany na to, co po wojnie – a rozdzielający ich potem ostrokół każe się zastanowić, czy aby na pewno będzie im dane tej wspólnej przyszłości doświadczyć. Mamy Theona, który zalicza nadspodziewanie emocjonalne spotkanie z Sansą, a także deklaruje, że chce odkupić swoje winy, walcząc za Winterfell i Starków, którzy tyle wycierpieli przez jego zdrady. Jeśli w przyszłym odcinku bohatersko zginie, będzie to zaiste godne pożegnanie bohatera, który przeszedł bardzo długą i wyboistą drogę. Mamy Joraha Mormonta, który z jednej strony spotyka się ze swoją kuzynką Lyanną i mimo różnicy zdań oboje życzą sobie powodzenia, a z drugiej dostaje rodowy miecz Tarlych od Sama, trochę może jako znak, że będzie mu dane odkupić nim krzywdy, które Danka wyrządziła rodzinie Sama. Samwell zresztą wyrasta tu na coraz bardziej skomplikowaną emocjonalnie postać – kto by się spodziewał, że po tym, co się stało, odda rodzinną pamiątkę akurat w ręce Joraha?

Skoro już jesteśmy przy niezręcznych rozmowach, Jaime spotyka się z Branem i ucinają sobie pogawędkę o „upadku” z okna – a rozmowa przebiega nadzwyczaj pokojowo i w zasadzie pokazuje, że choć Bran ucierpiał, a Jaime czuje skruchę, to obu im ten nieszczęsny upadek był do czegoś potrzebny. Bran dzięki temu ostatecznie został Trójoką Wroną, Jaime zaczął się powoli zmieniać, aż stał się jedną z najbardziej przyzwoitych postaci w całym serialu. Mamy też spotkanie braci – Jaime i Tyrion zastanawiają się, jak dotarli w to miejsce i skończyli jako obrońcy Winterfell. Na murach Jon i jego dawni przyjaciele z Nocnej Straży komentują to, jak rozeszły się ich drogi, a Arya spotyka Ogara, do którego ostatecznie okazała się bardzo podobna z charakteru, on z kolei zalicza małą, ale wyrazistą rozmowę z Berikiem. Mamy wreszcie świetne sceny przy kominku, gdzie większa grupa bohaterów przy winie kontempluje to, jak dziwnymi ścieżkami los doprowadził ich do Winterfell.

Rycerka Siedmiu Królestw

Jednym z idealnie domkniętych w tym odcinku wątków jest kwestia Brienne i jej rycerstwa. Nie oszukujmy się – na tle wszystkich osób, które paradują po Westeros z tytułem „ser” przyklejonym do imienia, to Brienne od początku była najbardziej rycerska i honorowa, i to jej najbardziej tego tytułu odmawiano z tej jednej przyczyny, że przyszło jej się urodzić kobietą. Czy spodziewałam się, że Brienne kiedykolwiek dostąpi zaszczytu pasowania na rycerza? Nie. W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że serial w ten sposób podsumuje jej wątek… Czy kiedy już dostąpiła tego zaszczytu, to była jedna z najlepszych scen w całym serialu? Bez wątpienia. Ostatni raz czułam się tak usatysfakcjonowana, kiedy Bran zobaczył scenę z Wieży Radości. Brienne nie tylko w pełni sobie zasłużyła na takie „zakończenie”, ale też rozegrano to chyba w sposób najlepszy z możliwych.

