"Sherlock", 2017.

Sherlock i jego toksyczne związki

Ten, kto wymyślił, żeby sezony Sherlocka miały tylko po trzy odcinki, zdecydowanie musi mieć w sobie coś z sadysty. Podobnie zresztą, jak ktoś, kto zdecydował, żeby między sezonami robić kilkuletnie przerwy. W efekcie oglądanie Sherlocka trochę przypomina toksyczny związek. Najpierw z miejsca się zakochujesz w błyskotliwym, charyzmatycznym mężczyźnie (serialu) i nie możesz uwierzyć w to, że tak cudowne istoty chodzą po tym świecie. Ale szał i fajerwerki szybko się kończą, facet znika albo zaczyna cię lekceważyć i tylko raz na jakiś czas rzuca ci jakiś emocjonalny ochłap (zwiastun) albo okruszek czułości (fotki z planu). Wystarczająco dużo, żeby podtrzymać twoje zainteresowanie, ale zbyt mało, żeby dać ci satysfakcję. Chwytasz się tych okruszków, bo przecież wiesz, że on potrafi być niesamowity, zwalić cię z nóg, zawładnąć twoją fantazją, sprawić, że zapomnisz o całym świecie… więc czekasz. I całe twoje życie zamienia się w udrękę czekania na lepsze czasy, z rzadka tylko przetykaną momentami szczęścia (nowym sezonem). Z czasem zresztą coraz mniej jednoznacznie wspaniałymi.

Tym razem na powrót prawdziwego Sherlocka przyszło nam czekać trochę dłużej niż zwykle. Dokładnie trzy lata i jeden odcinek – bo w tym roku długo oczekiwane otwarcie sezonu sporą część widzów wprawiło w konsternację. Odcinek The Six Thatchers niby był Sherlockiem, ale był od Sherlocka tak daleko, jak to tylko możliwe. Żaden z bohaterów nie jest w nim sobą. Sherlock daje się wykiwać jak pierwszy lepszy amator. Najwierniejszy z wiernych Watson nagle ma jakiś romans. Mary, nie dość, że zawsze przewidująca, to jeszcze teraz świeżo upieczona matka, tutaj bez zastanowienia ryzykuje życiem. Twórcy scenariusza też przy tym odcinku przestali być sobą. Naładowali w niego niepotrzebnych wątków, praktycznie pominęli bohaterów, na których wszyscy czekamy, zapomnieli, o kim w zasadzie miał to być serial, i jeszcze bezczelnie poszli na łatwiznę, w nieelegancki sposób usuwając z równania całkiem niezłą postać, która chyba trochę zaczęła im zawadzać.

"Sherlock", 2017.
Wujek Sherlock, 2017.

Jestem bezlitosna dla pierwszego odcinka czwartego sezonu, ale inna nie potrafię być. Nie po to człowiek tyle lat czeka, a potem siedzi przed telewizorem po nocach, żeby na końcu zadawać pytanie, czy w ogóle było warto… Ale tak jak wszyscy przypuszczaliśmy (albo jak próbowaliśmy sobie tłumaczyć zaskakujący poziom The Six Thatchers), to miała być tylko taka trochę zapchajdziura. Pierwszy odcinek miał spełniać tylko jedno zadanie: zresetować relacje między Johnem i Sherlockiem. Trochę szkoda, że zabrakło pomysłu, jak to rozegrać z klasą i w ramach przyjętej konwencji.

Cel jednak został osiągnięty. A może nawet dwa cele – bo po The Six Thatchers wszyscy tak zaklinaliśmy rzeczywistość, żeby kolejny odcinek był jednak lepszy, że kiedy tylko okazał się całkiem dobry, z automatu byliśmy gotowi uznać go za arcydzieło.

