Kadr z serialu "Czarne lustro", Charlie Brooker, 2011.

Serial moralnego niepokoju

Po pierwszym odcinku Czarnego lustra (Black mirror) zamierzałam napisać tekst o tym, że był to chyba najlepiej przemyślany początek serialu w historii telewizji. Wszyscy o nim mówili. Nawet ludzie, którzy nie przepadają za serialami, słyszeli coś o nieszczęsnym premierze Wielkiej Brytanii i równie nieszczęsnej świni.

Krótkie wyjaśnienie dla tych, których jakimś cudem ta gorąca dyskusja ominęła: głównym bohaterem osławionego odcinka jest premier Wielkiej Brytanii, który pewnego dnia staje w obliczu zupełnie nowej formy terroryzmu. Młoda dziewczyna z rodziny królewskiej, ulubienica całego narodu zostaje porwana i terroryści grożą jej śmiercią. W zamian za jej uwolnienie nie żądają jednak pieniędzy, nie chcą zmiany prawa, uwolnienia więźniów ani pokoju na świecie. Domagają się, żeby premier na żywo w telewizji publicznej odbył stosunek ze świnią. I nie, nie jest to żadna metafora. A jako że nagranie z żądaniami zostało opublikowane na YouTubie, cały świat w napięciu śledzi sytuację i zastanawia się, czy premier jest zdolny do takiego poświęcenia dla ratowania życia księżniczki (tudzież zachowania stanowiska).

Kadr z serialu "Czarne lustro", Charlie Brooker, 2011.
Kadr z serialu Czarne lustro, Charlie Brooker, 2011.

Choć w pierwszej chwili ma się ochotę parsknąć śmiechem, nie ma w tej historii zupełnie nic zabawnego. Jest za to dramat człowieka stojącego w świetle reflektorów i zaplątanego w sieć zobowiązań, moralnych powinności i wyników sondaży. W pewnym momencie wygląda na to, że od tej odpychającej decyzji i upokarzającego aktu zależy nie tylko życie księżniczki, ale z jednej strony cała kariera polityka, a może i bezpieczeństwo jego rodziny, a z drugiej – przyszłość jego małżeństwa.

Pod presją czasu i w obliczu nacisków z każdej możliwej strony żadna decyzja nie wydaje się dobra… Nie tylko premier czuje się jak w klatce – dla widza śledzenie tej historii oznacza napięcie pomieszane z obrzydzeniem i niezdrową, ale hipnotyzującą ciekawością. Chcemy to wyłączyć, ale nie możemy się oderwać. I dopiero po seansie gdzieś spośród tych wszystkich emocji wyłaniają się refleksje nad polityką, mediami i ludzką naturą.

Tak, to było zdecydowanie najmocniejsze otwarcie serialu, jakie kiedykolwiek widziałam.

A potem obejrzałam kolejne odcinki… i okazało się, że świnia, choć rewelacyjna, kontrowersyjna i niepokojąca, była jednym ze słabszych ogniw całej produkcji. To, co nastąpiło po niej, było jeszcze lepsze, jeszcze bardziej poruszające i szczęśliwie zupełnie już nieobrzydliwe. Choć i tak nie dawało spać po nocach.

Kadr z serialu "Czarne lustro", Charlie Brooker, 2013.
Kadr z serialu Czarne lustro, Charlie Brooker, 2013.

Czarne lustro to nie tasiemiec w częściach. Każdy odcinek stanowi tu odrębną całość, a spoiwem staje się jedynie wątek coraz bardziej zaawansowanej technologii i cyfryzacji, która wkracza w nasze życie na coraz bardziej zadziwiające sposoby. Staje nam się boleśnie niezbędna, a jednocześnie wikła nas w absurdalne problemy i wydobywa z nas samych i z ludzkości jako takiej cechy i zachowania, których wcale nie chcielibyśmy oglądać.

Poza (dość dalekim tematycznie od reszty) szantażem ze świnią w roli głównej znajdziemy tu mnóstwo naprawdę dobrych wątków science fiction. Zaglądamy do zamkniętego, konsumpcjonistycznego świata, który wyrósł chyba z połączenia wizji Huxleya i realiów współczesnych reality show. Zastanawiamy się, jak wyglądałoby ludzkie życie, gdyby malutki implant pozwalał nam odczytywać i przeglądać absolutnie wszystkie wspomnienia, jakie zarejestrowały nasze neurony. Przyglądamy się odtwarzaniu świadomości zmarłej osoby na podstawie jej aktywności w sieci. Zastanawiamy się nad pojęciem społecznej sprawiedliwości, stając się częścią tłumu beznamiętnie obserwującego oprawcę i ofiarę. Wpadamy w sam środek politycznej rzeczywistości, w której wulgarna postać z kreskówki przemawia do wyborców bardziej niż wszyscy „prawdziwi” kandydaci razem wzięci. I wreszcie sprawdzamy, jak by to było skopiować samego siebie i „zatrudnić” go jako swojego niewolnika.

Ten serial nie jest rozrywką. Nie jest też beznamiętnym truciem o tym, że za dużo czasu spędzamy ze smartfonem w ręku. On ma boleć. Konfrontować, obnażać, odzierać z pozorów, wywlekać na światło dzienne rzeczy, których wolelibyśmy o sobie nie wiedzieć. To nie jest opowieść o ludzkości i buncie maszyn. Technologia jest tu tylko pretekstem do mówienia o człowieku, katalizatorem, papierkiem lakmusowym. Postęp nie czyni nas złymi, zagubionymi, słabymi, okrutnymi… on tylko daje nam coraz więcej możliwości manifestowania wszystkiego, co już od wieków w nas siedzi.

Kadr z serialu "Czarne lustro", Charlie Brooker, 2014.
Kadr z serialu Czarne lustro, Charlie Brooker, 2014.

Ten serial ma boleć. I boli – ale tak, że za każdym razem wracamy po więcej. Nie daje spać, osacza, przytłacza świadomością, że jesteśmy uwikłani w coraz bardziej globalny, skomplikowany świat, a w nas samych tak niewiele się zmienia. Tworzymy coraz bardziej imponujące wynalazki, które zamiast nas udoskonalać, kończą jako kolejne narzędzie do zaspokajania wiecznie tych samych, prymitywnych instynktów i samolubnych pragnień.

To naprawdę jedna z lepszych produkcji telewizyjnych, jakie jestem sobie w stanie przypomnieć. Zrealizowana z rozmachem, genialnie napisana, świetnie obsadzona. Nie znajduję słów krytyki… Może poza tym, że trzy odcinki w jednym sezonie to stanowczo za mało.

Brytyjczycy niestety już tak mają. Kręcą zabójczo dobre rzeczy w małych ilościach, a potem każą nam miesiącami i latami czekać na więcej. Na szczęście na trzeci sezon Czarnego lustra nie musimy czekać tak długo, jak na Sherlocka – kolejne odcinki już w październiku.

1 Komentarz

  • Nie wiedziałam, że jest/będzie część trzecia. Niestety 🙂 – bo lubię podyskutować, całkowicie zgadzam się z Twoimi refleksjami.
    Nie mogę sobie wyobrazić, co scenarzyści i reżyser zaserwują w trzecim sezonie 🙂 A na brak wyobraźni nie narzekam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.