Oto mamy tu bohaterkę, która przez całe życie była gdzieś poza oczywistymi kategoriami – po latach szykan z jej postury i urody nie czuła się specjalnie kobieca i ciągle powtarzała, że nie jest damą, ale nie była też przecież mężczyzną, uparcie poprawiając wszystkich, którzy błędnie (choć słusznie) tytułowali ją rycerzem. A tymczasem w tym odcinku nie tylko zdobywa najwyższy zaszczyt, o którym zawsze marzyła, i zostaje pasowana na rycerza, ale także nagle okazuje się kobietą, o której względy mniej lub bardziej otwarcie stara się dwóch wybitnie nietuzinkowych mężczyzn. Z jednej strony Tormund z jego otwartymi, nieokrzesanymi i pozbawionymi uprzedzeń sugestiami czy próbami zaimponowania jej (historia o mleku olbrzymów to złoto!), a z drugiej Jaime, który ucieka się do znacznie bardziej dworskich obyczajów i nie mówi wprost, co czuje (bo i nie jest przyzwyczajony do czucia czegokolwiek do kobiet, które nie są jego siostrą!). Obaj wyraźnie próbują się do niej zbliżyć, choć każdy na swój własny sposób, obaj też odgrywają ogromną rolę w spełnieniu jej największego pragnienia – Tormund postuluje, by „pieprzyć tradycję”, a Jaime dokonuje samego aktu pasowania na rycerza.

Trójkąt Brienne-Tormund-Jaime od dawna budzi spore emocje, a w tym odcinku został pięknie zwieńczony – niezależnie od tego, co dalej stanie się z trójką bohaterów, scenę pasowania wszyscy fani tego trójkąta będą czule pielęgnować w swoich serduszkach. A można chyba sądzić, że po takiej dawce uznania i słodyczy wkrótce stanie się z nimi coś strasznego i trójkąt nie będzie miał już trzech wierzchołków, o ile w ogóle przetrwa…

Przyjaźń czy kochanie?

Skoro już jesteśmy przy wątkach cokolwiek romantycznych, nie możemy pominąć Sansy i Aryi – a ku zaskoczeniu wszystkich obie zaliczają w tym odcinku zupełnie niespodziewane sceny. Z jednej strony mamy wątek Sansy z Theonem – początkowo wygląda to na bardzo emocjonalne spotkanie dawno niewidzianych członków rodziny tudzież dwojga ludzi, którzy zbliżyli się do siebie, przechodząc przez piekło, któremu na imię było Ramsay. Emocje są tu jak najbardziej uzasadnione, Theon ma w końcu wybitnie skomplikowaną historię ze Starkami, a z Sansą łączy go dodatkowo wyjątkowo bolesna wspólnota doświadczeń.

Tyle, że później dostajemy jeszcze migawkę, w której oboje cokolwiek podejrzanie na siebie popatrują – i to przeplataną obrazami innych serialowych kochanków… I teraz pytanie, co mamy o tym myśleć. Czy ten odcinek miał nam pokazać bardzo różne oblicza miłości, od tej czysto fizycznej (o której za moment) aż po przyjacielską? Czy może Sansę i Theona kreuje nam się tutaj na swego rodzaju parę? Byłaby to para zdecydowanie niekonwencjonalna, zważywszy, że Theona wykastrowano, a Sansa jako dziedziczka Starków powinna chyba myśleć o przedłużaniu rodu… Ale z drugiej strony – to mogłaby też być para idealna. Nikt nie zrozumie Theona tak jak Sansa ani Sansy tak jak Theon. A po przejściach z Ramsayem Theon może się dziewczynie wydawać najbezpieczniejszym ze wszystkich mężczyzn.

Druga z sióstr też w tym odcinku nie próżnuje. O tym, że Arya powinna się spiknąć z Gendrym, mówi się już od kilku sezonów… ale chyba nikt się nie spodziewał, że spiknie się z nim tak szybko i tak… intensywnie. Przeczuwając, że przed nią być może ostatnie godziny życia, Arya postanawia sprawdzić, jak to jest być z mężczyzną – i jej wybór rzecz jasna pada na Gendry’ego. I to jest ten moment, w którym fandom eksplodował, a liczba wyszukań hasła „ile lat ma Maisie Williams” lawinowo wzrosła…