The Lying Detective rzeczywiście nie zawiódł. Nie był może idealny (dlaczego wciąż tak mało Grega i Molly??), ale z pewnością był powrotem nie tylko do klasycznego Sherlocka wg Gatissa i Moffata, ale i do klasycznego Doyle’a. Mała, kameralna sprawa do rozwiązania, a nie żadne tam rządowe kryzysy, światowe spiski i podejrzane sieci tajnych agentów. Odpychający i zarazem dziwnie fascynujący czarny charakter. Do tego nasi bohaterowie dokładnie tacy, jakimi ich kochamy, a jednak trochę nowi, jeszcze sobie bliżsi i wreszcie po prostu ludzcy. Dobrze rozplanowane zwroty akcji, spore zaskoczenie na końcu i to poczucie, że cały czas mieliśmy wskazówki przed oczami i sami moglibyśmy rozwiązać zagadkę. Tak, dokładnie to lubimy w Sherlocku. Tego zawsze w nim chcieliśmy.

Drugi odcinek był też jednym wielkim ukłonem w stronę fandomu. Wszyscy ci dziwaczni ludzie, którzy chcieliby zobaczyć romans Sherlocka z Johnem, dostali przynajmniej namiastkę w postaci pogłębienia ich przyjaźni i przekroczenia fizycznej bariery pomiędzy bohaterami. Scena pocieszenia i pojednania nie była może wielkim skokiem ludzkości, ale z pewnością była niemałym krokiem dla Sherlocka. Ci, którzy woleliby sparować Sherlocka z kimś bardziej kobiecym niż John, też dostali swój smaczny kąsek. A już najbardziej usatysfakcjonowani musieli być wielbiciele teorii spiskowych, kiedy okazało się, że aluzje o Wschodnim Wietrze i „tym drugim” rzucane już w trzecim sezonie przyjmą wreszcie konkretną postać – i to jaką!

Rodzeństwo Holmesów (prawie) w komplecie, "Sherlock", 2017.
Rodzeństwo Holmesów (prawie) w komplecie, Sherlock, 2017.

W drugim odcinku dostaliśmy wszystko, czego było nam potrzeba do szczęścia. I wtedy wkroczył odcinek trzeci. Jeśli wydawało nam się, że otwarcie sezonu było ciężkostrawne, jego zamknięcie może się skończyć poważniejszym zatruciem… Bo trzeci odcinek w zasadzie zabrał nam wszystko to, co kochaliśmy.

Po dobrym środku można się było spodziewać mocnego zakończenia, ale The Final Problem okazał się sam w sobie być problematyczny. Jest w zasadzie połączeniem poprzednich dwóch odcinków. Jeszcze bardziej przekombinowany i wypchnięty poza zwyczajowe ramy niż The Six Thatchers i jeszcze bardziej emocjonalny niż The Lying Detective. Sherlock może i bardziej ludzki niż kiedykolwiek, ale też zupełnie pozbawiony swojej dedukcji. Mycroft, który okazuje się największym idiotą w okolicy – choć trzeba przyznać, że szlachetnym. (Nie)spodziewane powroty bohaterów, zawał serca średnio co trzy sceny, mroczne sekrety z przeszłości i zagadka – wielka, a zarazem kameralna, rodzinna… i jak na nieszczęście skonstruowana trochę tak, że umniejsza znaczenie większości spraw, w ogóle wszystkiego, co widzieliśmy do tej pory… To tyle, jeśli chodzi o szacunek do widza i do własnych bohaterów.

Cały ten odcinek jest jak jedna wielka rozgrywka pomiędzy Sherlockiem i jego arcywrogiem – choć takiego arcywroga nasz bohater zdecydowanie się nie spodziewał. Moffat i Gatiss są w The Final Problem wyjątkowo okrutni. Już-już dają nam posmakować, że ich przejrzeliśmy, coś odgadliśmy, ale zamiast tego biorą wszystkie nasze teorie, podejrzenia, nadzieje i obawy, a potem wykręcają je i przekręcają w tak nieludzki sposób, że łatwo się poczuć emocjonalnie wykorzystanym. Na emocjach grają nam perfekcyjnie, tak jak arcywróg perfekcyjnie rozgrywa Sherlocka, manipulując lojalnością, poczuciem odpowiedzialności, moralnością, przyjaźnią. Ale trudno się oprzeć wrażeniu, że pod tą emocjonalną karuzelą czai się coś nie do końca sensownego. I to nie w tym serialowo „dobrym”, psychopatycznym sensie, w jakim wymykały się logice działania Moriarty’ego. Największym minusem tego odcinka jest brak sensu. To i fakt, że Moffat z Gatissem chyba w głębokim poważaniu mają psychologiczną wiarygodność czegokolwiek, co się tam wydarzyło.