Powiem tak: jasne, nieco dziwnie patrzy się na to, jak bohaterowie, których znamy od dziecka, nagle zaczynają robić zdecydowanie dorosłe rzeczy… Ale hej, mordowanie ludzi też jest cokolwiek dorosłym zajęciem, a jakoś nie panikowaliśmy, kiedy Arya rozprawiała się z Freyami… Mam z tą sceną drobny problem pod tym względem, że została podbudowana bardzo na szybko i w obecnym sezonie wzięła się trochę znikąd – Arya i Gendry nie widzieli się dobrych kilka lat, ostatnim razem co prawda mieli niezłą chemię, ale ona wciąż była dzieckiem i wszyscy traktowaliśmy to raczej w kategoriach pierwszego szczenięcego zauroczenia. Teraz oboje są wprawdzie dorośli, ale za całe umotywowanie ich relacji mają nam starczyć dwa czy trzy intensywne spojrzenia… No i nie zapominajmy, że Aryę od dawna budowano raczej jako postać jednak trochę aseksualną. Z jednej strony chłopczyca, z drugiej zabójca, który wyrzeka się swojej tożsamości… Przez dobrych kilka sezonów nie mieliśmy żadnych oznak, że Arya identyfikuje się ze swoją kobiecą stroną, ani że w jakikolwiek sposób jest zainteresowana mężczyznami czy seksem… Być może dlatego nagle wprowadzona scena seksu wywołała u sporej części widzów zaskoczenie i dezorientację.

Ale z drugiej strony – chociaż zabrakło tam kilku drobnych scen, które nieco bardziej poprowadziłyby nas w tym kierunku, sam kluczowy moment został rozegrany dobrze i całkiem w kluczu postaci Aryi: to nie jest płochliwa młoda dama, którą uwodzi przystojny kowal, tylko dziewczyna, która zawsze miała gdzieś konwenanse i nie wahała się sięgać po to, czego akurat ma ochotę spróbować. W tym przypadku miała ochotę spróbować seksu przed bitwą, która może się dla niej skończyć śmiercią – taki wątek zresztą też był serialowi potrzebny, bo co innego robić na kilka godzin przed apokalipsą? Wziąć przykład albo z Tyriona i popijać wino z przyjaciółmi przy kominku, albo z Aryi – i posmakować życia z osobą, która się nam podoba.

Mam nadzieję, że na tym wątek Aryi i Gendry’ego nie zostanie gwałtownie urwany śmiercią któregoś z nich – tym bardziej, że związek tych dwojga mógłby zjednoczyć rody Baratheonów i Starków, tak jak tego chcieli Robert i Ned na początku serialu… nawet jeśli wtedy mieli na myśli inne swoje dzieci.

Co po bitwie?

Kiedy większość bohaterów skupia się na nadchodzącym starciu z Nocnym Królem, cały czas pozostają otwarte dwa wątki dotyczące tego, co potem. Z jednej strony mamy rozmowę Sansy i Daenerys – Danka za namową Joraha próbuje trochę udobruchać Sansę (prawie myślałam, że jeszcze chwila, a zrobi z niej swoją namiestniczkę!). Panie wydają się zmierzać do porozumienia… ale wtedy Sansa zadaje sakramentalne pytanie: co dalej. Ona twardo obstaje przy stanowisku Północy, by nigdy już przed żadnym obcym władcą nie ugiąć kolana, Daenerys z kolei niespecjalnie dobrze znosi brak posłuszeństwa i wszyscy wiemy, jak kończą ci, którzy próbują się jej przeciwstawiać… Sansa zdecydowanie nie pomaga Dance poczuć się lepiej na tym zimnym końcu świata, gdzie prawie nikt jej nie ufa, a i własny chłopak przestaje się do niej odzywać…

Tutaj zresztą też mamy ciekawą dynamikę – przez sporą część odcinka Jon unika Daenerys, odwlekając konfrontację. W końcu jednak spotykają się w kryptach obok posągu Lyanny i odbywają krótką i niezbyt komfortową pogadankę o tym, komu należy się Żelazny Tron. Danka reaguje w sposób, który był do przewidzenia – kwestionując źródła informacji o pochodzeniu Jona. I jest to reakcja logiczna – brat i najlepszy przyjaciel to ludzie, którzy bywają skłonni wygadywać różne rzeczy, by podbudować pozycję bliskiej osoby, dlaczego więc Danka miałaby z miejsca uwierzyć w słowa Brana i Sama? Tym bardziej, że ledwie przed chwilą dała Samowi powód, by jej szczerze nienawidził i próbował ją odsunąć od tronu.

Obie rozmowy urywają się w kluczowym momencie i nie dają nam żadnych konkretnych informacji o tym, co Daenerys może o tym wszystkim myśleć i jak zareaguje, musząc sobie radzić z uporem Sansy i z Jonem, który nagle ma większe prawa do tronu od niej. Pamiętajmy, że pochodzenie Jona tak naprawdę unieważnia całą jej motywację i siłę napędową jej postaci… Już nie będzie mogła opowiadać, jak to ogniem i krwią odbierze uzurpatorom to, co jej się prawnie należy – bo w tej chwili należy się to Jonowi. Czy Daenerys będzie w stanie ustąpić? A może te rewelacje popchną ją w stronę impulsywnych decyzji?

W całej sprawie interesujące są jeszcze dwie rzeczy: dlaczego ani Jon, ani Danka nie zdają się być dotknięci faktem, że jeszcze niedawno uprawiali kazirodczy seks? Plus: Daenerys ze swoim parciem na władzę staje się coraz bardziej antypatyczna – być może twórcy starają się nam trochę obrzydzić dotychczasową ulubienicę publiczności, tak by łatwiej było nam znieść na przykład fakt, że Jonowi może w kluczowym momencie przyjść zamordować ciotkę…

O co chodzi Nocnemu Królowi?

Drugi odcinek sporo uwagi poświęca ujawnianiu różnych informacji. Wygląda na to, że ostatecznie obalił jedną z ważniejszych teorii w całym serialu – tę, według której Bran miałby być Nocnym Królem. Nie dość, że najwyraźniej nim nie jest, to jeszcze dość rozczarowująco zdradza nam kolejną ważną tajemnicę: intencje Nocnego Króla. Wygląda na to, że Nocny Król i jego armia zostali sprowadzeni po prostu do roli Śmierci – a ich jedyną intencją jest iść przed siebie i zgarniać martwe żniwo. Z jednej strony to całkiem ładnie wpisuje się w głoszoną przez Czerwonych Kapłanów wiarę w Pana Światła, którego przeciwnikiem ma być Wielki Inny, za którym podąża ciemność i śmierć… Z drugiej – trochę jednak liczyłam na nieco bardziej wyszukaną motywację Białych Wędrowców…

Jedynym pozytywnym akcentem całej wyprawy zombiaków jest to, że nie jest ona kompletnie chaotyczna i prowadzona „na czuja”. Pierwszym i bardzo nieprzypadkowym celem Nocnego Króla jest Trójoka Wrona Bran – chodząca encyklopedia i zapis historii Westeros. Według słów samego Brana, Nocny Król chce zniszczyć i wymazać świat ludzi, i zabiera się do tego dosyć metodycznie, chcąc najpierw skasować całe dziedzictwo i pamięć Westeros, które obecnie utożsamia Bran. To całkiem rozsądna decyzja – jak zauważają bohaterowie, bez wiedzy o tym, kim jesteśmy i co osiągnęliśmy, zaczynamy przypominać zwierzęta i tym łatwiej nas pokonać. A skoro już Nocny Król tak rozsądnie zabiera się za anihilację człowieczeństwa, pojawia się pytanie, czy przypadkiem jego kolejnym celem nie okaże się drugie ważne miejsce przechowywania informacji o cywilizacji Westeros – Cytadela ze swoimi maestrami i księgami dokumentującymi całą zbiorową mądrość i historię ludów Westeros.