The Final Problem opowieść tylko na samym początku smakuje jak u Doyle’a. Później mroczne wiktoriańskie posiadłości i krwawiące z oczu portrety ustępują miejsca rzeczom, które dużo łatwiej niż w Sherlocku byłoby zaakceptować w X-Menach. Albo w Bondzie. Czy nawet w którejś części Piły. Mordercza fabuła może i trzyma w napięciu, ale cały klimat opowieści o detektywie gdzieś uleciał, a twórcy mieli chyba nadzieję zastąpić go emocjonalną rosyjską ruletką. Nie muszę chyba mówić, że aktorsko ekipa poradziła sobie z tą ruletką śpiewająco, ale to nie zmienia faktu, że na etapie scenariusza kogoś chyba bardzo, bardzo poniosło. W dodatku cała ta szalona intryga właściwie rozwiązuje się sama, trochę nawet poza kadrem, a my siedzimy, z niedowierzaniem pytajac: ale jak to, to już? Tak po prostu? Czy scenariusz pisała ta pani, co chciała przytulaniem ratować Magika przed samobójstwem?

Przegięliście, panowie. Mark Gatiss jako Mycroft, "Sherlock", 2017.

Do wczoraj miałam nadzieję, że uda mi się podsumować ten sezon słowami: słaby początek, ale jaki fantastyczny finisz. Nie uda się. Fantastyczny był, owszem, sam środek, ale potem wszystko wymknęło się spod kontroli. Czwarty sezon miał swoje plusy, pozwolił zajrzeć w przeszłość bohaterów, do granic możliwości eksplorował relacje pomiędzy nimi, a trochę przecież tego chcieliśmy. Ale też jak żaden inny podzielił widzów i rozczarował, obiecując tak wiele, by tak niewielu obietnic dotrzymać.

Myślałam też, że da się czwarty sezon Sherlocka nazwać w pewnym sensie feministycznym. Dużo na to wskazywało – spory nacisk (choć czasem niezdarnie) położono na Mary Watson, przypisując jej rolę swego rodzaju anioła stróża. W drugim odcinku pani Hudson miała mocne wejście i wszystkim nam szczęki poopadały z wrażenia. A potem jeszcze okazało się, że wśród tych wszystkich geniuszy najbardziej inteligentną istotą jest kobieta… Ale cały feminizm gdzieś wyparował, kiedy nagle fabuła zaczęła nam wmawiać, że kobieta jest też niemal diabłem wcielonym, a diabeł jest kobietą.

Najtrudniej chyba przełknąć to, że właśnie w taki burzliwy i trudny do przetworzenia sposób nasz niełatwy związek z Sherlockiem prawdopodobnie dobiega końca. Bo jak inaczej traktować końcowy monolog o legendzie i chłopcach z Baker Street? Jak nie dostrzec w nim pożegnania i klamry zamykającej siedem lat wzruszeń, radości i przede wszystkim siedem lat czekania na te rzadkie momenty euforii?

Moffat z Gatissem co prawda już rzucają jakieś aluzje o nowym początku, ale myślę – i sądzę, że wielu z was się ze mną zgodzi – że choć pewnie wyobrażaliśmy sobie inną przyszłość, w obecnej sytuacji rozstanie nie byłoby najgorszym wyjściem. Póki jeszcze pamiętamy wszystkie dobre momenty, póki jeszcze powroty ukochanego Sherlocka nie stały się bardziej frustrujące niż jego nieobecność… Zanim rozczarowanie i niechęć narosną w nas do tego stopnia, że trudno będzie na niego patrzeć… Zanim kompletnie go znienawidzimy, albo jeszcze gorzej, stanie nam się obojętny.