Jaka to melodia: edycja Westeros

Poza intencjami Nocnego Króla poznaliśmy też chyba odpowiedź na najbardziej palące pytanie serialu: co takiego Podrick Payne zrobił tym prostytutkom podczas swojej pierwszej (i osławionej) wizyty w przybytku rozpusty. To oczywiście nie jest odpowiedź ani ostateczna, ani zupełnie na serio, ale niewykluczone, że Podrick po prostu im… zaśpiewał. Jak możemy zauważyć w najnowszym odcinku, Pod ma bardzo ładny głos i zna śliczne, ckliwe piosenki – kto wie, czy to nie właśnie tym oczarował serca dam do wynajęcia.

Sama piosenka też warta jest waszej uwagi i to nie tylko dlatego, że wersję zilustrowaną wzruszającymi migawkami z serialu wypuściła właśnie Florence and The Machine. Pieśń o Jenny z Oldstones w serialu nie jest jakoś szeroko omawiana, i choć większość tekstu napisano na potrzeby serialu, pieśń ma jednak swoje źródło w książkach, a związany z nią kontekst jest zaiste ciekawy i kto wie, czy nie znaczący dla dalszej fabuły. Według niektórych podań, piosenkę miał napisać sam Rhaegar Targaryen poruszony opowieścią o swoim wuju Duncanie, starszym bracie Szalonego Króla Aerysa. Duncan miał być królem, ale zakochał się w zwykłej (choć może nie aż tak zwykłej, bo mówi się o jej pochodzeniu od Dzieci Lasu) wieśniaczce z ludu – tytułowej Jenny. Wiedziony miłością stracił prawo do tronu, by być z Jenny, ale nie skończyło się to dobrze ani dla królestwa (którym ostatecznie władał Szalony Król), ani dla samych zakochanych – Duncan wkrótce zginął, a Jenny została sama.

Warty odnotowania jest też fakt, że Jenny była blisko związana z pewną wiedźmą, również wywodzącą się z Dzieci Lasu – a rzeczona wiedźma okazuje się autorką przepowiedni o Księciu, Którego Obiecano, tak poważnie traktowanej przez Rhaegara. Czyżby więc serial coraz bardziej skłaniał się ku tej właśnie interpretacji zdarzeń? Czy już wkrótce dowiemy się, kto jest obiecanym zbawcą ludzkości? I czy będzie to Jon lub Daenerys? Piosenkę spokojnie można rozpatrywać w kategoriach analogii do ich sytuacji – zwłaszcza, że chwilę później dostajemy scenę, w której Jon mówi Dance o swoim prawdziwym pochodzeniu. Któreś z nich, jeśli nie oboje, wkrótce będą musieli stanąć przed decyzją, co jest ważniejsze – władza (przez Dankę rozumiana chyba bardziej jako posiadanie, a przez Jona jako służba) czy miłość. Ten wybór zresztą także może się wpisać w przepowiednię o Księciu, Którego Obiecano – bo według proroctwa zapowiadany Azor Ahai ma zabić ukochaną osobę… a nietrudno sobie wyobrazić, że w obecnej sytuacji między Jonem i Danką wybuchnie konflikt odnośnie tego, kto ma rządzić i co dalej. Czy to Danka weźmie przykład ze swojego niesławnego tatusia i będzie chciała skrzywdzić Jona, czy to Jon w jakiś sposób zabije Dankę – w obronie własnej albo w obronie Westeros, któremu ta jako nieodrodna córka Szalonego Króla może zacząć zagrażać? Pytań wciąż pozostaje wiele, ale wygląda na to, że serial coraz poważniej gra kluczem interpretacyjnym narzuconym przez Czerwonych Kapłanów.