Choć z bólem serca, rzeczywiście to dobry moment, żeby się pożegnać. Nie ma już chyba świetlanej przyszłości dla tego związku. A ja właśnie przestałam czekać.

7 komentarzy

  • Mam zupełnie inne odczucia co do tego sezonu! A szczególnie do ostatniego odcinka. Odbieram go jako rozliczenie się ze wszystkich sezonów, bardzo dobre rozliczenie, chociaż niesamowicie mroczne i przerażające. Mamy tam, wręcz przesyt, wszystkich cech głównych bohaterów, ukazanie czy nasze odczucia co do nich były słuszne, czy dobrze ich rozgryźliśmy przez te wszystkie sezony. Jest tam tyle emocji, że widz jest w stanie nie wytrzymać tej karuzeli emocjonalnej do końca bo przez 4 sezony była dozowana a tu wyskakuje w 200% mocy w każdym bohaterze. Poznajemy ich prawdziwe twarze, umacniamy relacje z bohaterami a jednocześnie wiemy, że czas sie z nimi pożegnać. Nie jest to ciężkie pożegnanie, ale nie ze względu na to, że sezon był słaby, ale na to, że bohaterowie maksymalnie się już przed nami uzewnętrznili.

    • Karuzela emocjonalna to jedno i nie mam nic przeciwko niej… Ale dziury i uproszczenia w scenariuszu dla mnie zabiły ten odcinek. Nie mówiąc o tym, że finał kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością. Sherlock to jednak nigdy nie było science fiction pełną gębą, a tutaj dzieją się dziwaczne rzeczy. Gdyby Eurus bardziej przypominała Hannibala Lectera niż nowy nabytek X-Menów, gdyby Sherlock zamiast dokonać magicznego wyparcia jej po prostu nie rozpoznał, bo nie widział od dzieciństwa i był przekonany, że nie żyje – może wtedy jakoś trzymałoby się to kupy. Ale w tej chwili się nie trzyma. Włączyłam Sherlocka, a dostałam pomieszanie Bonda, The Ring i Marvela – a trochę nie o to mi chodziło i nie o tym był ten serial. W poszukiwaniu 200% normy i kolejnych sposobów szokowania widza twórcy chyba zapomnieli, o czym w ogóle ten serial miał być.

  • Po raz kolejny czytam negatywną recenzję tego sezonu i zaczynam się zastanawiać, czy ze mną jest wszystko ok, ponieważ mnie mimo wszystko trudno dostrzec te wszystkie minusy, które tu wymieniłaś. Ja powiem szczerze, mimo kilku zawirowań i pogubieniu się w pewnych momentach uważam sezon za udany. Tyle razy mnie zaskoczyli i wprowadzili w błąd, zaskakiwali i w ogóle… Chociażby koniec pierwszego odcinka sezonu, czy to kim jest tak naprawdę „Wschodni Wiatr”. Napisałabym jeszcze jedno moje zaskoczenie, przez które po prostu wstałam z fotela i zaczęłam chodzić podniecona po całym domu, nie dowierzając w to, co widzę, a uspokoili mnie informacją dodatkową kilka chwil później, jednak chyba bym powiedziała za dużo.
    Może faktycznie powinni twórcy zakończyć na tym sezonie, skoro jest tyle negatywnych opinii o nim, jednak ten serial tak, wg mnie, fascynuje, że mimo wszystko, jak się zdecydują na tą kolejną serię, powinno dać się im szanse. Oczywiście jeśli kolejny sezon okaże się podobny do obecnego, to lipa. Jednak wierzę, że Moffat z Gatissem zobaczą i zrozumieją co jednak im nie wyszło i w ewentualnym nowym sezonie wrócimy do starego Sherlocka.
    Jednak fakt, faktem nie mam pojęcia o czym mógłby być…