Limitowane fantastyczne zwierzĘta

Prawie na koniec wspomnijmy jeszcze o zwierzętach. Wygląda na to, że w tym sezonie mamy limit fantastycznych zwierząt na jeden odcinek – ograniczony do jednego gatunku. Tym razem nie widzimy smoków, za to wreszcie po latach nieobecności na ekranie pojawia się wilkor Jona – Duch. Co jest jednak o tyle zaskakujące, że pojawił się trochę jakby bez sensu i zupełnie nic nie wnosi, poza zaspokojeniem ciekawości widzów, którzy od dawna pytają, gdzie u licha jest Duch, kiedy Jon wojażuje sobie z Daenerys po całym Westeros.

Duch, jak widać, jest w Winterfell – i na tym kończy się jego rola. Nie ma żadnej znaczącej sceny i w zasadzie nic nie robi, tylko sobie stoi, podczas gdy Jon i jego dawni kumple ze Straży rozmawiają na murach. Wygląda, jakby twórcy przypomnieli sobie o nim już po zmontowaniu odcinka i na ostatnią chwilę go dokleili, żeby wreszcie „zaliczył” jakiś występ. A to już jest zupełnie niedorzeczne, zważywszy na to, ile kosztuje takie doklejenie wygenerowanego komputerowo wilkora… Pomyślałby kto, że serial wykorzysta te pieniądze w nieco bardziej sensowny sposób… ale nie.

Westerowska ruletka

Na koniec czas na najważniejsze pytanie – kto zginie w następnym odcinku? Wśród pierwszych do odstrzału typowałabym Theona – pewnie będzie miał swoją szansę odkupienia win i poświęci się dla któregoś ze Starków, najpewniej Brana, którego ma osłaniać w Bożym Gaju. Mam ogromną nadzieję, że jeszcze nie będę musiała żegnać się z Brienne – ale po tym, jak pięknie domknięto jej wątek, poza romansowaniem z Lannisterem i Tormundem dziewczyna nie ma już w zasadzie nic do roboty. Podrick też zdradził nam już swoją tajemnicę…

Ale szczerze mówiąc, dużo łatwiej jest typować osoby, które mają realne szanse przeżyć. Po pierwsze – Jon i Daenerys. Nadchodzący odcinek ma co prawda trwać prawie półtorej godziny, ale wątpię, czy sam środek bitwy z nieumarłymi jest dobrym momentem do dyskusji o tym, kto powinien rządzić Siedmioma Królestwami. Gdyby Jon lub Danka zginęli, zanim ich konflikt będzie miał szansę porządnie wybrzmieć, byłoby to chyba ze strony scenarzystów cokolwiek pójście na łatwiznę. Podobnie, gdyby zabito Ducha – po tym, jak żenująco nieistotna była jego obecność w tym odcinku, zabijanie go w kolejnym byłoby chyba marnowaniem kasy przeznaczonej na CGI. Myślę, że póki co bezpieczni mogą być Tyrion i/lub Jaime – nie zapominajmy, że zarysowano nam wątek Bronna i jego morderczej misji. Bronna póki co w Winterfell nie ma, trudno mi też sobie wyobrazić, by dotarł tam nagle w samym środku nawalanki z zombiakami… Całym sercem trzymam też kciuki za Sansę, bo najchętniej to ją zobaczyłabym ostatecznie na Żelaznym Tronie.

Ale na tym mniej więcej kończy się lista bohaterów, o których jestem względnie spokojna. Wszyscy pozostali w taki czy inny sposób pożegnali się właśnie z widzami albo ich wątki zostały symbolicznie domknięte… i chyba nikt już nie może być bezpieczny. I może na tym poprzestańmy: Valar Morghulis!