    Mam nadzieję, że napisałam chaotycznie. Jak tak, to przepraszam 😀

  • Pozwolę sobie również na wypowiedź 🙂 Czytam kolejną raczej negatywną albo pełną rozczarowania recenzję czwartego sezonu i jak wielu komentujących te recenzje (różne, nie tylko tę konkretną) mam wrażenie że oglądałam inny serial.
    Na kolejne części tego serialu czeka się latami. Wyczekałam. Obejrzałam. Jestem usatysfakcjonowana. Sezon 4 jest inny. Bardziej emocjonalny. Ale nadal są mrugnięcia okiem do czytelników oryginału. Nadal gra aktorska na rewelacyjnym poziomie. W tym sezonie postacie drugoplanowe miały swoje ciekawe błyski. Pomysł na tą serie bardzo mi się podobał. Dialogi nie zawodzą. Dawki dramatyzmu, humoru i zwroty akcji nie pozwalają na nudę.
    Osobiście podsumowuję ten serial tak:
    Sezon 1 jest genialny. Sherlock to socjopata.
    Sezon 2 jest błyskotliwy. Sherlock to przyjaciel.
    Sezon 3 jest ekscytujący. Sherlock to obrońca.
    Panna młoda to uroczy i świetnie wykonany ukłon w stronę fanów. Sherlock to ćpun.
    Sezon 4 jest intrygujący. Sherlock to człowiek.
    Ten serial nigdy nie był robiony sztampowo – to jest jego ogromna zaleta. Pierwowzór dla twórców jest tylko sugestią ale wg niego dr Watson wraca na Baker Street 221B po śmierci żony, moim zdaniem twórcy serialu musieli tu dać mocne uderzenie, nie mogli po cichu pozbyć się tak wyrazistej postaci.
    Zgadzam się, że The Lying Detective był prawie jak powrót do pierwszego lub drugiego sezonu a The Final Problem to faktycznie pożegnanie ale w niesamowitym pokręconym stylu który już widzieliśmy przecież i bardzo nam się podobał, no przynajmniej mi, w The Abominable Bride.
    Jeśli faktycznie 4 seria będzie/jest ostatnia, nie będę żałować, ponieważ twórcy zakończyli ją przepiękną sekwencją scen do ostatnich słów Mary Watson – jacy by nie byli to już na zawsze będą naszymi chłopcami z Baker Street 🙂

    • Obejrzałam cały czwarty sezon drugi raz i nie za bardzo poprawiło to moją o nim opinię… Fajnie, że bohaterowie są bardziej ludzcy. I owszem, dialogi dalej w formie. Ale nie samymi dialogami i sentymentem żyje człowiek. Już w pierwszym odcinku scenarzyści chodzili na skróty, ale to, co się z fabułą stało w finale sezonu, to dla mnie nie było pokręcone – to było uproszczenie na uproszczeniu, jedna dziura fabularna na drugiej. To był zawsze w miarę solidnie napisany błyskotliwy serial o błyskotliwych ludziach, a tutaj w pogoni za uczłowieczeniem bohaterów olano całą resztę. „Sherlock” jako całość miewał lepsze i gorsze odcinki, ale tym „gorszym” można było do tej pory zarzucić co najwyżej, że toczą się trochę wolniej i może z lekka przynudzają – ale nigdy wcześniej nie byłam w stanie wytknąć „Sherlockowi”, że coś w nim jest zupełnie nielogiczne i bez sensu. Można uznać, że się czepiam, zadając pytania pokroju: „jakim niby cudem wyciągnięto Johna ze studni przy użyciu samej liny, skoro, był przykuty do dna?”, „od kiedy to ludzie wypadając z okna na pierwszym piętrze, nie mają nawet zadrapań?” i „gdzie do cholery jest scena, która jakoś rozwiąże chorą sytuację z Molly?”, ale jakoś nigdy wcześniej „Sherlock” nie prowokował mnie do stawiania pytań o niechlujność fabuły. I choćby dlatego usilnie pracuję nad wyparciem czwartego sezonu z pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.