1 Komentarz

  • Świetny tekst!
    W końcu ktoś nie jest nie wiadomo jak oburzony sceną łóżkową Aryi. Jestem ogromną fanką shipu AryaxGendry od samego początku i tylko czekałam aż w końcu się zejdą, ale muszę przyznać, że nie sądziłam, że od razu dojdzie do seksu. Jednak z drugiej strony to rozumiem, ponieważ Arya po prostu ma taki charakter. Jest surowa i zdecydowana w swoich działaniach, więc czemu nie przejść od razu do rzeczy?
    Scena pasowania Brienne, sceny członków Nocnej Straży (powitanie i na murze), spotkanie Sansy i Theona, piosenka Podricka oraz rozmowa Sansy z Dany, to moje ulubione sceny – doskonale zagrały na emocjach. Ból utraty kolejnych bohaterów będzie przez nie jeszcze potężniejszy.
    Co do teorii, że Sansa i Theon żywią do siebie jakieś głębsze uczucia, sądzę, że jest całkowicie nietrafiona. Po prostu są ze sobą blisko po tym co oboje przeżyli i jako dawne rodzeństwo. Sansa może czuć się przy nim dobrze, bo musimy jednak zauważyć, że Jon nigdy nie był z nią blisko i teraz też nie jest jej ukochanym bratem, zbyt zajętym Dany i ratowaniem świata, a Aryi się trochę boi, bo została świetnym skrytobójcą, Brana straciła, bo jak sam powiedział nie jest już do końca Starkiem, jest Trójoką Wroną. Stąd ta jej bliskość z Theonem, który jest teraz pokornym, skruszonym człowiekiem. (Plus, jestem pewna, że zginie w 3 odcinku, więc po co robiliby podłoże pod jakąś głębszą relację?)
    Uważam też, że mimo wszystko Davos zginie 🙁 Dla mnie, jego scena spotkania z tą małą dziewczynką nawiązującą do Shireen była jakby spełnieniem jego postaci. Tak jakby spotkał osobę, którą tak mocno kochał, doradził jej i wysłał w bezpieczne miejsce. Plus, niepokojąco często wspominał o tym, że miał wielkie szczęście w Bitwie Bękartów…
    Również za wiele osób przekonywało, że krypty są bezpieczne… sądzę, że uczynią z tego mroczny żart i krypty okażą się jednym z najniebezpieczniejszych miejsc.
    Do śmierci typuję: Szarego Robaka (to oczywiste, tu nie ma happy endów, a on obiecywał go Missandei), Brienne (zyskała to czego, pragnęła. Jej śmierć nie zaboli bardziej niż teraz), Tormunda (ostatnio było go za dużo, plus wspominał, że nie ważne, że umrą, jeśli umrą razem), Podrick (jego tajemnica wyszła na jaw – szczerze to nie dziwię się tym kobietom z burdelu XD), Theon (odkupi swoje grzechy, broniąc Brana, wspominał, że chce walczyć za Starków i jest gotowy za nich umrzeć – przypieczętował swój los), Davos (wspominał o za dużym szczęściu, spotkał „Shireen”), Edd Cierpiętnik (jako jedyny dotrzymał ślubów :’), wspomniał, że ostatni żywy pali resztę i miał też za dużo szczęścia – wymykał się nieumarłym za często, plus nie widzę dalszego rozwijania tej postaci, niestety), Beric (rozmowa z Ogarem, która jest takim foreshadowingiem). Boję się też, że zabiją Brana (to byłby mocny cios, w dodatku niespodziewany, pierwsza wygrana Nocnego Króla, po której musiano by się podnieść)
    Pewnie umrze ich więcej… ale nie mam serca, żeby typować Aryę, Gendry’ego, Sansę (moja sympatia do niej rośnie, w miarę tego jak maleje do Dany), Sama i jego rodzinę, Ducha (jego powrót mnie zawiódł), Jamiego i Tyriona czy Ogara…
    Nie, po prostu… ten odcinek rozbije moją duszę na maleńkie kawałeczki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.